pod tytułem

blog Beaty Januszkiewicz o polskiej literaturze współczesnej

Wpisy

  • poniedziałek, 20 maja 2013
    • Ja - Kronos - intymne zapiski Witolda Gombrowicza

       

       

      Gombrowicz jest dla koneserów, jak dobra whisky single malt. Do pewnych rzeczy w życiu się po prostu dojrzewa, albo nie. Dzieła Gombrowicza mają wartość, która stale wzrasta, można je smakować i jest to smak wytrawny, ale i szorstki, niekiedy czuć coś słodkiego, choć wykończenie bywa nieco ostre. Jaki smak ma ostatnie, niepublikowane dotąd dzieło Gombrowicza, owiane tajemnicą, skrzętnie ukrywane przed światem? Czy jego wartość dzisiaj jest tak wielka, jak jego legenda?


      Jaki inny pisarz jest w stanie niemalże pół wieku po swojej śmierci wywołać takie poruszenie w świecie literatury, jakie wywołał Witold Gombrowicz „Kronosem” – dziennikiem intymnym, który prowadzony był równolegle z „Dziennikiem” publikowanym w paryskiej „Kulturze”? Szczególnie dziś, trochę paradoksalnie, w czasach, kiedy potrzeba literatury jest tak niewielka, wydanie „Kronosu” jest wydarzeniem, bo na te tajemne zapiski autora „Ferdydurke” czekało się i czekało. Czy było warto? Odpowiedź jest jedna – tak, pomimo że lektura „Kronosu” mną nie wstrząsnęła, tak jakbym tego pragnęła. Powiedzmy sobie jasno – dziś skandal literacki właściwie nie istnieje, mało rzeczy nas szokuje, co nie znaczy, że nie zachwyca…


      W jakim celu Gombrowicz prowadził chronologiczne zapiski, z których składa się „Kronos”? Według Rity Gombrowicz „Kronos jest upartym dążeniem poszukiwania własnego istnienia.” Diariusz ten trudno jest właściwie traktować jako dzieło literackie w takim sensie jak „Dziennik 1953-1969”. Znajdziemy w nim przede wszystkim pozbawione komentarza notatki, suche zapiski, wyliczenia. I tak Gombrowicz pilnie dokumentuje swoje życie erotyczne – liczne przygody z kobietami i mężczyznami -  ostatecznie zadając kłam podejrzeniom, jakoby był w stu procentach homoseksualny. Uderzające są zapiski dotyczące odbytych stosunków seksualnych, sugerujące, że nie oczekiwał on niczego poza miłością erotyczną, cielesną, pozbawioną uczuć, zaspokajającą wyłącznie potrzeby fizyczne. Zdarzało mu się smakować seksu przygodnego, którego chyba nawet kompulsywnie poszukiwał. Swoje partnerki seksualne często nazywa kurwami – dając tym do zrozumienia, że interesuje go tylko jeden typ miłości  - miłości fizycznej. Jego umiłowanie młodości tu właśnie znajdowało ujście.   


      W „Kronosie” znajdziemy też informacje na temat zmagania się Gombrowicza z własną twórczością: przebieg procesu twórczego, korespondencja m. in. z Giedroyciem, zabiegi dotyczące promocji jego książek w Europie, czytanie recenzji swoich powieści, kontakty z wydawcami, notatki na temat wzrostu jego popularności itp. Widzimy też jak uważnie śledził wszelkie napięcia polityczne na całym świecie, jak przyglądał się Polsce. Dość skrupulatnie prowadził też zapiski dotyczące swoich finansów, co  jest niezwykle ciekawym zjawiskiem szczególnie na tle różnych perturbacji ekonomicznych, które w tym czasie miały miejsce w Europie i Argentynie. Gombrowicz zapisywał chyba wszystko: że kupił pulower, że boli go ząb, i że wyskoczył mu (przykra sprawa) wrzód w miejscu dość intymnym… Dużo miejsca poświęcił informacjom dotyczącym leków, jakie zażywał, a było ich niemało. W tym momencie Gombrowicz jawi się nam jako człowiek schorowany, obolały, z nieustannymi dolegliwościami, które dość często przyczyniały się też do abstynencji seksualnej.  W latach pięćdziesiątych coraz częściej skarżył się na starość. W podsumowaniu roku 1958 wylicza: „angina, astma, reumatyzm, wrzody, a nade wszystko starzenie się”.


       


      Gombrowicz nie pozwalał sobie w „Kronosie” na żadne komentarze, choć gdy starość i choroby stały się coraz bardziej dokuczliwe, gdy doskwierała mu monotonia i coraz częściej pojawiały się myśli o samobójstwie, zanotował: „Boże, Boże mój, nigdy tak strasznie, tak bez żadnej nadziei!”.


      Rita. To chyba zapiski dotyczące jej osoby najbardziej przyczyniły się do tego, że „Kronos” tak długo nie był publikowany. Gombrowicz swoim dawnym zwyczajem dokładnie zapisywał również intymne relacje ze swoją przyszłą żoną, nie zapominając o ich kłótniach, a nade wszystko o jej histeriach, co, zdaje się, najbardziej mogło być dla niej bolesne.


      „Krosnos” daleki jest z jednej strony od znakomitego pod względem literackim „Dziennika”, który można uznać za awers samego Gombrowicza, zaś jego tajne zapiski mogą być jego rewersem. „Dziennik” był publicznym obliczem Pisarza, jego kreacją, Gombrowiczem ocyzelowanym. „Kronos” natomiast podaje same fakty, nie ma tu autocenzury, żadnej gęby, tylko Czysta Forma i Czas, będące lustrem, w którym chciał się przejrzeć, czymś, co pozwoliłoby mu przestudiować własne życie, zrobić rachunek samego siebie.


      „Kronos” to trunek wytrawny, lecz pozostawia posmak smutku. Człowiek nie jest tytanem. Człowiek nieustannie walczy z czasem. Zawsze przegrywa.     

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 maja 2013 23:37
  • sobota, 18 maja 2013
    • Niesamowita Maria Janion… - Maria Janion, Kazimiera Szczuka, Janion, Transe - traumy - transgresje. Niedobre dziecię.

       

       

       

      Kilka lat temu Agnieszka Arnold zrobiła bardzo ciekawy dokument poświęcony jednej z najwybitniejszych postaci polskiej nauki, humanistce chyba najpoczytniejszej, choć zajmującej się literaturą raczej dziś już zapomnianą i niepopularną. „Bunt Janion” nie mógł być jednak wyemitowany w telewizji  w czasie kiedy powstał, z racji nieprzychylności dla takich inicjatyw, jak i samej bohaterki dokumentu, ówczesnej opcji politycznej. Maria Janion ukazana jest tam w taki sposób, w jaki żyje na co dzień – w swoim niewielkim mieszkaniu na Ochocie, w otoczeniu książek, które w zasadzie zajmują CAŁE MIESZKANIE, bo są W KAŻDYM POMIESZCZENIU! Widok jest niesamowity, tak jak niesamowita jest osoba Marii Janion. Uzupełnieniem tego filmowego obrazu, a może odwrotnie, jest książka – rozmowa Kazimiery Szczuki  ze swoją idolką, profesorką i wychowawczynią wielu pokoleń wybitnych humanistów. Książka „Janion. Transe – traumy – transgresje. Niedobre dziecię” (część pierwsza) nie tylko w jakiś sposób nakazuje zastanowić się nad Polską, polskością, słowiańszczyzną  i tym odwiecznym przekonaniem Polaków o ich mesjanizmie. Moim zdaniem przedstawia ona przede wszystkim kobietę-posąg, typ naukowca, który niestety powoli odchodzi do lamusa. Postać Marii Janion w pewnym sensie jest dla mnie personifikacją polskiego feminizmu, feminizmu nienachalnego, a dosadnego, który lansuje silne postawy kobiece.

       

      „Niedobre dziecię”

       

       „Niedobre dziecię” urodziło się w Mońkach. Pierwsze lata jej życia w domu rodzinnym były naznaczone przede wszystkim biedą, w którą wpędził ich ojciec alkoholik, przepijając cały majątek. Już wtedy mała Janion zaczęła pochłaniać książki, czytanie stało się czynnością wręcz kompulsywną.

       

      „To moje czytanie miało wyraźnie charakter transu narkotycznego, co może pomagało mi przetrwać okupację, prowadzić jakieś fantazmatyczne, równoległe życie”.

       

      Po latach czas dzieciństwa Janion wspomina z jednej strony jako idyllę na wsi, spacery drogą wysadzaną drzewami, konie, z drugiej zaś jako narastający niepokój poprzedzający katastrofę. Hekatomba wojny paradoksalnie umożliwiła jej naukę w wymarzonym Gimnazjum Piotra Skargi w Wilnie, do którego przed wojną się nie dostała. Polska przed 1939 rokiem miała jeszcze dość mocno ugruntowane tradycje poststanowe, demokratyzacja społeczeństwa rozpoczęła się wraz z tragicznymi wydarzeniami we wrześniu 1939 roku. Maria Janion mówi, że gdyby nie wojna, zostałaby pewnie krawcową. 

       

      Doświadczenie wojny i jej końca, poczucie klęski w pewnym sensie przyczyniły się do dojrzałości młodej studentki polonistyki. W Łodzi, do której przyjechała studiować po wojnie, ukształtował się jej zmysł badawczy, przenikliwość historyka literatury, zrodziła się fascynacja romantyzmem, na który patrzyła wówczas z zachwytem. To wtedy Maria Janion została marksistką, to tam poznała Marię Żmigrodzką „prześliczną rudowłosą” jak z wiersza Apollinaire’a, z którą połączyła ją wielka przyjaźń. Obie również niespodziewanie wywołały wielki skandal na Zjeździe Kół Polonistów w Krakowie. Skandal polegał przede wszystkim na tym, że te dwie młode studentki – marksistki (gdy w kręgach naukowych uprawiano jeszcze wtedy tradycyjny typ nauki)  po prostu „stały i mówiły”, co w zasadzie w tamtych czasach nikomu nie mieściło się  głowie.

       

      Maria Janion Warszawę zobaczyła po raz pierwszy w 1946 roku. Widok zrujnowanego, unicestwionego wręcz  miasta był przeżyciem potwornym. Cisza, smród, panorama zgliszczy roztaczająca się ze szczytu ruin Opery  i Maria Janion - posąg człowieka na posągu martwego miasta.

