pod tytułem

blog Beaty Januszkiewicz o polskiej literaturze współczesnej

Wpisy

  • niedziela, 01 września 2013
    • Jeśli dziś wtorek, to bawimy się na Mokotowie – „Ogarnij Miasto. Miejski przewodnik subiektywny. Warszawa”

       W „Kulturze w płynnej nowoczesności” Zygmunt Bauman powołuje się na słowa niemieckiego socjologa Georga Simmela, który mówił o modzie jako o zjawisku społecznym nieustannie „stającym się”, będącym w ciągłym ruchu. Jest to ściśle związane z dwoma sprzecznymi pragnieniami: z jednej strony pęd za modą wynika z potrzeby poczucia bezpieczeństwa, które gwarantuje nam funkcjonowanie w obrębie jakiejś grupy, z drugiej zaś chcemy się wyróżniać, podkreślać swoją indywidualność. Bezpieczeństwo i wolność zdają się nawzajem wykluczać, ale to właśnie energia wytwarzana na skutek tarć pomiędzy tymi sprzecznymi wartościami rodzi postęp.


      Większość z nas bardzo dobrze pamięta miniony kilkanaście lat temu wiek XX, a co za tym idzie, już jako osoby w pełni świadome uczestniczymy w powolnym mijaniu kolejnego stulecia, bo czymże jak nie mijaniem jest wszystko wokół nas? Nieodłącznym elementem postępu jest również migracja. Dziś migrują ludzie, nie ludy, mówi Bauman. Zmiana miejsca zamieszkania, czy to w obrębie miasta, państwa, czy całego świata, dziś niesie ze sobą skutki w postaci zaburzenia relacji między tożsamością a obywatelstwem.

      Zmiany, postęp, wszelkie mody widoczne są szczególnie w dużych miastach, które przyciągają ludzi nastawionych na rozwój. Oni też często wcale nie zamierzają się angażować, są częścią migrującej masy, częścią rojowiska, są gotowi na zmiany, mogą budować swoje domu w różnych miejscach. Ale to oni w XXI wieku mają potencjał kulturotwórczy, bazując przede wszystkim na multikulturowości i dostosowując nowe miejsca pobytu do swoich potrzeb.

      To młodzi ludzie zagospodarowują na nowo przestrzeń miejską. Pozorny chaos, różnorodność, zmiana, bycie otwartym , gościnność, przeinterpretowywanie starych zasad współżycia miejskiego – tylko w ten sposób, by znowu wspomóc się Baumanem, „może wolność ludzka zapuścić korzenie”.


      Miastem, które budzi wśród Polaków chyba największe emocje, jest, rzecz jasna, Warszawa, Warszawa, która dziś wygląda zupełnie inaczej niż 20 – 30 lat temu. Trzymam właśnie w ręku rzecz moim zdaniem niezwykle ciekawą i w pewnym sensie doskonale oddającą klimat rozważań Zygmunta Baumana nad płynną nowoczesnością. „Ogarnij miasto. Miejski przewodnik subiektywny. Warszawa” autorstwa Magdaleny Kalisz i Doroty Szopowskiej. Dziewczyny kochają nie tylko Warszawę, ale miasto w ogóle. Bacznie obserwują jak zmienia się przestrzeń miejska i chcą tymi obserwacjami się podzielić z innymi. Zapraszam do lektury mojej rozmowy ze współautorką  przewodnika Magdaleną Kalisz.


       

       

       

      Beata Januszkiewicz: Skąd pomysł na stworzenie przewodnika, który jest tak różny od innych wydawnictw tego typu? Na polskim rynku dominują przewodniki tradycyjne, przedstawiające głównie zabytki, muzea, galerie, z niewielką ilością informacji na temat miejsc służących głównie szeroko pojętej rozrywce miejskiej.


      Magdalena Kalisz:  Tak naprawdę pomysł stworzenia przewodnika zrodził się w głowie Pawła Szopowskiego, który jest moim partnerem, wydawcą „Ogarnij Miasto”, a także bratem Doroty Szopowskiej, współautorki przewodnika. Rok temu zamieszkaliśmy z Pawłem na  Powiślu i  zauważyliśmy, że jest tyle fajnych nowych miejsc, a jednocześnie nie ma żadnej publikacji na ten temat dostępnej na rynku wydawniczym. Postanowiliśmy to zmienić i stworzyć serię przewodników po miastach Polski opisujących ciekawe kształty architektoniczne, street art, kawiarnie, hostele, sklepy autorskie i pracownie artystyczne. Współautorką tego projektu jest, jak już wspominałam, Dorota, aktywistka miejska, która zna te wszystkie miejsca.  Ja z naszej trójki jestem trochę osobą z zewnątrz, przez osiem lat podróżowałam po świecie i teraz patrzę na Warszawę zupełnie innym świeżym spojrzeniem. Paweł z Dorotą natomiast znają to miasto bardzo dobrze, byli świadkiem wszystkich zmian, które dokonały się tutaj w ostatnim dziesięcioleciu.

       

      Twórcy przewodnika: (od lewej) Paweł Szopowski - wydawca, Magdalena Kalisz - jedna z autorek


      BJ: Kto w takim razie pracował nad przewodnikiem? Jakich ludzi zaangażowaliście do współpracy?


      Razem z Dorotą jesteśmy autorkami tekstów. Zdjęcia miejsc opisanych w przewodniku są w dużej mierze mojego autorstwa. Do współpracy zaprosiliśmy też polskich ilustratorów młodego pokolenia, którzy zilustrowali poszczególne miasta. Marta Ignerska - Warszawę, Gosia Herba – Wrocławia, a Patryk Hardziej -  Trójmiasto. Ich ilustracje otwierają poszczególne rozdziały opisujące dzielnice (w przypadku Warszawy i Wrocławia) oraz miasta (w przypadku Trójmiasta). Każda taka ilustracja jest ich osobistą wariacją na temat danego miejsca. Staraliśmy się wybrać ilustratorów związanych z danym miastem, chodziło nam o to by ich spojrzenie było spojrzeniem lokalnego mieszkańca, który na co dzień styka się z poszczególnymi elementami miejskiej tkanki. Niezwykle istotny jest kształt przewodnika, jego przejrzystość, praktyczna forma i wizualna atrakcyjność. Projekt graficzny jest autorstwa Andrzeja Antoniuka. Przy składzie pracowała również Marta Bielska i ona też zaprojektowała stronę www.ogarnijmiasto.com.pl. Przy pracy nad Wrocławiem i Trójmiastem  poprosiliśmy o pomoc naszych znajomych i przyjaciół, miejskich aktywistów, ludzi z różnych środowisk, ale zawsze takich którzy czynnie biorą udział w życiu miasta, wiedzą co w trawie piszczy i kochają miejskie klimaty. To oni  przysyłali nam listy swoich ulubionych ważnych miejsc, oprowadzali nas po swoich ulubionych dzielnicach, ulicach, zaprowadzali do kawiarni, knajp, pokazywali murale, poznawali nas ze swoim lokalnym światem.


      BJ: Wasz przewodnik jest zupełnie inny niż przewodniki, z którymi mogliśmy mieć do czynienia do tej pory. Opisuje knajpy, galerie, butiki…


      MK: Chcieliśmy, aby „Ogarnij Miasto” różniło się od tych wydawnictw, które już są na rynku. Nie piszemy w nim o rzeczach oczywistych, które można znaleźć w każdym przewodniku. Zależało nam, aby pokazać miasto, które żyje, ludzi, którzy tworzą te wszystkie miejsca, miasto współczesne, ewoluujące, zmieniające się. Stąd pomysł na przedstawienie kawiarni, klubów, barów, klubokawiarni, księgarnio-kawiarni, ciekawych restauracji, niszowych sklepów autorskich, pracowni artystycznych i galerii sztuki. Oprócz takich miejsc opisujemy również  kształty miasta, zwracamy uwagę na architekturę, na miejsca, które uważamy za ważne i które osobiście lubimy. Znalazło się tam również odrobinę historii, choć w przypadku kształtów miasta sama architektura wydała nam się w naszym subiektywnym przedstawieniu Warszawy nadrzędna.


      BJ: A jak wyglądała praca nad przewodnikiem. Widzę, że zdecydowana większość zdjęć jest robiona przez Was. Wygląda to na mrówczą pracę…


      MK: Sporo zdjęć do Warszawy i Trójmiasta zrobiłam sama, ale też korzystaliśmy z pomocy i zasobów naszych znajomych. Jedna osoba nie byłaby w stanie dotrzeć w tak krótkim czasie do tych wszystkich miejsc, które zostały opisane w przewodnikach. Zdjęcia, na naszą prośbę,  udostępniali  nam też właściciele poszczególnych miejsc.

      Sam pomysł na stworzenie serii przewodników pojawił się pod koniec listopada 2012 roku, w styczniu 2013 zaczęliśmy rozmawiać o tym , co konkretnie chcemy stworzyć, w jakiej formie, o czym chcemy pisać , co pokazać. Chodziło nam o to, aby „Ogarnij Miasto” było niedużych rozmiarów,  miało poręczny format, aby były tam dokładne mapy, ciekawe zdjęcia. Powstała idea przedstawienia w miastach poszczególnych dzielnic, tak aby ludzie mogli na przykład wybrać sobie jeden konkretny dzień i jedną konkretna dzielnicę i w obrębie tej dzielnicy się przemieszczać, odwiedzając poszczególne punkty opisane w przewodniku. I tak kierując się podrozdziałami przewodnika chcieliśmy „zabrać” czytelnika na dobrą kawę, pokazać mu ciekawy budynek, osobliwy mural, potem zaproponować mu wizytę w artystycznej pracowni, autorskim butiku, zaprosić na wystawę w pobliskiej galerii sztuki, polecić mu dobry lunch w okolicznym bistro i na koniec wskazać mu sympatyczny park na chwilę relaksu.

       

      BJ: Czy po zakończeniu pracy nad przewodnikiem okazało się, że coś zostało przez Was pominięte?


      MK: Jasne. Przede wszystkim jedną z głównych cech współczesnego miasta jest to, że te wszystkie miejsca, kawiarnie, restauracje, kluby, butiki i galerie bardzo często się zamykają, a na ich miejsce pojawiają się zupełnie nowe projekty. Zmieniają adresy, zmieniają  się właściciele. Do zamknięcia składu cały czas coś uzupełnialiśmy, nanosiliśmy poprawki. W przypadku Warszawy, do ostatniej chwili przed oddaniem przewodnika do druku, niepewna była sytuacja klubokawiarni Chłodna. Kamienica, w której się mieści klub Jerozolima, zmieniła właścicieli i niejasny była przyszłość tego miejsca. W tym samym czasie sporo zamieszania było też wokół „być czy nie być” Café Kulturalna.

      Ponadto, jak wskazuje podtytuł, „Ogarnij Miasto” jest przewodnikiem subiektywnym i pewnych miejsc celowo tam nie opisałyśmy, gdyż wydawały nam się one zbyt to oczywiste i popularne. Jest też pewnie bardzo dużo miejsc, o których nie wiemy, do których po prostu nie udało nam się dotrzeć. Pod koniec składu Warszawy okazało się też , ze mamy po prostu za dużo materiału i musimy dokonać naturalnej selekcji przede wszystkim po to , aby przewodnik nie okazał się zbyt ciężki do miejskich wędrówek.

      BJ: Jak w Twojej ocenie zmieniła się Warszawa w ciągu ostatnich lat? Ty ją przecież pamiętasz jeszcze z czasów, gdy o tych wszystkich miejscach nikomu sę jeszcze nie śniło. Opuściłaś miasto, można powiedzieć, u schyłku poprzedniej epoki.


      MK: Z Warszawy wyjechałam w 2003 roku. Wtedy miasto było zupełnie inne, większość tych miejsc, o których napisałyśmy w przewodniku po prostu nie istniała.  Tak naprawdę cała nasza trójka pamięta Warszawę jeszcze taką martwą, a ja tym bardziej, ponieważ nie było mnie tu wiele lat. Wyjeżdżając stąd, nie planowałam powrotu na stałe. Po kilku latach nieobecności Warszawa mnie zaskoczyła, zobaczyłam zupełnie inne miasto.


      BJ: Skoro podróżowałaś po świecie, mieszkałaś w innych europejskich, i nie tylko, miastach, to czy widzisz jakieś podobieństwa pomiędzy którymś z miast zachodnich a dzisiejszą Warszawą?


      MK: Wydaje mi się, że Warszawa ma swój niepowtarzalny klimat i charakter. Jest bardzo otwarta i czerpie inspiracje z innych miast. Jednak myślę, że jej specyficzny wyjątkowy charakter zostanie zachowany. Ciekawe jak linia popularnych, chętnie odwiedzanych miejsc przesuwa się z zachodu na wschód Europy. Kiedyś to Londyn, Barcelona i Paryż przyciągały uwagę młodych, kreatywnych i otwartych na świat ludzi. Teraz to  Berlin, Sztokholm i Stambuł są na świeczniku uwagi. Może za kilka lat  przyjdzie kolej na Warszawę, Budapeszt czy Kijów. Dla ludzi z zewnątrz Warszawa jest bardzo interesująca, szczególnie pod względem architektonicznym, bo to miasto jest taką niezwykłą hybrydą trochę ładną , trochę brzydką – do końca niezdefiniowaną. Ludzi już nie interesuje oczywiste piękno, bardziej ciekawe jest miasto złamane przez historię, dynamicznie zmieniające się, nieustannie poddające się potrzebom mieszkańców.


      BJ: W ostatnim czasie pojawia się sporo głosów ze strony osób, którym zmiany zachodzące w mieście nie zawsze się podobają, twierdzą, że hipsterzy zabierają im miasto, hałasują…


      MK: Myślę jednak, że te osoby w dość szybkim tempie dostrzegą dobre strony tych zmian. Docenią fakt, że miasto żyje i że to życie toczy się niekoniecznie za zamkniętymi drzwiami naszych mieszkań, ale że również wychodzi na ulicę i to nie tylko wiosną i latem przy sprzyjającej aurze. Dla mnie Warszawa zmieniła się właśnie szczególnie pod tym względem. Kiedyś wszyscy byliśmy zamknięci w swoich domach,  akademikach, biurach. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX w. , kiedy studiowałam w Warszawie, żeby pobyć z ludźmi  chodziło przede wszystkim na Pole Mokotowskie- były tam dwie czy trzy sztandarowe knajpy. Dziś na każdym kroku w Warszawie można spotkać jakąś kawiarnie i to obowiązkowo z ogródkiem! Kiedyś było nie do pomyślenia, aby na trawniku, pomiędzy chodnikiem a ulicą, móc poleżeć sobie na leżaku, popijać wino i obserwować otaczający świat. Dziś to standard. Myślę, że ci nieprzekonani do takiego stylu życia, szybko się do tego przyzwyczają. Ja sobie nie wyobrażam powrotu do  tego mocno pozamykanego świata miejskiego.


      BJ: Co według Ciebie  wyróżnia Warszawę?


      MK: Ponieważ mieszkam na Powiślu doceniam to, że miasto zaczęło zwracać się ku rzece, że Wisła zaczęła nabierać zupełnie innego zaskakującego znaczenia.  W letnie ciepłe wieczory tysiące ludzi przychodzi nad wodę tylko po to, by sobie popatrzeć na ładne widoki, zrelaksować się na łonie natury, nie ruszając się z miasta. Fantastyczne knajpy na brzegach Wisły, bulwarach, na barkach i plażach-  z koncertami, spotkaniami, pchlimi targami. Oprócz tego cudowne weekendy na Żoliborzu, Ursynowie czy w Wilanowie, gdzie organizowane są targi śniadaniowe, gdzie można przyjść i nasycić się dobrym slow foodem, bio warzywami i owocami – do tego kocyk na trawie i odlotowe towarzystwo ludzi lubiących tego typu klimaty.

       

      BJ: Czym dla Was jest miasto samo w sobie, przestrzeń miejska?


      MK: Miasto jest dla nas terenem do eksploracji, placem zabaw, które staramy się poznać jak najlepiej. Naturalnie i z przyjemnością wnikamy w tkankę miejską. Przyglądamy się znakom czasu, kształtom, które powstały 100- 200- 300 lat temu i tym , które właśnie  się budują. Odkrywamy stare mury budynków, które pokrywane są nowymi muralami, kładziemy się w parku na trawie i obserwujemy lokalnych mieszkańców. Wsiadamy na rower i szukamy nowych nieodkrytych  tras. Dostrzegamy zachodzące zmiany i próbujemy pamiętać jak było kiedyś. Często zamieniamy się w turystów w swoich własnych miastach – bo wtedy wszystko wydaje się mieć bardziej intensywny smak, kolor i zapach.

       

      BJ: Macie jakieś ulubione miejsce w Warszawie?


      MK: Jasne! Każdy z nas ma ulubione miejscówki. Ja uwielbiam Powiśle – bliskość rzeki, zieleń parków, Radną i Lipową, osiedle na Mariensztacie i warszawskie mosty. Pociąga mnie też Żoliborz ze swoją architekturą i Praga Północ, a zwłaszcza okolice Stalowej.