       

      „Rojenia mesjanistyczne” i „żydowska szmata, która mąci w głowach”

       

      W Warszawie Maria Janion przepracowała 60 w IBL PAN. Było to życie poświęcone badaniom nad literaturą romantyczną, nad polskością i uwielbianym przez Polaków mesjanizmem. Pisanie rozpraw, książek, wnikliwe czytanie Krasińskiego, Słowackiego, Mickiewicza przyczyniły się do tego, iż sama Janion skażona była romantycznym szaleństwem, mesjanizmem Polaków, ich świętym bohaterstwem. Lecz wszystko zaczęło się zmieniać jakieś dwadzieścia lat temu. Nowa rzeczywistość i wcześniej zdobyte doświadczenie historyka literatury  w dużej mierze uprawniły badaczkę do wypowiadania sądów na tematy aktualne i współczesne. Dziś mesjanizm Mickiewicza można odczytywać wyłącznie jako „szerzenie chwały narodu męczeńskiego, cierpiącego jak Chrystus za ludzkość”. Po katastrofie smoleńskiej pojawiła druga fala mesjanizmu - pop–mesjanizm -objawiający się przede wszystkim w teorii o zamachu smoleńskim. Taka wizja wydarzeń z kwietnia 2010 roku nakazuje znowu „traktować Polskę jako wybrankę Boga spośród narodów świata”, znowu maluje się obraz Polski zniewolonej, bez niepodległości, o którą należy walczyć.

       

      Maria Janion chyba jednak urodziła się, aby być historykiem literatury. Syzyfka, która bardzo chciała mieć żonę, tak jak koledzy z Instytutu (którym to właśnie żony prasowały koszule, przygotowywały kanapki, przepisywały teksty na maszynie), w swoim „kostiumiku uczonej polskiej”, od dziecka „próbowała dotrzeć do tajemnicy, jądra tekstu.” W filmie Agnieszki Arnold siedzi przy niewielkim biurku otoczona książkami, jak współczesny św. Hieronim. W pewnym momencie wyciąga list–anonim i o prosi przeczytanie fragmentu – sama tego nie uczyni na głos, bo za dużo tam niecenzuralnych wyrazów. Autor listu pisze: „ty śmierdząca szmato żydowska, dość namąciłaś w głowie skretyniałej inteligencji polskiej. Żydzi do gazu, Jude raus. Będziecie, cholery jasne, wspominać Treblinkę jak ośrodek wypoczynkowy(…).” Maria Janion się śmieje.

       


       

       Maria Janion, Kazimiera Szczuka, Janion, Transe - traumy - transgresje. Niedobre dziecię. Cześć pierwsza. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013

    • "Kronos" dołączył do starszego brata...

      Zaczynam czytać...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      sobota, 18 maja 2013 17:40
  • czwartek, 16 maja 2013
  • wtorek, 14 maja 2013
    • Zapowiedź książki Adama Wajraka ”To zwierzę mnie bierze” -fragmenty

       

       

       

      JAK Z POMOCĄ DZIĘCIOŁA FOTOGRAFOWAŁEM LISKI

       

                  Wczesną wiosną kilkaset metrów od naszego domu, koło wielkiego świerka tuż przy leśnej drodze, ktoś zaczął prace ziemne. Co parę dni pojawiała się nowa nora, a przy niej góra świeżo wykopanego piasku. Nie było wiadomo, kto jest głównym inwestorem, bo na piasku widziałem tropy jenota, innym razem lisa oraz borsuka. W końcu jednak jenoty sobie poszły, borsuk zajął się inną norą 100 m dalej, a kompleks nor pod świerkiem opanowały lisy.

                  W puszczy, gdzie polują na nie myśliwi, właściciele kur nienawidzą, a wilki potrafią ukatrupić, lisy są szalenie ostrożne. To nie takie lisy jak w Warszawie, Poznaniu czy innym dużym mieście, które za dnia potrafią wejść do ogrodu i wyjeść psu karmę z miski lub pogonić kota. Nasze lisy unikają niepotrzebnych kontaktów, bo może się to dla nich źle skończyć. Tymczasem ja marzyłem o zrobieniu zdjęć małym liskom. Na początku czerwca już powinny wychodzić z nory. Mało jest tak fotogenicznych zwierzaków jak małe lisy. Od końca maja, kiedy młode powinny wychodzić z domu i poznawać świat, odwiedzałem norę. Czaiłem się przy niej godzinami, a liski zobaczyłem tylko raz, przez kilka sekund, gdy było bardzo, bardzo ciemno. Na mój widok czmychnęły do nory. Nic nie dały godziny czekania w specjalnym maskowaniu spryskanym sprayem udającym zapach jelenia. Liski nie wychodziły.

                  Ale przecież muszą kiedyś wystawiać głowy – na przykład wtedy, kiedy do nory przychodzi matka albo ciotka. Tak jest, ciotka, bo lisy mogą mieć piastunki, zwykle są to młode samice z poprzednich lat, które pomagają matce wychować młode. Przychodzi ciocia lub mama i przynosi coś smacznego – przy norze znalazłem resztki po jakichś gryzoniach, młodym droździe, kawałek sarny (zapewne ukradzionej jakiemuś rysiowi, bo nie sądzę, by lis mógł zabić dorosłą sarnę).

                  Matka nie zostaje długo, bo biegnie dalej polować, ale dla lisków jej pojawienie się to gwarancja, że nie ma nieprzyjaciół w okolicy i chwilę można się przy norze pobawić. A dla mnie to znakomita okazja do fotografii. Kłopot w tym, że jest tam bardzo gęsty las. Żeby zobaczyć, jak lisica wraca do nory, musiałbym być tuż obok. A jak będę blisko, to dorosły lis nie przyjdzie i małe liski nie wyjdą z nory. Kółko się zamyka.

                  Na szczęście z pomocą przyszedł dzięcioł duży, który tuż obok, w starej osice, wykuł sobie dziuplę i wychowywał młode. Jak każdy ptak, który wychowuje młode, niezwykle się denerwował, gdy widział lisa. Nie miało znaczenia, że ten w żaden sposób nie mógł się dostać do dziupli i młode były bezpieczne. Dla dzięcioła lis to drapieżnik i na jego widok strasznie się drze.  Trzymałem się więc z dala od nory, a kiedy słyszałem zdenerwowanego dzięcioła, odczekiwałem kilka minut i schylony, niczym indiańskim tropiciel podchodziłem do lisiego domu. Małe liski przerywały zabawę i bacznie mi się przyglądały. Były cztery, każdy inny, najśmieszniejszy – najmniejszy, który wesoło podskakiwał i zaczepiał większe rodzeństwo, nawet jak byłem tuż obok.

                  Widać było, że nie za bardzo wiedzą, kim jest ten dziwny dwunożny stwór z trójnogiem zaopatrzonym w potężną rurę, ale wolały nie ryzykować. Ciekawość walczyła w nich ze strachem i strach wygrywał. Po kilkudziesięciu sekundach znikały w norze. Wolałbym, żeby było inaczej, ale trudno, dla maluchów tak będzie lepiej. Tylko raz jeden z nich mnie nie zauważył, gapa jeden, i zasnął na górce piasku przy norze. Wczoraj znów spróbowałem je podejść. Zobaczyłem tylko, jak czmychają do nory. Bardzo szybko uczą się życia w puszczy.

       

       

      ***

       

      Adam Wajrak będzie podpisywał książkę podczas Warszawskich Targów Książki w sobotę 18 maja w godzinach 15-16.30 na stoisku Agory (88/D8)

      Spotka się także z czytelnikami w niedzielę 19 maja o godz. 11 w księgarnia dziecięcej Badet  (Wilanów, ul. Lentza 35a) 

       

      Adam Wajrak, To zwierze mnie bierze, premiera: 17 maja 2013, Agora SA

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 maja 2013 20:48
  • środa, 08 maja 2013
    • Ilu ludzi, tyle demonów – o „Wielu demonach” Jerzego Pilcha

       

       


       Cokolwiek by nie napisać, cokolwiek by nie powiedzieć o najnowszej powieści Pilcha, to znaczy nic nie napisać i nic nie powiedzieć. Wirtuozeria, majstersztyk, mistrzostwo wszechświata – bo świat to za mało! Każde jej zdanie to diament (o boska Marylin, co byś na takie grono zacnych przyjaciół powiedziała?), a niezliczona ilość pięknych historii, które to sekwencjami filmu mogłyby być, przyprawia o zawrót głowy. Tak, jest to książka niewątpliwie filmowa, choć obawiam się, że temu wyzwaniu nie będzie komu sprostać. Pilch jest bezbłędny w kreowaniu swego świata, rzeczywistości magicznej, zamkniętej  w niewielkiej, dość charakterystycznej przestrzeni, nad którą unosi się duch narratora – kreatora. To właśnie gawęda Pilchowego narratora, (odautorskie) dygresje, brak chronologiczności, wędrówka po pozornie chaotycznym świecie, pozwalają czytelnikowi otrzeć się o problemy ostateczne, a tych w Sigle niemało!


      W powieści „Wiele demonów” znowu przenosimy się do Wisły, choć tym razem nazwanej Sigłą. Sigła to mała luterska miejscowość, której niezwykle barwni mieszkańcy są świadkami jeszcze bardziej barwnego i niezwykłego życia dwóch córek pastora Mraka – Oli i Juli. Dziewczyny elektryzują całą siglańską społeczność swym dość osobliwym zachowaniem, bystrością umysłu, oczytaniem (przepiękny opis czytania zakazanych ksiąg z zakazanej biblioteki ojca pastora), ekstrawaganckim wyglądem (suknie z tafty, trampki ze srebrnymi sznurówkami), prowadzeniem dyskursów filozoficznych,  a nade wszystko swobodą seksualną! Gdy jedna z sióstr – Ola, znika w niewyjaśnionych okolicznościach (watek kryminalny), Jula, jakby opętana, ale nie bez pewnej delikatności, subtelności, którą cechuje dziewczęca zachłanność, zatraca się w miłości, miłości absolutnie fizycznej i zmysłowej.  Jest jednocześnie niczym rudowłosa femme fatale i rozszalały koń ze słynnego obrazu Podkowińskiego. Jula kocha szaleńczo i gwałtownie i równie gwałtownie przestaje kochać… by w końcu przywieźć z Warszawy katolickiego narzeczonego. To właśnie Mrakówny wywołują największe trzęsienie ziemi w Sigle, chociaż nie brakuje tam postaci co najmniej w części tak osobliwych. 


      Jest tam Fryc Moitschek, listonosz- prorok, który zna sekret ludzkiego życia, Pan Naczelnik, starzyk Schkryfani, organista Somnabulmeister, Madame Wzmożkowa i starka Zuzanna. Narratorem jest dziecko, mały chłopiec, mieszkaniec  Sigły, który raz mówi w swoim imieniu, raz w imieniu siglańskiej społeczności. Niewątpliwie ów narrator ma wiele wspólnego z kilkuletnim Pilchem  i jego dzieciństwem w domu babci w Wiśle. Tam jest początek i zdaje się koniec. Oni wszyscy „Umrą, umrą, umrą” – od tego nie ma odwrotu, od śmierci się nie ucieknie, a gdy zbliża się czas, należy się z nią zacząć oswajać. Pilch niczym barokowy poeta metafizyczny dotyka zagadnień niezwykle trudnych, nawet bolesnych, nie pozostawiając żadnej, ale to żadnej nadziei, że końca uda się uniknąć.  