      BJ: Jest to pewna specyficzna cecha współczesnego świata –częste zmiany miejsca zamieszkania, nieprzywiązywanie się do jednego miasta, jednej dzielnicy, życie w ciągłym ruchu.


      MK: Zgadzam się. Dziś mieszkam  na Powiślu, ale od czasu do czasu kuszą mnie zmiany.  Może za kilka miesięcy zmienię Powiśle na Mokotów, Ochotę czy Pragę. Tak naprawdę , by poczuć klimat , zrozumieć dane miejsce i poczuć go dogłębnie trzeba w nim zamieszkać. Zmiany są dobre – otwierają na nowe i nie pozwalają myśleć stereotypami.


      BJ: A jakie miejsce jest dziś najpopularniejsze? Gdzie przeniosło się rojowisko?


      MK: Myślę, że to Żoliborz. W ostatnim czasie to ta dzielnica rozwinęła się najbardziej. Chociaż dzisiaj w każdej części miasta pojawiają się nowe punkty, które przyciągają młodych ludzi. Wszędzie tak naprawdę można odkryć co raz to nowe  miejsca.


      BJ: Warszawa jest obecnie na etapie przemiany, przeistaczania się. Może to zaobserwować każdy, kto tu mieszka, ale też każdy, kto tu przyjeżdża tylko na chwilę. Warszawiacy, w dużej mierze osoby z zewnątrz, które tu przybyły na studia, do pracy, tworzą Warszawę na nowo. Do tej pory opisaliście również Wrocław i Trójmiasto. Czy te miasta przechodzą obecnie równie gwałtowną przemianę, podobnie jak Warszawa?


      MK: We Wrocławiu spotkałyśmy bardzo dużo osób, które śmiało możemy określić jako alternatywne, ludzi, którym przyświeca jakaś idea, którzy podejmują się jakiś zadań, wyzwań, mają konkretne cele. W Warszawie panuje raczej taka dynamiczna hipsterka, liczy się tu coś innego, czasami niestety jest to związane z przerostem formy nad treścią. Wrocław jest dużo bardziej statyczny, w porównaniu z Warszawą –znacznie mniej miejsc się nagle zamyka. Są to wyłącznie incydenty. Z kolei w Trójmieście sporo zaczęło się dziać z nadejściem sezonu letniego. W Gdyni przed Openerem  nagle otworzyło się całe mnóstwo nowych knajp. Nie wiem, jak długo one się utrzymają, w każdym razie te zmiany znacznie wydłużyły nasze prace nad zakończeniem składu „Ogarnij Miasto Trójmiasto” – trzeba było uzupełnić listę o kilkanaście nowych fajnych  miejsc.  Zresztą w tym tworze, jakim jest Trójmiasto, każde miasto ma inną atmosferę. Gdańsk jest historyczny i mocno turystyczny, Sopot jest totalną imprezownią i czasami „zbyt” popularnym kurortem, a Gdynia - najmłodsza z tej trójki – zachwyca  modernistyczną architekturą i mocnym akcentem w postaci  galerii murali w dzielnicy portowej. Różnice pomiędzy  Warszawą, Wrocławiem, Gdańskiem , Gdynią i Sopotem widać również w wystroju wnętrz kawiarni i restauracji, w designie, w ulicznej modzie. I tak we Wrocławiu widać mocne wpływy berlińskie, w Gdyni i Sopocie można wyczuć troszeczkę stylu skandynawskiego, a Warszawa jest mixem wszystkich stylów, to tu najszybciej dochodzą wszystkie nowe trendy, mody i inspiracje. Dla nas jako wnikliwych obserwatorów polskich  miast, musimy stwierdzić jedno: dzieje się tu coraz lepiej!

       

      BJ: No właśnie, w Polakach cały czas pokutuje poczucie, że jesteśmy gorsi, biedniejsi, szarzy, bo tak było przez dziesiątki lat XX wieku.


      MK: Tak jest niestety. Nie wszyscy też zdają sobie sprawę, jakie zmiany u nas zaszły. W serii „Ogarnij Miasto” zależało nam żeby pokazać  jak jest naprawdę. A jest fajnie, interesująco, ambitnie, jest inaczej, jest dobrze. Cieszę się , ze wróciłam i mogę być częścią tej nowej polsko-miejskiej rzeczywistości.

      BJ: Dziękuję za rozmowę.

       

      Ogarnij miasto. Miejski przewodnik subiektywny. Warszawa. Magdalena Kalisz, Dorota Szopowska, Friends Of Brands Sp. z o. o., Warszawa 2013 

       

      Oczywiście nie samą Warszawą człowiek żyje! Jest już przewodnik po Wrocławiu, niebawem ukaże się Trójmiasto.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 września 2013 09:41
  • czwartek, 25 lipca 2013
    • Potwory w telewizji – monstra przed telewizorem. „Fakir z Ipi” Marka Kochana

       

       


      Każdego dnia agencje prasowe z całego świata donoszą o licznych tragediach, wypadkach, zamachach, w których giną ludzie. Są to jednak newsy, na które w zasadzie zobojętnieliśmy. Poruszenie wywołane taką informacją jest dość krótkotrwałe, emocja  płytka, refleksja powierzchowna.  Lecz pokrętna natura ludzka znalazła sobie inną rozrywkę, jaką jest babranie się we wnętrznościach śmierci i zgłębianie jej anatomii. Takie transgresyjne podejście do tego tematu wydaje się znamienne dla dekadencji, która to przecież coraz silniejszych bodźców potrzebuje, by uczynić życie ciekawszym. No cóż, jakie czasy, taki dekadentyzm. Co prawda żyjemy na początku nowego, dwudziestego pierwszego stulecia, ale jakby u schyłku pewnej epoki, jesteśmy na ostatniej prostej trwającego od wieków procesu  zmierzchu cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Gogiem i Magogiem naszego końca świata są  „Super Express” i „Fakt”, które to niczym innym mi się nie jawią, jak narzędziem w rękach szatana, z powodzeniem pustoszącym ludzkie umysły od lat, wespół z innymi mediami oczywiście.

       

      Nowa książka Marka Kochana „Fakir i Ipi” dość wyraźnie, niekiedy nawet zbyt dosłownie, nawiązuje do koszmarnych wydarzeń, którymi żyły w ostatnim czasie polskie i europejskie media. Głównego bohatera powieści, Kwiatka,  poznajemy w momencie, gdy rozpoczyna się jego niesławna kariera medialna. Staje on pewnego dnia przed kamerami jednej ze stacji telewizyjnych i zaczyna odtwarzać w swojej pamięci przebieg wydarzeń, których był świadkiem. Policja bowiem od kilu miesięcy bezskutecznie poszukuje zaginionej Weroniki N. Historia opowiadana przez Kwiatka w każdym programie, emitowanym na żywo, przedstawia inną wersję zdarzeń. Jest ona połączeniem koszmarnych zbrodni popełnionych przez samozwańczą celebrytkę śmierci Katarzynę W., Fritzla, jak i może kojarzyć się  z niewyjaśnioną do dziś sprawą zaginięcia Iwony Wieczorek. Sam Kwiatek, rzekomy świadek zamordowania Weroniki N., okazuje się psychopatą, socjopatą i wykolejeńcem, który wykazuje skłonności do konfabulacji, a w zasadzie na makabrycznym zmyśleniu buduje swą popularność, gromadząc przed telewizorami liczne grono zwolenników, jak i zaciekłych wrogów. Cała ta medialna wrzawa wokół niego przybiera niewyobrażalne rozmiary i jest, rzecz jasna, groteską, która obnaża zasady funkcjonowania współczesnych mediów i ich żerowanie na bezmiarze ludzkiej głupoty.

       

      Kwiatek jest postacią chaotyczną i niestabilną emocjonalnie. W mediach postanawia poddać się specyficznej autopsychoanalizie, opisując to jako swego rodzaju wiwisekcję. Opowiada więc o swoim trudnym dzieciństwie, osłabionych relacjach z matką, fatalnym w skutkach wychowaniu ojczyma, w końcu o kazirodczym związku z przyrodnią siostrą Basią. Chce dociec prawdy, przypomnieć sobie, co rzekomo wyparł z pamięci pod wpływem szoku. Odtwarza ostanie chwile życia Weroniki N., opisuje je jednak dość chaotycznie, wielokrotnie zmienia wersje zdarzeń. Wszystko okazuje się jednak  mistyfikacją. Na skutek licznych zmyśleń, kłamstw i fabulacji, ani czytelnicy, ani widzowie tego makabrycznego show nie są w stanie już odróżnić fikcji od rzeczywistości.