      Człowiek religijny Pilcha, w swej religijności mocno osadzony, zdaje się częściej dotykać kwestii eschatologicznych, lecz nie w pojęciu filozoficznym, a raczej powszednim. Proste życie nigdy nie jest proste. Tu również goszczą erotyka i śmierć, czyli to, co chyba nas najbardziej zajmuje, nawet jeśli o tym głośno nie mówimy. Mieszkańcy Sigły na co dzień zmagają się z banalnymi (powiedzmy…) problemami, które u Pilcha przybierają postać niezwykłych historii, jak choćby biały (!) i zupełnie niepraktyczny, przypominający kitel lekarski, płaszcz Wzmożka, zbyt duży, a potem zbyt mały kożuch młodego Holeksa, który ten nosił od szkoły podstawowej aż do matury (wątek autobiograficzny) itp. Ekstrawagancją wydawać się może jedynie kłopot jaki ma pani Wzmożkowa, wdowa, która … a zresztą, to trzeba zacytować:


      „-Panowie, jak wam idzie? Wymyśliliście coś? Dacie w końcu rady? – W otwartych drzwiach po raz setny stanęła Madame Wzmożek: włosy w coraz większym nieładzie, suknia coraz niestosowniejsza. Na początku – gdy trwało pożegnanie zmarłego, gdy modliliśmy się i śpiewali, i jeszcze dobrą chwilę potem, gdy opadło wieko, i gdy kłopoty z wynoszeniem trumny wyglądały na przejściowe – paradowała w żałobnym żakiecie i narzuconym na ramiona srebrnym szalu, teraz jakby z każdą daremną próbą wyniesienia trumny opadła z niej jakaś część garderoby; żadną miara nie szło mieć nic przeciwko temu: tragedia tragedią, trumna trumną, a ciało ciałem. Pełne ramiona i z gęstej tkanki uczyniony biust pięćdziesięcioparolatki coraz bardziej się ku nam wychylały, w końcu nie było jasne, czy Wzmożkowa ma wciąż na sobie czarna suknię na ramiączkach, czy już tylko jedwabną halkę (…) I z całą wirtuozerią, i rutyną wieloletniej pani domu strzepywała z wieka okruchy i popiół i próbowała zacierać uczynione na powierzchni rysy, i usuwać plamy, i jej wizytowy dezabil podjeżdżał do bioder, i jej epicki zadek kolebał się tak, jakby nie tylko nie brał udziału w żałobie, ale wręcz drwił z śmierci.  (…) życie zwyciężało”.


      Tak właśnie u Pilcha erotyka ze śmiercią idą w parze. Bo czymże, jak nie wieczną walką zajmują się te dwa żywioły, a są, dodajmy, parą nierozłączną, o czym Pilch co jakiś czas nam przypomina. W niewielkim siglańskim świecie, w Polsce lat pięćdziesiątych, w czasach  postalinowskich, trudnych, choć nie najtrudniejszych, możemy zobaczyć człowieka w ogóle, z całą jego zawziętością pchającą go ku wewnątrz, człowieka skupionego na własnych demonach, od których nie sposób się uwolnić. Egzystencjalny charakter tej opowieści poraża.


      Wiele pytań zadanych przez Pilcha już w zasadzie słyszeliśmy, wiele z nich nam już zadawano, zadawaliśmy je i my. Ale nigdy tak jak Pilch, który przez niewiarygodne i pełne ironii historie swoich bohaterów do nas przemawia – i opowiada: o bólu, cierpieniu, przemijaniu, szaleństwie, smutku i rozpaczy. A z nich wszystkich najgorszy jest ból, bo od niego zaczyna się ta potworna świadomość, że jesteś sam, że jesteś chory, że już nie ma powrotu, że ogarnia cię rozpacz, która może i jest grzechem, ale żadna wiara nie jest w stanie ci  pomóc i wyzwolić się od cierpienia, pogodzić się z nim, bo ty jesteś tylko człowiekiem, który zbliża się do końca drogi. I jak zaczyna boleć coraz bardziej, ty zaczynasz się żegnać, nie w imię Ojca, lecz z własnym życiem, z paroma rzeczami, które cię zajmowały, z kilkoma osobami, które jeszcze stoją tu obok.


      Piękna, jedna z najpiękniejszych, książek Pilcha to w istocie święto narracji, gdzie narrator niczym wodzirej prowadzi nas po raz rozszalałej, raz pustoszejącej sali, gdzie upiorni niekiedy mieszkańcy Sigły bawią się w życie, miłość i śmierć. I cały czas przygrywają im ich demony, które wiedzą wszystko, ale w zasadniczych momentach milczą. Zagadka życia i śmierci nigdy nie zostanie rozwiązana.

       

      Jerzy Pilch "Wiele demonów" - tekst w interpretacji Jerzego Radziwiłowicza

       

      Jerzy Pilch, Wiele demonów, Wielka Litera, Warszawa 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Ilu ludzi, tyle demonów – o „Wielu demonach” Jerzego Pilcha ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      środa, 08 maja 2013 09:38
  • niedziela, 05 maja 2013
    • Mam takie super marzenie, żebyśmy zobaczyli premiera z prezydentem w księgarni –rozmowa z Jarosławem Klejnockim

       

       

      Jarosław Klejnocki (fot. Muzeum Literatury)

      Beata Januszkiewicz: Spotkaliśmy się, aby porozmawiać na temat kanonu lektur szkolnych - w końcu za kilka dni matura oraz na temat poziomu i jakości czytelnictwa w Polsce. Nie ukrywam, że jestem tu w charakterze nie tylko czytelniczki, ale i nauczycielki – w dodatku takiej, która w pewnym sensie trzyma stronę uczniów - podzielam ich opinię, że kanon lektur szkolnych nie przystaje do naszych czasów i w jakiś sposób zniechęca młodzież do czytania książek. Czy nie odnosi Pan takiego wrażenia, jako wykładowca, autor, czytelnik?

       

      Jarosław Klejnocki: Dorzucę jeszcze jeden punkt widzenia, mianowicie jako ojciec dwóch córek w szkole podstawowej. Myślę nawet, że to zniechęcenie odbywa się bardziej na tym poziomie, niż na poziomie liceum. Starsza córka jest w trzeciej klasie. Miała kiedyś przeczytać fragmenty „Plastusiowego pamiętnika” . Ja oczywiście nic przeciwko „Plastusiowemu pamiętnikowi” nie mam, ale to jest taka lektura, którą moi rodzice czytali, ja czytałem, a teraz moje dzieci.  Muszę powiedzieć, że moja córka szybciej przeczytała zadane fragmenty, niż ja jej później wytłumaczyłem, co to jest stalówka. Odklejenie zacnej lektury od rzeczywistości akurat Weronikę nie zniechęciło, bo ona ma dryg do czytania, lecz dla innych dzieci był to już jakiś ruch do tyłu. To się oczywiście pogłębia, ponieważ idea nauczania na wyższych etapach jest taka, że młodzież ma spotkać się z klasyką. W szkole nie czyta się żadnych książek rozrywkowych, całe nurty są nieobecne, na przykład kryminał, fantasy…


      W szkole podstawowej czyta się Tolkiena. W programie jest „Hobbit”. Uczniowie wręcz pożerają tę książkę.


      Sądzę, że dzieje się tak w dużej mierze przez film. Jest to opowieść, która wciąga też dziewczęta. Mój wybitny kolega z wydziału, profesor Grzegorz Leszczyński , zajmujący się literaturą dla dzieci i młodzieży, podkreśla, że między czytelnikiem a literaturą młodzieżową jest dystans, ponieważ te lektury nie mówią o sprawach ważnych dla tych ludzi. One mówią o sprawach ważnych dla ojczyzny, historii, tradycji. Leszczyński używa tu takiego sformułowania jak RYTUAŁ PRZEJŚCIA. Oznacza to, że młody człowiek w wieku pomiędzy 13 a 18 lat doświadcza tego rytuału przejścia od świata w miarę beztroskiego, niezobowiązującego, dziecięcego przez dorastanie ku jakiejś dojrzałości. Niestety, tego zjawiska w żaden sposób nie odzwierciedla propozycja lekturowa. Rodzi się więc pytanie, czy jest taka oferta, a jeśli nie ma, to może sięgnąć po literatury obce, które już dawno się z tym uporały (np. Francuzi, a zwłaszcza Skandynawowie). Wszystkie lektury tupu „Ludzie bezdomni” są ok, ale należy też podejmować inne tematy: charakterystyczne nastroje dekadencko-melancholijne dla okresu dorastania, inicjacja uczuciowa, inicjacja erotyczna, dom jako azyl, ale też jako piekło, kwestie narkotyków, przemocy – to jest coś, w czym oni są zanurzeni, to interesuje młodzież. Jedną z najpopularniejszych książek lat 90-tych była książka „My, dzieci z dworca ZOO”…

      Kilka tygodni temu widziałam, jak ktoś ją czytał w metrze…

       

      Właśnie to tego piję. Była popularna ponad dwadzieścia lat temu i nadal jest popularna, w przeciwieństwie do „Plastusiowego pamiętnika”. Jej żywotność książki polega na tym, że opisane w niej problemy nie mijają, nadal są intrygujące. Dlaczego więc nie czytać takich rzeczy? Bo za drastyczne? Zbyt często się słyszy, aby szkoła nie podejmowała pewnych tematów…


      Niekiedy takie problemy są omawiane na zajęciach z psychologiem, bądź pedagogiem , czasami na godzinie wychowawczej. Ja natomiast wchodząc na swoje lekcje języka polskiego mam świadomość przede wszystkim tego, że muszę uczniów przygotować do egzaminu maturalnego. I gdy mówię do nich: czytamy teraz „Nad Niemnem” , „Ludzi bezdomnych”, po klasie rozlegają się nagle gombrowiczowskie stękania, jęki, i krzyki „nie mogę, nie mogę” ! Nie mam możliwości tak naprawdę zmusić ich do przeczytania którejś z tych lektur, ba, nawet przeczytanie streszczenia tych tytułów  jest w ich przypadku czynem heroicznym, na który oni nie zamierzają się porywać, bo im się nie chce!


      No więc całe moje gadanie jest zgodą na pani tezę. Ja mam podobne odczucia. Myślę, że to jest takie zaklęte koło, ponieważ decydenci, którzy kształtują politykę dydaktyczną uważają, że młodzież musi czytać literaturę klasyczną, a nie jakąś tam drugorzędną, bo to przecież z DZIEŁAMI trzeba obcować. A obcowania nie ma, bo nikt tego nie czyta. Mamy więc do czynienia z czystą grą pozorów. Ja miałem akurat to szczęście, że uczyłem większą cześć życia w szkole prywatnej, gdzie młodzież była dość przyzwoita, ale nie liczyłem na więcej niż 30% klasy, które naprawdę przeczytało zadaną lekturę.


      Z kolei moja młodzież kilka dni temu zadała mi pytanie, czy gdybym ja 20 lat temu miała dostęp do takich dóbr jak iPady, iPhony, komputery, Internet itp., to czy wtedy również chciałoby mi się czytać? Przyznam się, że nie wiem, jak w takich okolicznościach cywilizacyjnych wyglądałby mój kontakt z książką w wieku 15 lat.

      Problem jest złożony. Ja widzę sprawy wielowątkowo. Jest coś takiego jak formacja rodzinna i domowa. Jeśli w domu są książki, jeśli dziecko widzi czytających rodziców, to dla niego akt lektury nie jawi się jako czyn heroiczny. Ale powiedzmy, że w domu nie ma atmosfery czytania, to niech chociaż ta szkoła nie zniechęca . Już na samym początku edukacji powinno się czynić z lektury zabawę, przygodę. Tutaj nie trzeba wymyślać żadnego prochu. Myślę, że w każdej klasie szkoły podstawowej są dzieci będące entuzjastami czytania, tak jak na przykład moja córka.  W jej szkole, nomen omen która jest bardzo przyzwoitą podstawówką podwarszawską, nigdy jeszcze nie było czegoś takiego, żeby nauczycielka poprosiła wybrane dzieci, te które chcą, aby podzieliły się pięciominutową, dziesięciominutową wypowiedzią o książkach, które one czytają. Moja córka jest zafascynowana literaturą dziecięcą o tematyce końskiej, zresztą jeździ również konno i podobno jest w tym niezła, więc myślę, że gdyby przygotowała takie wystąpienie, prezentację na temat swoich ulubionych książek, z pewnością jej entuzjazm udzieliłby się innym.


      Jako nauczyciel muszę w tym momencie powiedzieć, że owszem jest to myśl doskonała, ale sądzę, że wielu z nas po prostu ściga się z czasem, bo najważniejsze jest zrealizowanie programu. Nauczanie przybiera niekiedy formę biurokracji – jest to dramat nauczyciela. Klasy nierówno pracują, różne tematy realizuje się w różnym tempie – bywa, że nie znajdzie się czasu na dodatkowe wystąpienia.


      Dotykamy tu już problemu organizacji czasu pracy. Dla mnie zawód nauczyciela, może nie do końca, ale jednak, jest zawodem kreatywnym.  Jeżeli robi się z nauczyciela urzędnika, nałoży mu się kaganiec, w zawiązku z tym wiąże się pani ręce i nie ma pani możliwości kreacji i pola manewru.  Gdzie tu elastyczność i indywidualizacja nauczania? Powiedzmy sobie od razu: jak zrobimy ze szkoły kolejny urząd, to w zasadzie nie zachęci pani do czytania, bo nie będzie pani miała czasu, ani narzędzi. Ja bym sobie wyobrażał tutaj jakiś margines wolności dla nauczyciela, aby mógł on dokonać dostosowania programu do potrzeb danej zbiorowości.


      To w taki razie czy mamy szansę na jakąś rewolucje w szkole?


      To jest pytanie do władzy ustawodawczej, na która możemy wpływać przez wybory, to jest pytanie do władzy wykonawczej, do odpowiednich resortów. Ja jako skromny obywatel, były nauczyciel, ojciec mogę snuć sobie różne pomysły, natomiast nie mam żadnej mocy. Ale jako Muzeum Literatury możemy wspierać działania edukacyjne . To czego szkoła nie zdoła zrobić, bo nie zdąży, bo ma jakieś wytyczne,  można zrobić w muzeum. Organizując zajęcia dla młodzieży, możemy pokazać na przykład Mickiewicza i jego kumpli nie jako nudnych dziadów sprzed dwustu lat, tylko opowiedzieć jakieś barwne anegdoty o nich, okrasić to jakąś literaturą. Nasze lekcje dla gimnazjalistów są na pograniczu show i tradycyjnej lekcji - te dzieciaki świetnie się bawią. Poza tym uczeń na języku polskim powinien móc korzystać z czytników, a niektóre lekcje winny odbywać się w pracowniach komputerowych, aby pokazać młodzieży zasoby humanistyczne Internetu.


      Nie każda szkoła może sobie na to pozwolić. Czytnikami dysponują tylko niektórzy uczniowie, których na to stać. Szkoła im tego nie jest w stanie zapewnić.


      Jak nie postawimy sobie tego jako planu, to nigdy tego nie zrealizujemy. Skoro uczeń siedzi cały czas w wirtualnym świecie, no należałoby ten wirtualny świat jakoś wykorzystać. Szkoła powinna pójść w tę stronę, aby móc zapewnić uczniom taki sprzęt, który podlegałby na przykład później jakiejś wymianie.


      A jak poradzić sobie z czytelniczą niemocą w liceum? Nastolatek drugiego dziesięciolecia XXI wieku ma naprawdę o wiele więcej ciekawszych zajęć, niż ślęczenie nad Żeromskim…  Nie uważam też, że należałoby całkowicie wykluczyć Żeromskiego, Sienkiewicza czy Orzeszkową z kanonu, ale najzwyczajniej w świecie jego zawartość jest  nieludzka: przez dwa lata liceum młodzież (15-17 lat) czytaj Reja, Kochanowskiego, poetów barokowych, Krasickiego, „Dziady”, których kompletnie nie czuje,” Nie – Boską komedię”, której szczerze nienawidzi, potem zostaje dobita Żeromskim i Orzeszkową… tak mijają dwa lata. W klasie trzeciej nikt już nie jest w stanie polubić czytania, choć pojawia się wiele ciekawszych lektur.


      Zgadzam się. Najmłodszym poetą w kanonie jest Barańczak. Nie mam nic przeciwko niemu, ale czy nic po Barańczaku w poezji już się nie wydarzyło? Ostatnia proza, którą się czyta, to „Dżuma”. Jest to oczywiście książka, która jak najbardziej do czasów współczesnych pasuje, ale czy znowu nic się nie wydarzyło później? Ja w tej sprawie mam dwa radyklane pomysły. Jeden radykalny pomysł jest taki, aby przedmiot, który nazywamy językiem polski w liceum rozdzielić i zrobić z tego dwa przedmioty, nie zwiększając wcale godzin. Chciałbym, aby treść nauczania odpowiadała nazwie tego przedmiotu, ponieważ zauważam, że nauczanie literackiej polszczyzny zaczyna być trochę nauczaniem języka obcego. Narzecza, którymi wypowiada się współczesna młodzież są już od języka literackiego dość odległe. Wyobrażam sobie, że takie lekcje nie byłyby oparte na nauczaniu rozmaitych gramatyk, tylko były szeroko rozumianą kulturą języka. Omawiany byłby język stosowany i jego rozmaite funkcje w oparciu o przykłady. Takie lekcje byłyby po prostu praktyczną obróbką języka polskiego. Drugim przedmiotem byłaby literatura – to tam byśmy się zajmowali czytaniem . Stamtąd też wyrzuciłbym generalnie wszystko, czym dziś zajmuje się uczniów. Wyobrażam sobie, że takie spotkanie z książką polegałoby na czytaniu i omawianiu w ciągu roku dwóch, trzech książek. Nie istniałby przymus przeczytania jakiejś cegły w ciągu tygodnia, tylko skupiono by się na stopniowym czytaniu książki z rozdziału na rozdział. Za tym szłaby dyskusja dotycząca psychologii postaci, budowy dzieła literackiego, rozmaitych kontekstów. Wtedy można smakować język, rozmawiać o tematach, które porusza dana książka, ujmować je w szerszym kontekście i łączyć te lekcje z procesami wychowawczymi . Funkcje wychowawcze sztuki są niezwykle istotne.  Wtedy dopiero można porzucić  w liceum historię literatury, niezrozumiałe, wręcz archaiczne teksty z literatury staropolskiej i sięgnąć do nich z uczniami zainteresowanymi, a może w ogóle pozostawić to uniwersytetom. Nowy zestaw lektur odwracałby całkowicie proporcje: większość tych tekstów, miejmy nadzieje, byłoby bardziej strawnymi dla młodego odbiorcy, który wówczas stawiałby mniejszy opór przed czytaniem. Drugi pomysł mam taki, aby w ogóle zlikwidować maturę. Ona jest zupełnie niepotrzebna.


      Powiem, że ten pomysł mi się bardzo podoba. Ale chodzi Panu o maturę z języka polskiego, czy w ogóle?


      To jest dobre pytanie. Myślę przede wszystkim, że nie powinno być matury z języka polskiego.


      W zasadzie chyba niewiele kierunków bierze teraz pod uwagę wyniki matury z języka polskiego.


      Dzieję się rzeczy jeszcze bardziej weselsze. Rok temu, w czasie matur i przyjęć na studia, przetoczyła się taka informacja, że w Polsce jest kilka wydziałów różnych uczelni, które zrezygnowały w ogóle przy rekrutacji z jakiejkolwiek selekcji  z przedmiotu wiodącego, którego wyników maturalnych nie brano pod uwagę. Zadziało się tak głównie z powodu niewielu kandydatów na owe studia - przyjmowano po prostu każdego.  Czeka nas niż, który będzie się jeszcze pogłębiał (mamy jeszcze dobrych kilka lat do dna niżu). I właśnie ten czas można wykorzystać do przewrócenia do góry nogami tego systemu, który sobie działa, ale to jest zardzewiały mechanizm. Egzamin końcowy na danym etapie nauczania wymusza metody nauczania, czyli mówiąc prostacko, znacząca cześć szkół uczy pod maturę.


      Tak, dziś liczą się zdawalność i statystyki.


       Dla mnie jest to kompletny absurd. Dzisiejsza matura to jest promesa na dostanie się na uczelnię. Tylko potem na uczelniach słyszy się narzekania, że klientela jest kompletnie niedokształcona. Jeśli tak, to należy zlikwidować maturę i przerzucić to na uczelnię. Jeśli uczelnia jest zainteresowana klientem, to niech stawia mu wymagania.


      Należy wrócić do egzaminów wstępnych na uczelnię?


      Tak. Wtedy osoba zainteresowana studiowaniem na danym kierunku byłaby zobowiązana zapoznać się z wymaganiami obowiązującymi przy rekrutacji. Oczywiście program z określonego przedmiotu należałoby dostosować do standardów egzaminacyjnych. Zwłaszcza, że matura z każdego przedmiotu jest testem, który sprawdza wydolność w danej chwili. Test nie uwzględnia szerszej wiedzy, kontekstów i osobowości.