       

      Traumy dzieciństwa naznaczyły Kwiatka zbyt drastycznie, zaburzyły jego procesy emocjonalne i behawioralne. Cierpienie psychiczne odbiło się na nim licznymi zaburzeniami somatycznymi, poskutkowało też skłonnościami autodestrukcyjnymi. Kwiatek, już jako dorosły mężczyzna, człowiek wykształcony, wykładowca uniwersytecki, funkcjonuje nie tylko na styku rzeczywistości i fikcji, on zdaje się nie odróżniać dobra od zła, rzeczy właściwych od niewłaściwych, jest typową osobowością borderline, która dokonuje autodestrukcji wynikającej z lęku przed odrzuceniem.



      W powieści pojawia się również psycholog prowadzący leczenie Kwiatka i opisujący w mediach stan swojego pacjenta. Jego wywody kojarzą mi się jednak z bredniami, jakie są wygadywane przez wszelkiej maści ekspertów lansujacych się w telewizjach informacyjnych. Ów psycholog, występujący pod różnymi wariantami nazwiska Kochan z pewnością porte parole Autora nie jest. On w jakiś sposób przyczynia się do obnażenia obrzydliwości duszy Kwiatka, by na końcu dokonać publicznie, w mediach, recenzji rozprawy habilitacyjnej swojego kolegi uniwersyteckiego i byłego już pacjenta. Tu wreszcie pojawia się tytułowy Fakir z Ipi, postać wydawałoby się fikcyjna, jednak istniejąca naprawdę. Kwiatek w swojej pracy dokonuje analizy kariery medialnej owego fakira, jaką niewątpliwie zrobił on w polskiej przedwojennej prasie bulwarowej. Wiadomości o Fakirze z Ipi pojawiały się w  tak zwanych „czerwoniakach” jako newsy, które miały zapewnić gazetom poczytność. Owe historie były rzecz jasna fikcyjne, a artykuły przygotowywano z dość dużym wyprzedzeniem i wyciągano je w razie jakiejś posuchy.

       

      Czytając „Fakira z Ipi” nie mogłam się jednak pozbyć wrażenia, że brakuje mi czegoś w kreacji Kwiatka- socjopaty. Może jednak trochę więcej subtelności, jakkolwiek by to nie brzmiało,  mniej kalki z rzeczywistości, mniej dosłowności. Dopóki Kwiatek oddawał się w swym makabrycznym show tym wszystkim konfabulacjom, dopóki tworzył mistyfikację, dotąd był intersujący. Gdy jego historia zaczynała jednak zmierzać coraz bardziej w stronę Katarzyny W., robiło mi się trochę niedobrze. Nadmiar patologii, przejaskrawienie, wręcz karykaturalność wszystkich bohaterów powieści jakoś mnie zniechęciła, choć dostrzegam zamiar Autora, próbującego nam pokazać porażającą siłę mediów w kreowaniu celebrytów – potworów. Choć prawdziwe monstra siedzą przed telewizorami.  

       

      Marek Kocham, Fakir z Ipi, Zysk i S-ka, Warszawa 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 lipca 2013 14:17
  • wtorek, 23 lipca 2013
    • 38 milionów potencjalnych bohaterów reportaży - "Made in Poland. Antologia reporterów Dużego Formatu".

       

       "Cały ten kraj jest tak uszkodzony, że biedni nie mają nic, a 5% ma wszystko" – to jedna z licznych wypowiedzi słuchaczy pewnego ultra-katolickiego radia , cytowanych w filmie, a raczej eseju filmowym, Przemysława Wojcieszka „Made in Poland” (2010). Cała Polska w tym obrazie, zamiast czytać dzieciom, śpiewa disco polo, pije piwo w osiedlowych knajpach, żyje wyblakłymi już nieco wspomnieniami swojej młodości – daleko im do modelu życia lansowanego w lifestylowych pismach.  Najbiedniejsi nienawidzą tych trochę mniej biednych, bo i tak mają więcej niż inni. Główny bohater filmu, siedemnastoletni Boguś, mówi o sobie, że nie jest złym człowiekiem, on jest po prostu wkurwiony, bo okazuje się, że wszystko można kupić. Na dodatek w tym kraju to nie ma się nawet czym pochwalić, no może poetami… I pewnie dużo racji ma Boguś, bo Polska to kraj,  w którym obywatele może są zadowoleni, ale jeszcze bardziej sfrustrowani. A co do poezji, to jej duch już chyba dawno w narodzie zaginął, ale za to objawił się inny – duch reportażu.


      Wydana niedawno antologia reporterów Dużego Formatu pt. „Made in Poland” nawiązuje do rzeczonego filmu nie tylko tytułem, ale dość często również obrazem Polski, tej peryferyjnej, brudnej, zapomnianej przez Boga i polityków. Opisuje również zmagania przeciętnego Polaka ze sztuką (jak choćby niewiarygodna historia kradzieży obrazu Moneta „Plaża w Pourville” z muzeum w Poznaniu), ze swoją tożsamością płciową, własną naiwnością, opowiada też o problemach zamożnej klasy średniej, która dotknięta kryzysem została zmuszona do ustawienia się w kolejce po zasiłek. Tekst Grzegorza Sroczyńskiego „Książka wisiała, manikura trwała” opowiada o PRL-owskim relikcie jakim była książka skarg i wniosków. Zresztą nie tylko ten reportaż przypomina o oparach absurdu unoszących się nad Polską: zarówno przed ’89 rokiem, jak i dziś mamy w tej dziedzinie niezłe wyniki. „Otóż najważniejszą w kapitalizmie rzeczą, umożliwiającą prowadzenie punktu skupu złomu, jest wiarygodność punktu skupu złomu” – taką sentencją dotyczącą transformacji gospodarczej podzielił się z Włodzimierzem Kalickim, autorem tekstu „Uprowadzenie Obiektu” pracownik punku skupu złomu w Łodzi, do którego nieświadomi wartości kradzionego dzieła złodzieje przywieźli rozczłonkowaną instalację amerykańskiego artysty Richarda Nonasa pt. „Milczący sojusznik”, która to zdobiła jedną z łódzkich ulic. Tak, czytając antologię uśmiechniemy się niejednokrotnie, ale za każdym razem zostaniemy zmuszeni do głębszej refleksji – oczywiście nad Polską.


      Wszystkie reportaże są dość mocno zróżnicowane. Mają jednak pewien wspólny mianownik –  zbliżają nas do bohatera, do innego człowieka, bez względu na to, czy jest to dresiarz z Bałut, czy Agnieszka Osiecka. Każdy z tych reportaży cechuje fabuła, która niekiedy przybliża te teksty do prozy, prozy współczesnego świata, będącej nowym wcieleniem realizmu. Być może Stendhal dziś pisałby reportaże? 

       

      Polska jest krajem, który zajmuje powierzchnię ponad 312 tys. km² i liczy ok. 38 milionów mieszkańców. Jest o czym i o kim pisać. Zdaje się, że oprócz wewnętrznego przymusu pisania reportaży mamy do czynienia w Polsce niewątpliwie z modą, która również w jakiś przymus się przeistacza. Dziś dobrze widziana jest znajomość tekstów i książek reportażowych. To nie tylko chęć chłonięcia informacji, która niebywale szybko się dezaktualizuje, to piękna ciekawość świata, sposób, aby na chwilę się zatrzymać.  

       

      ***

       

      W antologii znajdziemy teksty czołowych reportażystów związanych z Dużym Formatem: Włodzimierza Nowaka (występującego także pod pseudonimem Zdzisław Wolniarowicz), Tomasza Kwaśniewskiego, Mariusza Szczygła, Lidii Ostałowskiej, Wojciecha Tochmana, Marcina Kąckiego, Anny Fostakowskiej, Jacka Hugo-Badera Grzegorza Sroczyńskiego, Michała Matysa, Magdaleny Grochowskiej, Leszka K. Talko, Pawła Smoleńskiego, Beaty Pawlak, Wojciecha Staszewskiego, Rafała Kalukina, Włodzimierza Kalickiego, Ireny Morawskiej, Moniki Piątkowskiej, Piotra Lipińskiego, Katarzyny Surmiak-Domańskiej, Witolda Szabłowskiego, Piotra Głuchowskiego, Wojciecha Jagielskiego, Magdaleny Grzebałkowskiej. 