      Wróćmy jeszcze do samego czytelnictwa. Czytanie książek Polacy mają w nosie, sądzą, że to strata czasu. Nieco ponad 40% przyznaje się do przeczytania czegokolwiek w ostatnim czasie, w tym 12 % czyta regularnie. Dlaczego Polak tak boi się tekstu pisanego. Czy rzeczywiście jest to przemęczenie pracą, obowiązkami i zarabianiem pieniędzy?


      Rzeczywiście obserwujemy takie zjawisko, że w społeczeństwach stabilnych ekonomicznie, na wyższym poziomie rozwoju, czytelnictwo jest bardziej nasycone. Innymi słowy sytuacja społeczno – materialna i bogactwo mają przełożenie na popularność czytelnictwa. Polacy się dopiero bogacą i nie mają czasu na książki. Po książkę sięga się, jak już zaspokoi się podstawowe potrzeby. Jest jeszcze jedna sprawa, poniekąd ekonomiczna: książka jest droga.


      Nie wiem, czy jest aż tak droga, by nie móc kupić sobie jednej od czasu do czasu…


      Jeśli ktoś zarabia najniższą krajową, jakieś 1200 zł to nie będzie kupował książek.


      A biblioteki?


      Tu jest inny problem. Jeśli ktoś pracuje do 20, a biblioteka jest czynna do 15, to nie zdąży już pójść coś sobie wypożyczyć. Zróbmy więc biblioteki czynne co jakiś czas do 23. Ale nie wiem, czy to coś pomoże. Taki problem mają też takie instytucje jak Muzeum Literatury. Ludzie się skarżą, że jesteśmy otwarci tylko do 16, a raz w tygodniu do 18, narzekają, że nie mają kiedy nas odwiedzić. Chcąc wyjść naprzeciw takim ludziom, przy kilku wystawach zmieniliśmy godziny otwarcia do późna, nawet do 21. Myśli pani, że to się przełożyło na naród, który nagle stanął u drzwi Muzeum? Nie.

      Myślę też, że Polacy w niektórych sprawach stali się bardzo szczerzy, szczególnie w badaniach. W związku z tym ja nie jestem pewien, czy wiarygodność tego typu badań w innych krajach jest wysoka. Inne narody być może ulegają jeszcze pewnej presji kulturowo-społecznej, że nie można się przyznać, że się nie czyta. U nas nie ma czegoś takiego. To jest niestety funkcja chamstwa. Proszę też zwrócić uwagę na to, że tak zwane kontrowersyjne ugrupowania polityczne często w sondażach wypadają gorzej niż w wyborach. Potem się okazuje, że na Leppera głosowało mnóstwo ludzi, a tego w sondażach nie było. Tu akurat był wstyd się przyznać. Wstyd i bezwstyd polski chodzi dziwnymi drogami…


      To prawda. Dziś uczniowie bez żadnego zażenowania i skrępowania informują nauczyciela, że nie zamierzają przeczytać danej lektury.


      Właśnie. Ale jest jeszcze jedna sprawa, trochę może w tym momencie uogólnię, ale zaryzykuję: otóż w Polsce zawsze silną pozycję miała poezja. To Marek Bieńczyk kiedyś żartował, że na pytanie, czym się różni literatura francuska od literatury polskiej, odpowiedział, że w literaturze polskiej rocznie ukazuje się trzy tysiące tomików poezji i sto powieści, a w literaturze francuskiej trzy tysiące powieści i sto tomików poezji.


      Mamy też więcej poetów, niż osób, które w ogóle czytają poezję.


      Kolejny fenomen. Jeśli więc przyjąć moją dość ogólną tezę, to należy powiedzieć, że w Polsce nie ma tradycji wytwórstwa, ani specjalnie ugruntowanej tradycji konsumpcji prozy. A skoro czasy nastały takie, że poezji się nie czyta, to w zasadzie nikt już niczego nie czyta. Poza tym rozpadła nam się inteligencja, a w Polsce nie ma tradycji mieszczańskiej. W Europie czytelnictwo jest elementem etosu mieszczańskiego, jeśli można w ogóle o takim mówić. To tłumaczyłoby, dlaczego w Czechach jest wyższy wskaźnik czytelnictwa.


      A mamy szansę na utworzenie się nowej inteligencji, mieszczaństwa z zacięciem intelektualnym ?


      Myślę, że nie. Wszystko będzie teraz szło w stronę statusu ekonomicznego.


      Czytanie stanie się więc domeną elit intelektualnych?


      Sądzę, że tak. Chyba, że uznamy, że należy bić na alarm i zrobimy rewolucję w szkołach , a samą szkołę potraktujemy jako miejsce, w którym zdobywa się nie tylko wiedzę, ale przede wszystkim dokonuje się tam jakaś perswazja. Oznaczałoby to na przykład dokonanie wielkich zmian chociażby na języku polskim, na którym należałoby zrezygnować z uczenia i przejść do lansowania.


      Czy zgadza się Pan z tezą Szczepana Twardocha, omawianą w Muzeum Literatury na spotkaniu właśnie z autorem „Morfiny”, że czytania nie powinno się reklamować, że to upokarzające, że tam gdzie trzeba, czytanie obroni się samo?


      Nie. Ja stoję na przeciwnym biegunie.  Uważam, że wręcz przeciwnie, takich akcji społecznych promujących czytanie jest za mało. Dobrze by było tutaj jakiś piarowców  pogonić i państwo powinno wydać na to trochę pieniędzy. Chciałbym, aby takie akcje były cykliczne. Powinny do tego zostać wciągnięte osoby wiarygodne. Na przykład wyobrażam sobie jakieś reklamy proczytelnicze, w których wystąpią wybrani oczywiście biznesmeni, z listy najbogatszych Polaków i będą zachwalać czytanie. Mogliby też w takich reklamach wystąpić sportowcy, jak na przykład Tomasz Majewski, czy Jakub Rzeźniczak z Legii Warszawa, który przyznał się, że przeczytał „50 twarzy Graya” , mówiąc, że to co prawda takie dziewczyńskie, ale ciekawe. Mam jeszcze takie super marzenie, żebyśmy zobaczyli premiera z prezydentem w księgarni. Dlaczego nie? Ostrzał musi być z różnej amunicji. Nie tylko aktorów należy zatrudniać do takich kampanii, to zresztą muszą być osoby wiarygodne. Jeśli zobaczyłbym panią Dodę z Heideggerem pod pachą, to mimo wszystko bym nie uwierzył. Należałoby  więc spełnić kryterium wiarygodności i zbombardować naród.


      Wnioskuję w takim razie, że nie jest Pan przeciwnikiem czytania czegokolwiek dla dobra sprawy?


      Nie jestem. Jedni zaczną czytać kryminały i na kryminałach się skończy. Ale też dobrze. Natomiast inni zaczną od Graya, kryminałów, romansów jakiś i być może sięgną po coś więcej. Od czegoś trzeba zacząć. To jest tak, jak z tym dowcipem żydowskim, w którym Icek prosi Pana Boga: Boże, Boże, no daj mi wygrać wreszcie w totka. A zniecierpliwiony Bóg na to: to kup w końcu los!  Daj mi szansę! Myślę, że trzeba dać ludziom szansę na czytanie. Nie można tylko narzekać. Za tymi słowami muszą stanąć wreszcie jakieś czyny.


      Serdecznie dziękuję za rozmowę.


      Dr Jarosław Klejnocki - dyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie, pisarz, poeta, eseista i krytyk literacki. Adiunkt w Instytucie Polonistyki Stosowanej UW. Jego wiersze, eseje i artykuły tłumaczono na angielski, niemiecki, szwedzki, słoweński, bułgarski, węgierski, rosyjski. Jest również autorem serii kryminałów: Przylądek pozerów: powieść antykryminalna (2005), Południk 21 (2008), Człowiek ostatniej szansy (2010), Opcje na śmierć (2012).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (29) Pokaż komentarze do wpisu „Mam takie super marzenie, żebyśmy zobaczyli premiera z prezydentem w księgarni –rozmowa z Jarosławem Klejnockim”
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 maja 2013 09:23
  • środa, 24 kwietnia 2013
    • Krew smaruje trybiki historii - o "Wiecznym Grunwaldzie" Szczepana Twardocha

      Cóż mogę powiedzieć – chyba zaczynam mieć słabość do tego pisarza, tak, do Szczepana Twardocha. W ostatnich miesiącach to on jest sprawcą największego zamieszania w moim czytelniczym życiu. Facet jest wyrazisty, zdaje się bezkompromisowy, no i ta jego proza, która zagnieżdża się w człowieku, rozlewa po umyśle, wchodzi pod skórę i nie daje spokoju.  Sądzę, że na tle tych wszystkich mdłych powieści , które zalegają na półkach różnych empików, jest to zjawisko. Zresztą myślę, że nie muszę odnosić się do prozy znacznie gorszej jakości, by móc docenić twórczość Twardocha. Ona sama świetnie się obroni. 

       

      (Szczepan Twardoch, fot. B.J.)


      Wypadałoby w końcu wyjaśnić, skąd ta euforia.  Otóż, po znakomitej ”Morfinie” postanowiłam sięgnąć po „Wieczny Grunwald” , który został wydany w 2010 roku. Jest to książka, o której dziś z pewnością można powiedzieć, że „Morfinę” zwiastowała.

       


      Warstwa fabularna powieści opisuje losy Paszka - bastarda króla Kazimierza Wielkiego i nastoletniej córki niemieckiego kupca, później prostytutki. W szerszym kontekście Paszko jest bękartem dwóch ojczyzn, to postać tragiczna i smutna, to człowiek–każdy, poniżany, targany przez żywioły historii dwóch wrogich sobie narodów. Jest postacią rozdartą, bez wiadomej tożsamości, mieszańcem - "szybko miałem się przekonać,  że nigdzie nie jestem u siebie, że polska nacja nie chce mnie tak samo jak niemiecka". Wszechpaszko niczym wieczny tułacz, człowiek–nic, parias jest zdany na łaskę historii, historii, która żywi się krwią i śmiercią. Według bohatera, śmierć zbiorowa czy nawet jednostkowa w kontekście historycznym jest codziennością, "nie jest niczym wyjątkowym. (…) Normalnie, umiera się". "Krew jest bez znaczenia. Kry jest kry, Blut ist blut, płynie jak woda, smaruje trybiki historii jak oliwa, zasycha jak czerwona farba na batalistycznych obrazach. Kry jest bez znaczenia. Trupy są bez znaczenia".