       

      "Made in Poland. Antologia reporterów Dużego Formatu", Wydawnictwo Agora SA, Warszawa 2013

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 lipca 2013 11:03
  • poniedziałek, 15 lipca 2013
    • Rodzina - wersja 2.0. "Ości" Ignacego Karpowicza

       

       

      W marcu na stronie fronda.pl ukazała się informacja, podana za „Rzeczpospolitą”, że mniejszości seksualne ustami pani Mirosławy Makuchowskiej z Kampanii Przeciw Homofobii domagają się, aby w szkolnych podręcznikach, zgodnie z duchem czasów w jakich żyjemy, pojawiły się „różne wzorce rodziny”. Jak można się domyślić, spotkało się to z krytyką środowisk katolickich. Redakcja fronda.pl wraz z redakcją „Rzeczpospolitej” zaczęły ubolewać nad tym, że konserwatywni recenzenci podręczników szkolnych zaczęli być pomijani, a nawet oszukiwani przez MEN, co jest oczywiście wynikiem działań rozszerzającego swe wpływy i coraz potężniejszego „genderlobby”.  No cóż, włos się na głowie jeży, nie ma co… Ale fakty są takie, jakie są: współczesna rodzina, w której konserwatysta widzi zapewne jakąś zmutowaną formę tego, co niegdyś było nazywane rodziną, zdaje się przybierać jeszcze bardziej nowe kształty. Sytuacja, w której mama i tata są po rozwodzie, to w zasadzie już nic szokującego. Dziś żyjemy w erze gender, prawdziwa dekonstrukcja dopiero przed nami.  Klasyczne pojęcie rodziny odchodzi w niepamięć  lub przynajmniej należałoby je przedefiniować. Na taką kolej rzeczy wskazuje ponowoczesność, w jakiej dziś funkcjonujemy, choć owa ponowoczesność najbardziej widoczna jest w środowiskach wielkomiejskich. I w literaturze.


      „Ości” Ignacego Karpowicza  z pewnością są powieścią wyrosłą na gruncie płynnej nowoczesności, odnoszącą się do problematyki gender  i emancypacji nowych grup społecznych, które swój przyczółek znalazły w  Warszawie, będącej kolebką nowoczesności, dalekiej od drobnomieszczańskiej moralności i księdza proboszcza. Sam Autor powiedział o historii przedstawionej w książce, że w Polsce nie mogłaby ona wydarzyć się nigdzie indziej, tylko w  Warszawie. Pewnie jest w tym dużo racji, bo to właśnie w tym mieście najłatwiej o anonimowość, to tu można zacząć od nowa, zrzucając z siebie sfatygowaną nieco podomkę pani Dulskiej. Wszak Warszawa to najbardziej genderowe miasto w Polsce…


      No dobra, a teraz najtrudniejsze zadanie: przedstawić bohaterów „Ości”. Ja próbowałam sobie to nawet rozrysować, ale wyszedł mi wykres, który niezorientowanym i tak nic nie powie. Zatem do dzieła! W powieści Karpowicza mamy przynajmniej kilka postaci, których pierwowzorami są osoby związane ze środowiskiem Krytyki Politycznej, większość bohaterów to osobowości neurotyczne, choć dość wyraziste : Maks, czyli Kuan jest mężem Marii, mają syna Patryka . Wieczorami i w weekendy Kuan staje się Kim Lee, czyli drag queen. Jest też związany z Norbertem, homoseksualistą o rasistowskich poglądach, który jest również związany z Ninel. Ninel to dojrzała kobieta, w dzieciństwie nazywana przez matkę Kubą. Jest ikoną lewicowych aktywistek, feministką,  która oczywiście jest obciążona trudnymi relacjami z własną matką. Ninel ma syna, Franka, którego w wieku maturalnym, nie wiedzieć czemu,  sama wysłała na psychoterapię. Psychoterapeutka dość szybko zdiagnozowała u  swojego młodego pacjenta nadnormalność, co jest przypadkiem dość szczególnym, zważywszy na to, że chłopak wyrósł w rodzinie dysfunkcyjnej, z nieobecnym ojcem, z niedostatecznie kochającą matką. Praca pani psycholog polegała przede wszystkim na tym, aby Franek poczuł choć trochę żalu do rodziców, aby odrobinę  jakiejś nieakceptacji, pogardy i pretensji w nim zakiełkowało. Franek natomiast, gdy pojawił się w Warszawie (przez kilka lat przebywał w Niemczech, tam studiował, potem rozpoczął pracę), zakochał się w Mai. Maja jest żoną Szymona, filologa, który właśnie wyjechał do Niemiec na stypendium. Maja i Szymon mają dorastającego syna Brunona, typowego nastolatka. Podczas nieobecności Szymona, który w Niemczech wiąże się ze specjalistką od języków afrykańskich, Maja przeżywa zauroczenie Frankiem, które przeradza się w miłość. Nie zapominajmy też o Andrzeju i Krzysiu, parze gejów. Krzyś znika pewnego dnia, a w jego poszukiwaniach Andrzejowi pomaga Norbert, niegdyś młodzieńcza miłość Krzysia, fascynacja Andrzeja.


      Wszyscy bohaterowie „Ości” są ze sobą w jakiś sposób powiązani. Każdy związek tu jest podwojony. Rodziny rozszerzają się, pączkują, rozrastają. Wzajemne relacje ulegają jakiejś dziwnej przemianie, przemianie będącej odpowiedzią na nowe czasy. To Maja inicjuje wspólne spotkanie małżonków i kochanków. Tu nie ma zazdrości, oskarżeń o brak lojalności. Tu najważniejszą rolę odgrywają pragnienia. To im podporządkowuje się życie, to na ich podstawie tworzą się więzi. Owszem, jest jeszcze pewna tajemnica, pewne tabu, w pewnym sensie przełamane, lecz nie do końca i  nie u wszystkich.  Choć największą tajemnicą wydaje się tu człowiek i to, ile różnych modeli życia może on WYPRODUKOWAĆ. Tak, wyprodukować, jak towar, w zależności od naszych potrzeb, nowych zachcianek, nowych mód, do czasu, aż przyjdzie nowe, albo wróci stare, jak przepowiadają niektórzy filozofowie. Jedno jest pewne, w świecie nie ma nic trwałego, wszystko podlega zmianie, zmianie, o której nie śniło się nawet Heraklitowi z Efezu.


      „Ości” nie dają żadnej odpowiedzi, czy ekwilibrystyczne wręcz wybory neurotycznych bohaterów Karpowicza są słuszne, czy nie. Czy jest tam prawda, czy hipokryzja? Obecna w powieści gra językiem jeszcze bardziej komplikuje próbę zdiagnozowania rzeczywistości, w której funkcjonujemy, kwestionuje jej jakOŚĆ, demaskuje samotnOŚĆ i bezradnOŚĆ bohaterów i autorów ponowoczesnOŚCI, czyli nas…


      Nad światem „Ości” unosi się zapach śmierci, która jako jedyna wydaje się wartością pewną, stałą, nieuniknioną. Ta śmierć jest jednocześnie strachem i zagadką, niektórzy przed nią próbują uciec, niektórzy chcą się jak najszybciej w niej schować. Lecz i w nią ponowoczesny człowiek stara się ingerować, pokazać swą wyższość, decydując o sprawach ostatecznych. Rozpad starych struktur, niemoc człowieka i jego dramatyczne próby stworzenia czegoś nowego, chęć sprostowania zbyt dużym wymaganiom labilnej rzeczywistości, która jest trochę dzieckiem Frankensteina doprowadzą nas do…  no właśnie, dokąd?

       

      Ignacy Karpowicz, Óści, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 lipca 2013 17:48
  • poniedziałek, 08 lipca 2013
    • Być jak Adam Wajrak, czyli "To zwierzę mnie bierze"

       

       

      Jak powiedziałam mojej serdecznej koleżance z Augustowa, że właśnie czytam książkę Adama Wajraka „To zwierzę mnie bierze” spojrzała na mnie złowrogo… Broniąc Doliny Rospudy Wajrak zyskał w Augustowie liczne grono zaciekłych wrogów, nad czym ubolewam, choć rozumiem również ból augustowian. Z drugiej strony jednak jak widzę moją córkę, która biega po Lesie Kabackim, który z prawdziwym lasem niewiele ma w zasadzie wspólnego, albo jak goni kota po zabetonowanym osiedlu, to chciałabym ją zabrać do prawdziwej puszczy i móc pokazać kilka fajnych ptaków, jakieś robaczki, a przy odrobinie szczęścia może jakieś inne grube zwierzę… Co prawda moje kompetencje w tej dziedzinie są bardzo ograniczone, ale po lekturze książki Adama Wajraka ciągnie mnie do lasu…


      Być jak Adam Wajrak chciałby niejeden śmiałek, lecz coś czuję, że jest to zadanie niezwykle trudne. Cierpliwość, lata doświadczeń, ogromna wiedza, intuicja i pokora wobec przyrody  – to podstawowe cechy Autora publikacji „To zwierzę mnie bierze”, cechy, które pozwalają Wajrakowi na podglądanie natury już od ponad 20 lat. Adam Wajrak przeżywa w lesie liczne przygody, spotyka niesamowite osobniki, o których przeciętny człowiek nie ma pojęcia, ba, nie ma bladego pojęcia. Choć można w zasadzie zapytać po co komu wiedza na temat dzierzby, która na oczach ma charakterystyczną maskę niczym Zorro, kiedy puszczyki uralskie bywają agresywne, dlaczego norki amerykańskie są dla naszego środowiska zagrożeniem, jak widzą ptaki, to myślę, że może ona niejedną wycieczkę do lasu uczynić po prostu o wiele ciekawszą.  


      Najbardziej fascynuje mnie fakt, że taki oto Adam Wajrak może sobie siedzieć gdzieś w Bieszczadach, popijać piwo, zajadać fasolkę po bretońsku i nagle jego oczom ukazuje się wąż eskulap, innym razem niewielki zaskroniec odwiedza jego ogród, kolejnym razem żmiję zauważa kątem oka! Szczerze zazdroszczę takich doświadczeń i spostrzegawczości.

       

      W swojej książce Wajrak oprowadza nas po lesie opisując świat przyrody z humorem i entuzjazmem, który, choć to może banalnie zabrzmi, jest zaraźliwy. Snuje opowieści, przytacza anegdoty, obala stereotypy i robi piękne zdjęcia. I o te zdjęcia właśnie najbardziej tu chodzi, bo Wajrak śledzi mieszkańców puszczy, aby ich upolować, w sensie fotograficznym rzecz jasna, aby zobaczyć, doświadczyć, potem nam to opowiedzieć i pokazać. W zasadzie gdyby nie te Wajrakowe peregrynacje, cóż ja bym wiedziała o lesie? Sama jestem człowiekiem całkowicie oddanym cywilizacji, z pełną świadomością wszystkich konsekwencji życia w miejskiej dżungli, jakkolwiek fatalnie by to nie brzmiało.  Jednak i nas mieszczuchów ciągnie czasami do lasu, i my czasami chcemy być takim Adamem Wajrakiem, co to żadnym nornicom, kozicom i innym zwierzętom (o których Las Kabacki nie słyszał i nie usłyszy) się nie kłania.

       


      Na poniższej fotografii jedno z najdziwniejszych zwierząt w całej książce Adama Wajraka: niesporczak zwany też wodnym niedźwiadkiem (może przeżyć w temperaturze -273 st. C, czyli temperaturze bliskiej zera absolutnego (-273,15 st. C), daje radę zagotowany w temperaturze 125 st. C, jest w stanie przetrwać dawkę promieniowania 570 tys. radów (2 tysiące radów może zabić człowieka)! Ale zwierzę!



       

      Mały puszczyk uralski.



      Równie śliczna, jak i szkodliwa norka amerykańska (jest bardzo żarłoczna, co przyczynia się do spadku populacji innych zwierząt).



      Mój spacer po Puszczy Kampinoskiej nie zakończył się może żadnym spektakularnym sukcesem w postaci spotkania choćby zaskrońca, ale za to „upolowałam” larwę motyla. Spójrzcie tylko jaka piękna! ;)


      Adam Wajrak, To zwierzę mnie bierze, Agora SA, Warszawa 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 lipca 2013 17:35
  • niedziela, 07 lipca 2013
    • Z ironią i śmiercią było jej do twarzy – „Błysk rewolwru” Wisławy Szymborskiej

       

      Kto nie chciałby zajrzeć do pierwszych literackich prób noblistki, móc przeczytać jak to zmagała się ze słowem, gdy ortografia i fleksja jeszcze raczkowały, ale wyobraźnia i poczucie humoru zwiastowały talent młodej poetki?

       

      Liryki, limeryki, juwenilia, adoralia, rajzefiberiki, erotyki, grafiki, fragmenty apokryficzne, lepieje hotelowe, moskaliki, epitafia,  a nawet pierwsza próba prozatorska – romans kryminalny…. Te wszystkie gatunki, znane mniej, bardziej lub w ogóle zebrał Michał Rusinek po śmierci Wisławy Szymborskiej i zamknął je w tomie podzielonym chronologicznie  na cztery części. Oprócz poezji możemy podziwiać również talent plastyczny młodej poetki, ale i czytać jej juwenilia w autografach. Nie ukrywam, że szczególnie owe autografy mnie zainteresowały, ba,  w jakiś sposób wprawiły w lepszy humor, gdyż pamiętam z mojego sielskiego dzieciństwa, że i ja miałam na koncie kilka dość poważnych (delikatnie mówiąc) błędów ortograficznych, które próbowały zaburzyć spokój w moim domu i zrujnować relacje między mną a mym tatą… ;)


      Szymborska pięknie bawiła się słowem od dziecka. Zaczynała jako kilkuletnia dziewczynka z dowcipem opisująca „dramat” swoich ciotek – starych panien, by w wieku już znacznie dojrzalszym z lubością oddawać się twórczości zarówno funeralnej, satyrycznej jak i erotycznej. Na osobną uwagę zasługuje tu  nade wszystko „Słownik wyrazów obelżywych”, który Poetka ułożyła wspólnie z Kornelem Filipowiczem prawdopodobnie w latach 70. Bogactwo oraz inwencja w tej dziedzinie powalają!

       

      W całym zbiorze tej nieoficjalnej twórczości noblistki pada również wiele nazwisk, żeby nie powiedzieć NAZWISK! Szymborska zaszczyciła swego niejednego przyjaciela piękną rymowanką, a tym szczególnych zapewne sprezentowała niezwykłe epitafia:

       

      „Tu złożyli zwłoki treli,
      bo lepszego nic nie mieli”


      „Umarł oto Toni tata:
      umiar, honor i prostata”


      „Z chęcią się pochowa
      ciało Miecugowa”


      Wisława Szymborska zanana była ze swojego dystansu i poczucia humoru. Być może to właśnie te cechy pozwalały jej tworzyć poezję jakby mimochodem, mówić  prosto o sprawach ostatecznych, opisywać rzeczywistość bardzo dobrze nam znaną, ale nie każdemu dostępną w takim wymiarze. Jej ironia była charakterystyczna dla osób, które potrafią dziwić się światem i każde zdarzenie przyjmować jako przygodę – przygodę życia. To taki stoicyzm współczesnego człowieka, stoicyzm radosny człowieka wielu epok, doświadczonego przez niejeden dramat, człowieka, który widział jak życie i historia z niego drwią. A Ona jakby nie przejmowała się tą drwiną. Żyła na przekór. Przyjmowała wszystko co przynosił los i przekuwała to w poezję. Wiedziała, że czas mija i mijała wraz z nim, ale bez protestów, spokojnie pisząc swoje wiersze. Humor, ironia i śmierć – w tym było Szymborskiej do twarzy.

       

      Wisława Szymborska, Błysk rewolrwu, wybór tekstów, redakcja, przypisy: Michał Rusinek, Sebastian Kudas, Agora SA, Warszawa 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 lipca 2013 10:30
  • niedziela, 23 czerwca 2013
  • niedziela, 09 czerwca 2013
    • "Reporter odchodzi i nigdy więcej nie wraca"– „To nie jest zawód dla cyników” Ryszarda Kapuścińskiego

       

       

       

      Nieco ponad trzydzieści lat temu Antonina Kołoskowska w swojej „Socjologii kultury” pisała o współczesnych mass mediach, że cechuje je populizm, proponowana przez nie rozrywka jest przeładowana agresją, brak jej wyrafinowania, a demokratyzacja kultury doprowadziła do zrównania wszystkich nadawców i umieszczenia na jednym poziomie tandety ze sztuką autentyczną – krótko mówiąc prostactwo wzięło górę nad przekazem intelektualnym. Faktem jest, że sztuka dziennikarska, odkąd wielkie koncerny medialne przejęły kontrolę nad mass mediami, znajduje się w odwrocie. Dodatkowo znajdujemy się chyba w stanie swoistego dekadentyzmu, który  nakazuje nam – odbiorcom - poszukiwać w mediach coraz bardziej drastycznych wrażeń, zaspokajać swój głód informacji wiadomościami o niewielkiej wartości intelektualnej, ale wywołującymi skrajne emocje, a nawet wstrząsy.

       

      Myślę, że refleksja na temat sztuki dziennikarskiej powinna towarzyszyć nie tylko ludziom związanym z mediami zawodowo, tak samo jak wydana właśnie nakładem Agory książka „To nie jest zawód dla cyników”, będąca zbiorem wykładów Ryszarda Kapuścińskiego, nie jest przeznaczona tylko dla dziennikarzy. Zawarte w książce wykłady Ryszard Kapuściński wygłosił w Hiszpanii i we Włoszech podczas prowadzonych przez siebie warsztatów dziennikarskich. Dziś po raz pierwszy możemy czytać je w całości w języku polskim. Znajdziemy w nich refleksje Autora „Cesarza” na temat tajników dziennikarstwa, pracy reportażysty, ale przede wszystkim niezwykle ważną, szczególnie w kontekście szeroko dziś omawianego kryzysu dziennikarstwa, dość surową ocenę współczesnych mediów.