      Wieczny Grunwald, Ewiger Tannenberg stał się dla bohatera Twardocha symbolem "przezwiecznego umierania", jego nieustającej tułaczki po najczarniejszych kartach historii, bo tylko takie właściwie mają jakieś znaczenie. Dzięki licznym inkarnacjom Paszko, który najpierw ginie w bitwie pod Grunwaldem, zostaje wciągnięty w jakąś niezwykłą pętlę czasową, żyje w rozlicznych wariantach i wielokrotnie smakuje śmierci. To właśnie wojny, śmierć i krew decydują o losach narodów. Twardoch przywołuje tu koncepcję ducha narodowego, opisuje dwie nienawidzące się nacje – polską i niemiecką – w kontekście historiozoficznym, wykazując jednocześnie jak bardzo jesteśmy do siebie podobni.



      "Jesteśmy dwoma ciałami, kobietą i mężczyzną, Polską i Niemcami, splecionymi w walce, która jest uściskiem miłosnym. Walcząc, kochamy się. Walczymy z miłości. Podtrzymujemy się w istnieniu, walcząc. Syneczku. Idź, syneczku zgiń za mnie – prosi".

      "A ja idę i umieram, zdradziwszy ją. Schubert miesza mi się z Szopenem. Szubert z Chopinem. Nic już nie jest jasne".



      Germania i Matka Polska wyrosły z jednego romantycznego etosu, z jednego ducha. Paszko jest synem obu tych matek, jego inkarnacje walczą raz po jednej, raz po drugiej stronie, przemierzają liczne pola bitewne, pola Przezwiecznego Grunwaldu. Wszechpaszko to postać bez wątpienia tragiczna i pełna nienawiści do obu narodów, demitologizująca polski i niemiecki patriotyzm wyrosły z romantycznej sublimacji, który opiera się skrywanej przecież głęboko prawdzie: "żeby pięknie, bohatersko przegrywać".


      Myślę, że trzeba mieć sporo odwagi, aby obalać mity, na których wychowano całe pokolenia Polaków, ale i Niemców. Twardoch odromantycznia śmierć, odbrązawia etosy rycerza,  żołnierza, patrioty i z gorzką ironią dodaje, że Matka Polska kocha tylko tych, co umierają za ojczyznę, wyjąc z bólu. Bohaterowie „Wiecznego Grunwaldu” nie są szlachetni moralnie, to szubrawcy, złodzieje, mordercy i prostytutki, kopulują przede wszystkim, by ulżyć swoim chuciom, są jak zwierzyna walcząca o przetrwanie, posługująca się głównie instynktem –  nikt inny, tylko oni są kołem napędowym potwornej historii.


      Czymś, co czyni tę książkę inną od reszty, oprócz opowieści, w której czas miesza się niczym różnokolorowe płyny w szklance czystej wody, a bohaterowie są ludźmi-nie-ludźmi, aantropami skonstruowanymi przez historię niczym przez samego Frankensteina, jest język. Jego współczesna i staropolska odmiana nachodzą na siebie niejednokrotnie w jednym zdaniu! Zabieg ten doskonale odzwierciedla dziejową kotłowaninę i dowodzi, że to właśnie śmierć i cierpienie decydują o dalszym rozwoju ludzkości.

       


       

      „Wieczny Grunwald” to powieść, o której Twardoch mówi, że pisał ją flakami. Tak też się ją trochę czyta. Ta proza jest w pewnym sensie dość brutalna, nie cacka się z czytelnikiem, każe wręcz zrewidować swoje poglądy na tematy historiozoficzne, bądź w ogóle zmusza do tego typu refleksji.

       

      Szczepan Twardoch, Wieczny Grunwald. Powieść zza końca czasów, Narodowe centrum Kultury, Warszawa 2011

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      środa, 24 kwietnia 2013 23:58
  • poniedziałek, 15 kwietnia 2013
    • We współczesnej muzyce bardzo brakuje mi potencjału buntowniczego – rozmowa z Krzysztofem Vargą (cz. I)

       

      Krzysztof Varga (fot. B.J.)

       

      Beata  Januszkiewicz.: Pretekstem dla naszego spotkanie jest debiutancka płyta zespołu Dr Misio „Młodzi”. Jest Pan autorem większości tekstów do utworów znajdujących się na tej płycie.  Muszę przyznać, że dostrzegam wiele podobieństw w postawach bohaterów Pańskich powieści, a tym co śpiewa Arkadiusz Jakubik. To zabieg celowy, przypadkowy, czy po prostu nieunikniony?

       

      Krzysztof Varga: Siłą rzeczy te teksty pewnie ze sobą korespondują. Ja nie jestem zawodowym tekściarzem i nie piszę na zamówienie, na zadany temat. Jestem absolutnym amatorem, jeśli chodzi o tego typu twórczość. Jednak moje książki, moja wizja świata, moja proza skondensowana do paru wersów tekstu – to musi się jakoś przenikać. Nigdy nie miałem zdolności poetyckich, w życiu nie napisałem wiersza. Miałem świadomość, że się do tego nie nadaję.

       

      Czytuje Pan poezję?

       

      Czytuję, ale nie uważam się za znawcę. Wychowywałem się, jak pewnie wiele osób, z jednej strony na poezji kaskaderów, na Bursie i Wojaczku, ale było to chwilowe. Nigdy natomiast nie załapałem się na Stachurę, mimo że w moich czasach licealnych stachuromania sięgnęła rozmiarów absurdalnych. Nigdy do mnie ten franciszkanizm nie przemawiał. Uważałem to za dosyć pretensjonalną poezję. Jako licealista czytałem Baudelaire’a, Rimbaud’a. To byli poeci, którzy może na mnie nie wpływali, bo nigdy nie było żadnego wpływu, ale oddziaływali na moje emocje. Zawsze bardziej skłaniałem się do prozy i tam odnajdywałem swój świat. Od kiedy zacząłem kreślić swoje pierwsze zdania, miałem świadomość, że to proza będzie moją drogą, a nie poezja.

       

      Teksty Dra Misia nie są poetyckie.

       

      Tak, nie są poetyckie. Jak mówiłem, nie mam talentu poetyckiego, po prostu nie czuję frazy. Boję się poezji w pewien sposób, bo poezja jest chodzeniem po polu minowym. Jest bardzo cienka granica pomiędzy wielką poezją a grafomanią.

       

      A może poezja jest bardziej wyczerpująca psychicznie?

       

      Nie wiem. Myślę, że niektórych może wykańczać, a niektórzy bardzo dobrze się z tym czują. Na przykład Marcin Świetlicki znakomicie się czuje w poezji, którą pisze, a jego proza jest taką towarzysko – plotkarską zabawą. Ja po prostu nigdy nie miałem talentu, który dobry autor tekstów powinien posiadać. Uważam, że jednym z najlepszych autorów tekstów jest Pablopavo, który pisze bardzo poetyckie teksty. Teksty, które ja piszę dla Dra Misia nie są tekstami poetyckimi. One są po prostu kawałkami prozy, którą usiłowałem zrytmizować i nadać im jakąś formę, którą da się wyśpiewać, czy wykrzyczeć, wycharczeć.

       

      Myślę jednak, że trochę śpiewu tam jest. Arkadiusz Jakubik ma znacznie więcej talentu niż niejedna osoba zajmująca się wyłącznie śpiewaniem.

       

      To jest oczywiście kwestia tego, że Arek jest zwierzęciem aktorskim i połowa sukcesu na tym właśnie polega. Również na jego scenicznej bezkompromisowości i na tym, że on się przede wszystkim bardzo dobrze bawi. Nie ma tu żadnego zadęcia.

       

      Bohaterem Pana tekstów jest mężczyzna samotny, sfrustrowany, nieudacznik, postać niemalże groteskowa. Czy konstruując swojego bohatera, zastanawiał się Pan czasami nad tym, że przedstawia Pan dość przerażającą wizję życia faceta „w pewnym wieku”?

       

      Zgadza się. Ale z jakiegoś powodu ta wizja Arkowi podpasowała, choć żaden z nas nie jest sfrustrowany, bo jesteśmy ludźmi, którym udało się coś zrobić. Mimo to, ja jestem człowiekiem przez całe życie przepełnionym wątpliwościami, czy to co robię ma jakikolwiek sens, czy to się sprawdza, czy to się udaje. Myślę, że z Arkiem jest trochę podobnie, choć nie chcę się wypowiadać w jego imieniu. On kupił te teksty i śpiewa je z przekonaniem, że są one też o nim.

       

      Teksty te doskonale współgrają z wizerunkiem zespołu, wiekiem… Można odnieść wrażenie, że powstawały one na potrzeby tego właśnie przedsięwzięcia.  

       

      Tak. Choć nie jest to projekt wyreżyserowany od początku do końca. Historia tych tekstów jest taka, że kilka z nich leżało sobie w szufladzie, ale to dlatego, że były kiedyś plany pewnego projektu z Cezarym Ostrowskim, muzykiem z Poznania, który nagrał kiedyś płytę z Marcinem Świetlickim. On chciał wtedy ze mną współpracować. Te teksty powstawały na tamtą okoliczność. Koncepcja była jednak taka, że to ja miałem je wykonywać. Nasze drogi jednak się rozeszły. Gdy pojawił się Dr Misio, Arek zgłosił się do mnie z pytaniem, czy nie napisałbym mu paru tekstów. On już miał trzy utwory od Marcina Świetlickiego, które zresztą były wykonywane wcześniej przez Świetliki. Ja mu dałem to, co już miałem  i co jakiś czas dorzucałem kolejne. Z tego Arek wybrał te, które uznał za najlepsze.  Leży u niego jeszcze kilka tekstów, które być może zostaną wykorzystane w przyszłości. Proces powstawania tego, co składa się na płytę „Młodzi”, nie był taką kohabitacją, że my razem coś tworzymy, albo że najpierw dostaję muzykę, a potem tworzę tekst, jak to zazwyczaj bywa. Zespół już grywał, ja co jakiś czas dawałem im tekst, oni z tego robili piosenkę i grali następny koncert dla znajomych… Wydaje mi się, że doszło w pewnym momencie do jakiejś lekkiej frustracji, i ich, i mojej. Wyglądało to po prostu tak, że zespół będzie grał tylko dla znajomych, albo na jakiś festiwalach filmowych, kiedy to pan aktor wyjdzie i trochę pośpiewa. Jakiś czas temu Arek powiedział do mnie: pisz następne teksty. Ja mu na to: super, ale najpierw wydajcie płytę, wtedy pogadamy. A on: Ha, właśnie wydajemy! Podpisaliśmy właśnie umowę z Universalem, teraz już się nie wymigasz! I w tej chwili mam miecz Demoklesa nad sobą, bo muszę pisać. Teraz to już nawet jestem w lekkiej panice, bo szykują się kolejne płyty.

       

      Pana bohater jest chyba Pana rówieśnikiem. Zdaje się, że macie podobne doświadczenia kulturowe.