       

      I tak według Kapuścińskiego charakter pracy dziennikarza uległ zasadniczej zmianie: dziś dziennikarz jest osobą anonimową, zajmującą się generowaniem pozbawionych charakteru newsów, które nie maja nic wspólnego z artykułami. Z drugiej strony  każdy dziennikarz stanowi część alternatywnego świata, który zastępuje świat rzeczywisty, może manipulować opinią publiczną. Tego typu diagnoza każe zastanowić się nad skutkami owej rewolucji medialnej, rewolucji, która, jakżeby inaczej, pożera własne dzieci… Kapuściński mówi o czymś, co z punku widzenia współczesnego świata brzmi jak anachronizm: „Dziennikarzowi nie wolno wynosić się nad tych, z którymi będzie pracował, przeciwnie, musi być im równy, musi być jednym z nich, takim jak oni, aby móc się do nich zbliżyć, móc ich zrozumieć i potem wyrazić swoje oczekiwania, swoje nadzieje”.  Pokora, przyjaźń, świadomość, że ma się do czynienia z materią niezwykle delikatną – z człowiekiem  - kto dziś o tym pamięta?  Klasa dziennikarza, reportera, nawet uniżoność wobec tego, o którym chce się napisać, a nade wszystko szacunek, to idee, które Kapuściński uznawał za najistotniejsze w swojej pracy. Miał on świadomość jednej bardzo istotnej rzeczy: reporter pojawia się w życiu człowieka, a potem znika, pozostawiając po sobie swój tekst, który może złamać komuś życie…

       

      Słowo jest narzędziem pracy dziennikarza i słowu należy się szacunek. Zmarginalizowanie istoty pracy dziennikarza przez wielkie koncerny medialne, zastąpienie idei kapitałem i przekształcenie mediów w instrumenty do generowania coraz większych zysków spowodowało trywializację wartości słowa. Ryszard Kapuściński nigdy nie mówił językiem skomplikowanym. Prostota jego przekazu w jakiś sposób odpowiadała skromności jego osoby. On nie pisał o ludziach, on o nich opowiadał, opowiadał tak, jakby cały czas z nimi rozmawiał. Miał pasję, wrażliwość oraz dar nie tylko widzenia, ale i rozumienia świata, czuł powinność wobec swoich bohaterów, był głosem tych, którzy jakże często byli wykluczeni. Dziennikarstwo Kapuścińskiego to piękna narracja, narracja, której dziś bardzo brakuje nie ze względu na bogactwo językowe jego tekstów, lecz na ciszę, będącą jedyną w swoim rodzaju relacją między autorem a jego czytelnikiem.

       

      Ryszard Kapuściński, To nie jest zawód dla cyników, z hiszp. przeł. A. Flisek, Agora SA, PWN, Warszawa 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 czerwca 2013 21:33
  • czwartek, 06 czerwca 2013
    • "Wszystkie drogi prowadzą na ulicę Konwiktorską" - "Do przerwy 0:1" Adama Bahdaja

       

       

      Bycie kibicem klubu piłkarskiego w tym kraju to sport ekstremalny - stres, nerwy, gorycz porażek, desperacka nadzieja i zaprzeczanie niewygodnym, choć oczywistym faktom to codzienność. Myślę, że najbardziej zaprawionymi w przeżywaniu klęsk, niepowodzeń i rozczarowań są kibice klubów, które nieustannie muszą bronić się przed spadkiem.


      Jerzy Pilch, który po kolejnym, wyczerpującym nerwowo, sezonie ogłaszał rozwód z Cracovią, dość szybko od tego rozwodu odstąpił, wybaczając, a może po prostu godząc się na trwanie w nieudanym małżeństwie. Ja to rozumiem, ja to znam. Może staż mam nie taki jak Pilch, ale miłość moją do Polonii Warszawa można uznać za równie toksyczną: o rozwodzie nieraz przebąkiwałam, obrażałam się, strzelałam fochy, szalik chowałam na dnie szuflady, jednak i tu do rzeczonego rozwodu nie doszło. I nie dojdzie, mimo że zdarza mi się pogrążać w coraz częstszych paroksyzmach i docierać niemalże do granic rozpaczy.


      Dziś, kiedy Polonia Warszawa kończy sezon na 6 miejscu w tabeli, do Śląska Wrocław, będącego na 3 miejscu, tracąc jedynie 5 punktów, musi pożegnać się z Ekstraklasą. Ci, których natura obdarzyła skłonnościami masochistycznymi i katują się oglądaniem polskiej piłki nożnej, dobrze wiedzą jak do tego doszło. Ja jednak spuszczę zasłonę milczenia na to, co nigdy nie powinno mieć miejsca w żadnej dziedzinie sportu  i patetycznie zaproponuję szlochającym pokątnie kibicom powrót do źródła, do przypomnienia sobie pięknej opowieści o piłce, gdzie honor jeszcze coś znaczył a nad polityka górowała „wrażliwość magiczna”… 


      „Dla młodocianych miłośników piłki nożnej z Woli, Muranowa, Żoliborza, Starego Miasta wszystkie drogi prowadziły na ulicę Konwiktorską, gdzie znajduje się stadion Polonii. Każdy chłopiec, który choć raz znalazł się w niedzielę na stadionie i zasmakował w oglądaniu prawdziwego meczu, do końca życia zostanie kibicem tego najpopularniejszego klubu Warszawy, a pośród jedenastu graczy wybierze sobie jednego jako swojego ulubieńca.”  

       

      „Do przerwy 0:1” Adama Bahdaja to legendarna już powieść dla młodzieży po raz pierwszy wydana w 1957 roku. Jej bohaterami są chłopcy z warszawskiej Woli, mieszkający głównie w zrujnowanych kamienicach na  ulicy Górczewskiej. To właśnie powojenna Warszawa i klub z Konwiktorskiej stanowią tło wydarzeń opisanych w książce. Chłopcy, młodzi kibice Polonii Warszawa, zakładają swój własny klub piłkarski Syrenka. Ich największym rywalem jest drużyna z ulicy Okopowej – Huragan. To pomiędzy nimi stoczy się walka o prymat nie tylko na Woli, ale i w Warszawie. Adamowi Bahdajowi udała się przy tej okazji rzecz niezwykła: wykreował on idealnego bohatera powieści dla młodzieży - Paragona, oraz otoczył legendą klub piłkarski w czasach, kiedy wiatr historii usilnie starał się zwiać go ze sportowej mapy miasta. 

       

      Rodzice Paragona zginęli w powstaniu warszawskim. Od tego czasu jego wychowaniem zajmowała się  ciotka. Chłopak całymi dniami włóczył się po dzielnicy, załatwiał swoje rozliczne „interesy”,  kombinował jak mógł, by każdego dnia uzbierać jakieś 5 złotych,  a w niedzielę dostać się bez biletu na mecz na Konwiktorską. Paragon to „leguralny” warszawski cwaniak, dla którego piłka stała się czymś w rodzaju absolutu - jedynym punktem zaczepienia w życiu, które go nie oszczędzało. Niespodziewanie zaprzyjaźnił się on z Wacławem Stefankiem, piłkarzem Polonii Warszawa, którego poznał podczas podglądania treningu swojej ulubionej drużyny (wtedy to podprowadził polonistom piłkę, którą potem Syrenka rozgrywa z Huraganem mecz). Nie przeszkadzało mu to jednak w popadaniu w liczne kłopoty, bo, nie zapominajmy o tym, Paragon to taki młodociany chuligan, którego wychowała ulica i był to chów dość zimny i surowy. Wacław Stefanek to autorytet w czystej postaci – człowiek honorowy, uczciwy, mentor Paragona, głęboko zainteresowany grą swoich nowych podopiecznych, można rzec – wzorzec parenetyczny piłkarza będącego idolem piłkarskiego narybku.  I nie da się uciec od wzruszenia, gdy się czyta o nich wszystkich z tamtej Woli, o chłopaczkach spod PDT – u, o piłkarzach, co tak chętnie angażują się w wychowywanie porzuconej i samopas błąkającej się całymi dniami po zrujnowanym mieście młodzieży.