       

      Zdaję sobie sprawę z tego, że mam gębę pisarza, który zawsze pisał o facetach, o chłopakach i kolegach. To jest gęba, która się za mną ciągnie i czasami trudno się od niej uwolnić. Mój bohater na pewno starzeje się razem ze mną, jest w tej chwili człowiekiem w pewny wieku, z bagażem doświadczeń, rozczarowań, trochę zgorzkniały i cyniczny. Fajnie byłoby napisać tekst całkowicie oderwany od tego kontekstu, ale nie wyobrażam sobie, że piszę tekst, który byłby liryką miłosną, coś co nie byłoby moje.

       

      Mam wrażenie, że ten facet próbuje w pewnym sensie zamanifestować swoją niezależność, wykorzystać ostatni moment swojego życia na to, by dokonać jakiegoś podsumowania, rozliczenia z samym sobą, albo trwać bez żadnych zmian w swoim twardym męskim świecie.

       

      Ja nie wiem, czy to jest twardy męski świat. Twardy męski świat jest światem z westernu, z filmu gangsterskiego, a moi bohaterowie tacy nie są. Myślę, że jakoś ten świat w pewnym sensie współgra ze światem Świetlickiego. Ma on wszystkie cechy zgorzknienia i cynizmu, ale są w nim też jakieś pokłady liryzmu – tak mi się wydaję, chociaż może trudno je odkopać.

       

      Myślę, że ta refleksja, ponieważ jest smutna, jest liryczna.

       

      Tak. Zresztą największym problemem polskiej muzyki są według mnie teksty o niczym. To jest wata słowna, używanie pewnej sztampy. Jak posłuchamy większości piosenek, to jest to kompletna kaszana. Ja chcę, aby to była jakaś opowieść. Dr Misio udowodnił, że jest zapotrzebowanie na zupełnie inną lirykę piosenkową.

       

      …lirykę, która nieco obraża społeczeństwo, nie tylko poprzez odrzucenie tradycyjnego modelu życia, ale przede wszystkim poprzez negację wszystkiego, począwszy od zakupów w Tesco, przez pracę w korporacji, aż po miłość. Myślę, że wynika to trochę z resentymentu tych mężczyzn.

       

      Muzyka rockowa, wraz ze swoimi tekstami, nie jest po to, aby się podobać społeczeństwu. Jeżeli jakikolwiek artysta podchodzi do swojej twórczości w  ten sposób, aby się przypodobać społeczeństwu, to powinien zająć się czymś innym. Muzyki nie robi się dla społeczeństwa, tylko dla ludzi, a to są dwie różne rzeczy. Robi się ją dla swojej publiczności, która przyjdzie do klubu. Społeczeństwo ma programy w telewizji.

       

      Czyli jednak trochę refleksji w muzyce ludziom brakuje?

       

      Myślę, że brakuje, dlatego że żyją w jakiejś papce. Wszyscy, którzy słuchają muzyki, począwszy na słuchaczach, skończywszy na dziennikarzach muzycznych, na co dzień maja do czynienie z watą słowną, z której nic nie wynika. W recenzjach płyt, które właśnie wychodzą, rzadko pojawia się wątek tekstu.

       

      Wracając do Pana bohaterów, uderzające w tych historiach jest moim zdaniem przede wszystkim  to, że ci ludzie są zanurzeni w śmierci, jest ona nieodłącznym elementem ich życia. Pan właściwie opowiada o człowieku głównie przez pryzmat śmierci.

       

      Po pierwsze myślę, że nic ważniejszego nam się w życiu nie zdarza. Po drugie, Levinas powiedział, że „każda śmierć jest skandalem” – i ja się z tym zgadzam. Po trzecie, być może najważniejsze, śmierć jest niezwykle ważnym czynnikiem składowym naszej kultury, o czym zapominamy. OK, będę banalny: światem i kulturą żądzą Eros i Tanatos, wszystko inne jest pochodną, pewną mutacją. Nasze emocje, nasze działania wynikają z obecności Erosa i Tanatosa. Współczesna kultura starała się wypchnąć Tanatosa gdzieś na bok i wyeksponować Erosa.


      Część druga


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 kwietnia 2013 14:37
    • rozmowa z Krzysztofem Vargą (cz. II)

      Część pierwsza


       Ale śmierć jest przecież stale obecna w mediach …

       

      Tak, lecz za tym nie idzie żadna refleksja metafizyczna. Mamy tu raczej do czynienia z pornografią śmierci. Szczególnie w kinie rozrywkowym, gdzie się ćwiartuje ludzi, pokazuje wszystkie flaki. Widz jednak ma świadomość, że to jest sztuczne, nieprawdziwe, że to gra z konwencją. W mediach elektronicznych, w tabloidach śmierć też jest pornografią. One epatują śmiercią, najchętniej tą spektakularną: zabójstwem dziecka, wypadkiem samochodowym, kolejowym. W każdym serwisie informacyjnym taki news musi się pojawić. Na Boga, jakie znaczenie dla kraju i świata ma wypadek na przejeździe klejowym? Nie ma żadnego. Takie rzeczy się zdarzają. Jednak media to eksponują, bo ludzie uwielbiają tragedie. Czy wynika to z ich empatii? Nie wydaje mi się. Oni widzą w tym po prostu coś ekscytującego, za tym nie idzie żadna metafizyka. Cała współczesna kultura, która stawia z jednej strony na Tanatosa, z drugiej strony na młodość, cielesność, jest kulturą ucieczkową, unikającą pytań eschatologicznych i metafizycznych.

       

      Pana bohaterowie umierają dość często z poczuciem życiowej klęski, z bardzo surowym osądem własnej egzystencji, mając świadomość, że nie dokonali za życia niczego wielkiego…

       

      Bo śmierć dotyka przede wszystkim ludzi, po których nikt i nic nie zostaje. Ja mogę się w jakiś sposób łudzić, że coś po sobie zostawię, cokolwiek. Mogę też mieć refleksję, że nic nie zostanie, że wszystko zniknie następnego dnia po moim zniknięciu, mogę się łudzić… Natomiast sytuacją tragiczną jest pozyskanie świadomości, że żyjemy mniej lub bardziej jałowo i właściwie żyjemy po nic. Mnie najbardziej interesuje śmierć jako zjawisko kulturowe, nie fizyczne. Widzę, że nasza współczesna kultura ma z tym ogromny problem. 

       

      Wspomniał Pan o kulturze ucieczkowej w kontekście kultury mediów. Pana bohaterowie, zanim nadejdzie śmierć, żyją połowicznie. Ich monologi skupione na sobie sugerują wewnętrzną emigrację, ucieczkę od świata, z tym że oni, znajdując schronienie wewnątrz siebie, znajdują schronienie w domu złym…?

       

      Każdy w sobie nosi dom zły. Każdy w sobie nosi zło. Kwestia polega na tym, czy ono znajdzie ujście, czy zostanie jakoś wyciszone, czy zjedzone w środku. Myśląc o sobie, mam świadomość tego, że i ja noszę w sobie jakiegoś aliena, kogoś obcego, który nie wie, jak by się zachował w pewnych sytuacjach. Nie mam instynktów morderczych, ale wszyscy mamy w sobie ziarno zła, które może zakiełkować pewnego dnia, ale nie musi, choć może. O tym trzeba niestety pamiętać. Jesteśmy zwierzętami dosyć złożonymi poprzez to, że mamy swój umysł, wolną wolę. Jesteśmy jedynym bodajże zwierzęciem, które zabija dla przyjemności, albo z powodu swoich emocji.

       

      To renesansowi twórcy twierdzili, że Bóg obdarzył nas wolną wolą, aby właśnie odróżnić nas od zwierząt, postawić wyżej w tej hierarchii. Mam jednak wrażenie, że jeśli jakiś Bóg maczał w tym palce, to uczynił jeszcze gorzej. Jesteśmy gorsi niż zwierzęta.

       

      Tak, jesteśmy gorsi, bo myślimy o tym, planujemy zło, sami je stwarzamy. Możemy uznać, że jakiś drapieżnik jest zły, ale on jest zły, bo musi coś zjeść. Jeśli zwierzę planuje zbrodnie, to ma ona zupełnie inny wymiar, niż zbrodnia, którą my planujemy. Zwłaszcza ze znowu wrócę do współczesnej kultury, która jest zafascynowana zbrodnią. Kiedyś była mniej, choć ludzie bardziej się mordowali. Kultura częściowo kanalizuje te instynkty. Być może oglądanie tych wszystkich filmów o przemocy, osłabia przemoc w nas.

       

      Ma Pan w sobie mordercę…

       

      Na pewno noszę w sobie coś takiego, co nie znaczy, że to się ujawni. Nie mam zamiaru nikogo mordować.

       

      A ci Pana bezkompromisowi, odpychający, socjopatyczni bohaterowie to bardziej ofiary czy oprawcy?

       

      Myślę że ich taka a nie inna postawa wynika głównie z niezgody na kulturę, w której funkcjonują. Ich wszystkie nieszczęścia biorą się z tego, że oni posiadają pewną refleksję. Oni nie żyją, tak jak większość ludzi, bezrefleksyjnie, nie płyną z prądem przez życie, tylko zadają sobie jakieś poważniejsze pytania, często eschatologiczne. Zresztą nie oszukujmy się, zawsze postać pęknięta, złamana, skrzywiona jest ciekawsza, niż taki św. Franciszek.

       

      Monolog wewnętrzny to w pewnym sensie Pana znak rozpoznawczy. Czy tylko w taki sposób można powiedzieć najwięcej o człowieku?

       

      Ten sposób pisania, mówienia, bardziej mi pasuje z jakiegoś powodu. Ja mam czysto techniczny problem z pisaniem dialogów. Czytając powieści ja po prostu nie cierpię dialogów typu: poproszę herbatę/z cukrem czy bez/dwie kostki/nie, jedna. Nic z tego nie wynika. Ja usiłuję kondensować tę literaturę. Jeden z moich kolegów, jeszcze z czasów licealnych, mówi mi zawsze: znowu napisałeś książkę bez dialogów. Ja mówię: nie prawda, tam jest mnóstwo dialogów, tylko one są wewnątrz. Ja nie uważam, że dialog to jest tylko dywiz, zdanie, dywiz, powiedział XY. Nie, jest również dialog wewnętrzny. Ci ludzie bez przerwy coś mówią, rozmawiają ze sobą, też z samym sobą, prowadzą dialog wewnętrzny.

       

      Widzę tu św. Augustyna… coś Pan ze swojej szkoły jednak wyniósł…

       

      Coś tam wyniosłem… To jest przede wszystkim tak, że w pewnym momencie złapałem taką formę i ona mnie poniosła dalej.