      W książce Adama Bahdaja wygrywają piłka nożna, dzieciaki, zapał, entuzjazm i honor. Ta historia ma moc oczyszczającą. Złe doświadczenia kibica Polonii, permanentny stres osiągający szczyty w okresie wiosennym (gdy wszyscy, których myśli skupiały się na Konwiktorskiej, zastanawiają się, czy tym razem klubowi uda się utrzymać w ekstraklasie, bądź, co szczególnie w ostatnich latach było symptomatyczne, czy sponsor w końcu wycofa z klubu swoje pieniądze, czy może jeszcze się wstrzyma), wszystko to przyzwyczaiło nas do cierpienia, ale nie stępiło naszej wrażliwości, nasza chora i beznadziejna miłość nie zmalała. Paragon powinien więc patronować tym bólom i kolejny latom wyczekiwań na najwyższą klasę rozgrywkową.


      Piłkę nożną i Polonię Warszawa darzę szczególnym i dość osobliwym uczuciem podszytym prawdopodobnie zamiłowaniem do specyficznego rodzaju cierpienia, które wynika z długotrwałego przeżywania porażki. Od tego oto uczucia nie sposób się uwolnić, ponieważ cały czas, mimo wszystko, wierzę, że Polonia zazna w końcu nieco spokoju.


      Zapewniam, że przygód Paragona i całej reszty chłopaków z Syrenki i Huraganu nie sposób zapomnieć, kiedy już się tę fantastyczną opowieść o miłości do piłki i pewnego klubu przeczyta. Myślę, że kibice Czarnych Koszul bardzo dobrze znają tę historię. Ale na wszelki wypadek przypominam, że chociaż miasto nasze się zmienia to i tak „wszystkie drogi prowadzą na ulicę Konwiktorską, gdzie znajduje się stadion Polonii”.

       

      Adam Bahdaj, Do przerwy 0:1, Nasza Księgarnia, Warszawa 1975

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 czerwca 2013 06:50
  • niedziela, 26 maja 2013
    • Mityczny Kraków Wita Szostaka

       

       

       

      Spróbuj czytelniku zmierzyć się z Krakowem, jego legendą, mitem i Wawelem, który jak symbol góruje nad innymi symbolami dawnej Rzeczpospolitej. Spróbuj przywołać  dawne bohatery, posmakuj Polski wolnej, Polski Krakowskiej. Spróbuj zamieszkać w starej krakowskiej kamienicy, lekko zatęchłej, od dawna będącej domem już tylko dla gołębi i bezdomnych, która niegdyś była całym światem, dziś zachowanym już tylko na starych fotografiach pana Zygmunta.  Do takiego bowiem miejsca wiedzie droga, jaką się pokonuje wraz z Witem Szostakiem, podczas wędrówki po Krakowie nieco sennym, magicznym i zmitologizowanym.  Najpierw „Chochoły”, potem „Dumanowski”, wreszcie „Fuga”  - trylogia krakowska Wita Szostaka to rzecz niebanalna, nawet zadziwiająca, zadziwiająca w formie i niezwykłej historii, historii prawdziwej, ale takiej, która nigdy się nie wydarzyła…



       „Chochoły” to książka imponujących rozmiarów, opisująca losy rodziny, która zamieszkuje jedną z krakowskich kamienic. Owa kamienica to miejsce będące jakby wyspą na mapie świata, w której strzeże się resztkami sił surowych zasad. Zamieszkują ją starcy i dziwacy, ale i młodsze pokolenie. Cały dom wypełniają różne konflikty, mieszające się z zapachami potraw, tak jak mieszczańskość z plebejskością, lecz mimo wszystko panuje tu jakiś ład, porządek, który znika wraz ze śmiercią babci.


      Pierwsza część krakowskiej trylogii Szostaka jest jednak jej najsłabszym punktem. Niestety, można zarzucić tej książce zbyt wiele: począwszy od zanadto rozlanego języka, a skończywszy na nieco mdłej fabule. Nie należy jednak porzucać nadziei. „Dumanowski” to już zupełnie inna opowieść, o wiele dojrzalsza, intrygująca i wciągająca.


      Jest to historia dość osobliwego i ekscentrycznego  ojca konserwatywnej  Republiki Krakowskiej, z którą  związane były również alternatywne losy samych Mickiewicza i Słowackiego. Dumanowski  – pensjonariusz zakładu psychiatrycznego, rewolucjonista, dziennikarz, dandys, wielbiciel kobiet (ze wzajemnością), wreszcie mąż stanu, Naczelnik, postać charyzmatyczna, osobowość, żyje 123 lata, czyli dokładanie tyle, ile trwają zabory. Umiera jednak w zapomnieniu i osamotnieniu wraz z odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Jego losy poznajemy za pośrednictwem relacji kilku kronikarzy tamtych czasów, biografów Dumanowksiego, którzy nie stroniąc  w swoim pismach od egzageracji  snują wręcz epicką opowieść o legendarnym Naczelniku Krakowa.  


      Ale zabawa literacka Wita Szostaka jeszcze się nie skończyła. Wisienką na torcie jest „Fuga”, będąca powrotem do kamienicy „Chochołów”. Znowu czujemy ten piwniczny zapach, znowu słyszymy skrzypiącą podłogę, a babcia wraca do kuchni…


      Główny bohater „Fugi” Bartłomiej Chochoł, ostatni król Polski już w pierwszych słowach swojego monologu jawi się nam jako człowiek samotny, tajemniczy i zaburzony. Jego schizofreniczna osobowość każe mu nurzać się w miazmatach wspomnień i pogrążać się w szaleństwie. Do swojego dawnego domu powraca schorowany, kulejący, z zamiarem ukrywania się przed światem. Jego poetycka wręcz opowieść łamie wszelkie reguły dotyczące czasu, bo czas w tej powieści w klasycznym ujęciu nie istnieje. Bartłomiej Chochoł funkcjonuje na kilku pograniczach: pograniczu czasu realnego i wyobraźni zrodzonej z szaleństwa, na pograniczu życia prawdziwego i urojonego, na pograniczu przeszłości i niejasnej teraźniejszości. Imaginacje, które mu towarzyszą tworzą odrębne światy, niekiedy jednak nachodzące na siebie. Razem z narratorem „Fugi” doświadczamy licznych transgresji, które są doświadczeniem człowieka upokorzonego i przegranego.

       


      Rodzina Bartłomieja Chochoła ożywa w jego wspomnieniach. Na nowo staje się on młodym chłopcem, próbującym z wieku niewinności wkroczyć do świata  erotyki, a droga do niego wiedzie przez strych kamienicy. W jego niezwykłym domu dzieje się Polska: w kuchni babci rozgrywa się historia, generałowie wielkich powstań toczą bitwy, a babcia walczy o stary porządek świata. Dziadek opowiada wnukowi sekretne dzieje Polski, zapoznaje go z mityczną postacią Jozafata Dumanowskiego i legendą protoplasty mieszkańców ich kamienicy  - Chodnikiewiczem, by za chwilę zająć się umieraniem. Owo umieranie trwa kilka miesięcy i kończy się całkowitym ozdrowieniem dziadka. Ojca narratora pochłaniają boje, które toczy w salonie ze starym światem, czyli z bezbronnymi meblami, fotelami, szafkami, nieustannie je przesuwając i porządkując.

       

      Tej rodziny już nie ma, są za to starość, ból, kalectwo, upokorzenie i samotność. Jest jeszcze tytuł ostatniego króla Polski i tajemnica, którą trzeba skrywać przed światem pełnym nieżyczliwych ludzi.

       

      Walorem tej powieści jest niezwykle elegancki język Wita Szostaka, który łagodnie przeprowadza nas przez zmagania bohatera z historią, mitami i odosobnieniem – przede wszystkim tym duchowym. Konstrukcja powieści naśladująca motyw ucieczki, jest zarazem pyszną zabawą literacką, ale i najlepszą ilustracją wewnętrznych starć bohatera–narratora ze światem, przed którym to zdaje się  on uciekać.

       

       

       

       


       

       

       

      W „Fudze” Wita Szostaka znajdują się w ilustracje Macieja Sieńczyka, ilustratora „Lampy”. Jego oleiste rysunki doskonale oddają klimat onirycznej opowieści snutej przez narratora „Fugi”.  Sylwetki bohaterów ilustrowanych przez Sieńczyka są niezwykle charakterystyczne: anatomiczne, ale nie do końca proporcjonalne kształty obrysowane grubą kreską, utrzymane w kolorystyce oscylującej w okolicach fioletów i brązów.

       

       Wit Szostak, Chochoły, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2010
       Wit Szostak, Dumanowski, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2011
       Wit Szostak, Fuga, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2012 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 maja 2013 23:15

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

AAA


Kontakt: beata.januszkiewicz@gazeta.pl pod.tytulem@gazeta.pl