       

      Emil Cioran mówił, że „Książki powinno się pisać tylko po to, by mówić w nich rzeczy, jakich nie śmielibyśmy wyznać nikomu" i w taki właśnie sposób wyzwolić się z od emocji, nastrojów, może od samego siebie? Czy nie jest tak w przypadku Pana książek i tekstów?

       

      Pewnie jest coś na rzeczy, choć z drugiej strony jestem przeciwny odczytywaniu literatury jako psychoterapii, autoterapii, czy bebechowatości. Wydaje mi się, że traktowanie pisania jako terapii jest bardzo niebezpieczne, dlatego, że grozi grafomanią i pretensjonalnością. Mimo że moje książki niekiedy są naładowane emocjami, ja staram się podchodzić do nich z pełną dyscypliną intelektualną i emocjonalną. Najgorzej jest dać się ponieść i płynąć w samozachwycie.  Staram się mieć zawsze duży dystans, do tego co aktualnie piszę. Zapala mi się czerwona lampka, kiedy zaczyna mi się to jakoś bardzo podobać.

       

      Czy projekt Dr Misio jest dla Pana spełnieniem marzeń o posiadaniu rock’n’rollowej kapeli?

       

      Ja jestem tam tylko autorem tekstów. Cała ta historia jest zresztą dla mnie pewnym zaskoczeniem. Ja tego nie planowałem. Kiedyś żałowałem,  że nie założyłem w młodości zespołu. Pewnie byłoby to fajne. Z drugiej strony mam świadomość tego, że to literatura była tym, w co powinienem był pójść. Natomiast historia Dra Misia stała się absolutnie zaskakująca: z projektu zabawowo – towarzyskiego  wyrosła dosyć poważna sprawa. Zresztą nawet dla Arka Jakubika jest to zaskoczenie, bo to, co miało być wygłupem i zabawą paru facetów, którzy sobie w garażu w Konstancinie grali, zamieniło się w normalną karierę, wydanie płyty i wyjazd w  trasę koncertową. Teraz i na mnie ciąży pewien obowiązek, bo jestem może nie członkiem zespołu, ale członkiem tego projektu.  

       

      Czy to co dzieje się dzisiaj na polskiej scenie muzycznej, spełnia Pana oczekiwania?

       

      Nie do końca. Bardzo brakuje mi potencjału buntowniczego. Ostatnie takie zamieszanie, według mnie, to była płyta Cool Kids of Death. Pomijam tu cały nurt hiphopowy, na którym to się za bardzo nie znam. Widzę dość dużą jałowość wszelkich produkcji muzycznych i bardzo dużo jałowości w kulturze. A bierze się to stąd, że twórcy starają się spełnić oczekiwania publiczności, które oni sami sobie projektują.

       

      Oni sobie wymyślają czego ja potrzebuję, jaka ja jestem…

       

      Tak, zakładają na przykład, że publiczność potrzebuje głupich komedii. Ale jest jakiś przełom, bo na „Kac Wawa” poszło dwa razy mnie ludzi niż na „Różę” Smarzowskiego.

       

      Wielu ludzi, mimo wszystko, pracując często kilkanaście godzin na dobę, nie znajduje już czasu na lekturę, na kulturę w ogóle. Trudno zresztą się temu dziwić.

       

      I w pewnym sensie skorzystali na tym producenci, którzy uznali, że ludzie potrzebują łatwej i głupiej rozrywki, ponieważ są zmęczeni i zapracowani. Ja mam pełną świadomość tego, że moja sytuacja jest luksusowa, ponieważ ja pracuję w domu, nie chodzę do biura, mogę sobie pozwolić na luksus przewalenia całego dnia na lektury, i to lektury, z których nic wymiernie mi nie przyjdzie. Z drugiej strony moja praca felietonisty polega na tym, że ja muszę bez przerwy szukać czegoś, oglądać dużo filmów… Konsumowanie kultury jest moją pracą i jest to oczywiście przyjemna praca.

       

      Ale jest Pan świadomym konsumentem.

       

      Tak, jestem kimś takim, jak świadomy konsument w hipermarkecie, który ogląda i czyta dokładnie wszystkie opakowania z informacją o danym produkcie. Czytam skład i wiem już, czy warto to przeczytać, obejrzeć, posłuchać. Ale bywa, że jadam też niezdrową  żywność. Jestem siłą rzeczy kimś takim, o kim pisał Zygmunt Bauman jako o wszystkożercy kulturalnym, który czerpie z różnych półek. Bauman pisał, że nasza kultura przestała być jednorodna, zniknął podział na kulturę wysoką i niską, zmienił się człowiek kulturalny. Kiedyś wyznacznikiem człowieka kulturalnego było chodzenie do filharmonii, teatru. Dziś Bauman mówi o supermarkecie kultury. Idziemy alejką supermarketu kultury i sięgamy po różne rzeczy. On podaje przykład pornografii i opery: nadgryzamy raz stąd, raz stąd, trochę teatru, trochę komiksu, wszystkiego po trochu. Zanika powoli model konesera, który specjalizowałby się w jakiejś dziedzinie kultury.

       

      Czy to może oznaczać, że zanika pewien nabożny stosunek do kultury, przestajemy ją szanować?

       

      Gdy wybuchła sprawa ACTA przeczytałem kilka interesujących tekstów, między innymi  bardzo ciekawy wywiad w Gazecie z badaczami Internetu, z Alkiem Tarkowskim i Mirosławem Filiciakiem, którzy postanowili zbadać problem funkcjonowania kultury w sieci. Była tam jedna rzecz, która mnie w zasadzie zszokowała: z ich bada wynika, że ludzie, którzy ściągają z sieci, konsumują jednorazowo, a potem to wyrzucają. Jako człowiek posługujący się jeszcze starymi kategoriami, wychowany w przekonaniu, że należy posiadać i zbierać, uświadomiłem sobie, że gdybym ja ściągał wszystkie filmy z sieci, miałbym ich około tysiąca i to jeszcze odpowiednio skatalogowane. Jestem kolekcjonerem, który urodził się w czasach, kiedy posiadanie produktu kultury, książki, płyty, było czymś oczywistym.

       

      W każdym domu meblościanka była wypełniona książkami, encyklopediami…

       

      I to był wyznacznik statusu. Pewne książki należało mieć, nawet jeśli nie były one czytane. Dziś ściąga się film i po obejrzeniu się go kasuje.

       

      Ponieważ żyjemy chwilą…

       

      Tak. Internetowi konsumenci kultury żyją chwilą, teraźniejszością. Mają również świadomość tego, że jak znowu im się zachce obejrzeć ten film, mogą go sobie ściągnąć ponownie.  Zdarza się też, że już po pól godzinie oglądania dany film jest wyrzucany z dysku, bo się nie spodobał. Chodzi mi tu o świadome dokonywanie wyboru, świadome podejmowanie decyzji.

       

      Wiele osób twierdzi, że Pan wywyższa się taką postawą. Nikt nie lubi, gdy wytyka mu się cokolwiek. 

       

      Zdaję sobie z tego sprawę. Kiedyś napisałem w „Gazecie Świątecznej” taki tekst o Elojach i Morlokach, po którym pojawiły się komentarze, że uprawiam w pewny sensie agresywny egalitaryzm. Z badań nad czytelnictwem Biblioteki Narodowej wynika, że zniknął wstyd, ludzie przestali się maskować. Liczba nieczytających jest mniej więcej taka sama, jak kilka lat temu, lecz wcześniej ci ludzie jeszcze się usprawiedliwiali, mówiąc, że „chciałbym czytać, ale nie mam czasu, uwielbiam czytać, szaleję za tym,  ale jestem strasznie zajęty”. Dziś mówią „nie czytam, a co mnie to obchodzi, nie mam zamiaru czytać, to jest mi niepotrzebne, nie przyda mi się, czytając, nie zarobię pieniędzy, nie zarobię na kredyt”.

       

      A co z tym Warlikowskim? Nie lubi Pan go? Z Teatru Rozmaitości zakpił już pan w „Trocinach”, teraz w „Hipsterze”.

       

      Uwielbiam Warlikowskiego i Teatr Rozmaitości. Z tymi hipsterami jest tak, że oczywiście ich nie lubię, aczkolwiek nie wiadomo, kto nim jest, bo nie można przyznawać się do tego. Przyznaję, nie lubię pewnego rodzaju lansu i snobizmu. „Hipster” jest oczywiście żartem. W Warszawie szczególnie mamy do czynienia z częścią mieszkańców tego miasta, którzy są niebywale snobistyczni.

       

      To jest chyba naturalne w dużym mieście.

       

      Tak, ale myślę, że można pośmiać się z ludzi, którzy uważają, że tylko w Berlinie kupuje się ciuchy i płyty, a ze znajomymi spotyka się wyłącznie w jakiejś Charlotcie na Placu Zbawiciela. To nie jest może dla mnie jakoś przerażające, lecz po prostu zabawne.

       

      Myślę jednak, że dzięki kulturze hipsterskiej, Warszawa sporo zyskuje, powoli się europeizuje…

       

      Oczywiście. Póki co jest to dość zapyziałe miasto i pewnie jeszcze dużo czasu upłynie zanim ono się zmieni. Teraz jest to miasto nowobogackie, parweniuszowskie, co powoduje, że tu nie ma żadnej stałości. Publiczność, która to wszystko tworzy jest zatomizowana i przepływa. To jest to, co Bauman nazywa rojowiskiem, które się przesuwa wte i nazad, zmienia obszary swojego żerowania. W tej chwili akurat żeruje na Placu Zbawiciela. Za chwilę rojowisko uzna, że tu wszystko jest już wyjedzone,  a pojawianie się w tym miejscu to obciach i przesunie się gdzie indziej. Brakuje mi w Warszawie pewnej stałości.

       

      Centrum?

       

      Tak. Warszawa jest w pewnym sensie miastem na ruchomych piaskach. Ona się w jakiś sposób bez przerwy przesuwa. Z drugiej strony jest to miasto, które próbuje odbudować swoją tożsamość. Przez całe dekady było to miasto bez właściwości, w zasadzie od powojnia, kiedy zostało zamieszkane przez ludność napływową.

       

      Wyobraźmy sobie na koniec sytuację, w której to stoimy nad grobami Pańskich bohaterów. Czy można by zadedykować im wtedy Mickiewiczowski wiersz płacz, gdzie podmiot liryczny użala się nad czasem swojej dorosłości, którą nazywa „wiekiem męskim, wiekiem klęski”?

       

      Nigdy o tym w ten sposób nie pomyślałem. Sądzę jednak, że nad grobem lepiej jest, usiąść, zapalić papierosa, pomilczeć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 kwietnia 2013 14:33

Kalendarz

Lipiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

AAA


Kontakt: beata.januszkiewicz@gazeta.pl pod.tytulem@gazeta.pl