pod tytułem

blog Beaty Januszkiewicz o polskiej literaturze współczesnej

Wpisy

  • piątek, 29 listopada 2013
    • Bo pisać o piciu to trzeba umieć – „Nocne zwierzęta” Patrycji Pustkowiak

       

       

       

       "Chlanie wódy jest tematem tak kreatywnym, że w każdej chwili powstać może jakaś fundamentalna kwestia”. To, rzecz jasna, Jerzy Pilch i jedno z najistotniejszych zdań zapisanych na kartach jego znakomitej powieści „Pod Mocnym Aniołem”, powieści tak samo doskonałej jak i wstrząsającej. Nie o Pilchu jednak zamierzam tu pisać, lecz nie sposób nie odnieść się do tej akurat książki, gdy literatura polska wzbogaciła się właśnie o kolejną powieść alkoholową, opisującą tym razem upadek kobiety.

       

      „Nocne zwierzęta” Patrycji Pustkowiak, bo o tę powieść mi teraz idzie, nie podźwignęły jednak problemu, niewiele tam kwestii fundamentalnych, powiedziałabym nawet, że tyle co nic. Książkę w szczególnie złym świetle stawia blurb napisany przez Justynę Bargielską, która nazywa powieść  młodej pisarki: „Pod wulkanem” w wersji dla kobiet. Owszem, niezły Meksyk tam mamy, ale do Lowry’ego to Pani Pustkowiak bardzo daleko, oj bardzo. W „Pod wulkanem” główny bohater, alter ego autora, Konsul, zapija się w meksykańskim upale, nic i nikt nie jest w stanie powstrzymać jego upadku.  W powieści aż roi się od symboli (autobus nr 666, psy włóczące się za Konsulem,  Koło Fortuny i wiele innych), symboli które opisują apokaliptyczny świat Konsula, postrzegany przez niego w ten sposób być może w wyniku delirium tremens, świat, którego nie da się pojąć, ogarnąć umysłem, świat skazujący człowieka na samotność, życie w nieustannym lęku, co doprowadzić może jedynie do zagłady. „Pod wulkanem” to powieść niejednoznaczna i niełatwa, jej język jest językiem gorzkim, ociężałym i niebywale smutnym.

       

      W „Nocnych zwierzętach” Patrycji Pustkowiak nie ma niczego, co uzasadniałoby porównanie tego tytułu do wielkiej i trudnej powieści Lowry’ego z roku 1947 (dość istotne jest tu również tło historyczne, biografia pisarza, pokoleniowa trauma wywołana doświadczeniem wojny, Meksyk w latach czterdziestych).  Tamara Mortus (nomen omen) ma około 30 lat, straciła wcześniej kilka w miarę dobrych posad, jest kobietą samotną, z nałogami, żyje w wielkim mieście otoczona ludźmi wypruwającymi sobie flaki dla korporacji, którzy po pracy ćpają, piją  i szukają przygodnego seksu w modnych klubach. Tamara Mortus za ścieżkę dałaby się pokroić, jej najlepszym przyjacielem jest Jack Daniels, od trzech lat nie uprawia seksu, zaspokaja się sama oglądając pornokanały w Internecie. Nie może znieść myśli o tym, że jej ciało mogłoby spotkać się z inny  ciałem, czuje wstręt i obrzydzenie na samą myśl o realnym zbliżeniu. Bohaterka Pustkowiak mimo to jest płaska, nijaka,  jej chwiejność emocjonalna, a zarazem konsekwentny marsz ku zagładzie nie robią na mnie wrażenia. Jej picie jest powierzchowne.  Myślę, że Patrycja Pustkowiak włożyła niemało wysiłku, aby skatować swoją bohaterkę, lecz właśnie to jest tu największym problemem – to wszystko jest wymuszone, nieautentyczne. Książka o upadku człowieka, o dezintegracji jego świata, o powolnym rozpadaniu się więzi międzyludzkich musi boleć. Czytając „Nocne zwierzęta” odczuwałam raczej, zamiast egzystencjalnego bólu, zażenowanie, które  spotęgowało wymuszone i sztuczne poczucie humoru bohaterki. Ja wiem, że to miało być o kobiecie i że to kobieta w pojęciu uniwersalnym jest główną postacią tej powieści, że „Nocne zwierzęta” miały pokazać, jak pije kobieta, jak upada kobieta, jak cierpi kobieta, jak się wewnętrznie wypala i odrzuca wszystko co mogłoby ją dorowadzić do tak zwanej normalności, choć mówienie o współczesnym świecie – normalny - jest nieco na wyrost. Ja to wszystko wiem, ale ja tego nie czuję, bo to się po prostu nie udało. Być może nie mogło się udać. Patrycja Pustkowiak to bardzo młoda osoba, urodzona w czasach, które na całe szczęście nie dostarczyły jej traum, które można by nazwać pokoleniowymi, chyba że za koszmar i zmorę naszej generacji uznamy drapieżny i bezlitosny kapitalizm. Wdarł się on bowiem w nasze życie nagle i niespodziewanie,  objawił się w postaci bezwzględnych szefów korporacji, konfesjonał zastąpił darkroomem a stare, poczciwe wino, tudzież gorzką żołądkową, zamienił w koks.

       

      Trochę szkoda, że Patrycja Pusktowiak zmarnowała swój debiut. Dobra książka musi mieć głębie, czyli coś, o czym młodzi pisarze całkowicie dziś zapominają. Nie wystarczy popisywać się językowo, należy zmierzać ku  fundamentalnym kwestiom, że znowu przywołam tu Mistrza. Picie w powieściach Lowry’ego czy Pilcha (z braku miejsca wymieniam tu tylko te nazwiska, choć mogłabym sporządzić przy tej okazji dość obszerny spis wielkich powieści alkoholowych), mimo że prowadzi człowieka na samo dno, ma znamiona szlachetności, ociera się o kwestie ontologiczne, a nade wszystko boli jak diabli, boli czytelnika, który wchodząc w duszną prozę Lowry’ego czy  przekraczając wraz z bohaterem Pilcha oddział dla deliryków, musi zmierzyć się z pytaniem podstawowym i pierwszym: gdzie jest teraz Bóg, deus otiosus apokalipsy, która się właśnie wypełnia? Tego pytania, pytania niezwykle istotnego w kontekście upadku człowieka, pytania o sacrum, czy może o jego brak, Patrycja Pustkowiak w swojej powieści „Nocne zwierzęta” nie postawiła.

       

      Patrycja Pustkowiak, Nocne zwierzęta, WAB, Warszawa 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      piątek, 29 listopada 2013 15:40
  • środa, 27 listopada 2013
    • Tego świata nie da się malować - "Ostatnie rozdanie" Wiesława Myśliwskiego

       

       

       

      Gdyby Ingmar Bergman mógł przeczytać „Ostatnie rozdanie” Wiesława Myśliwskiego, odkryłby w tej powieści pewnego rodzaju powinowactwo z własną twórczością, bowiem dzieła ich obu stanowią o samotności, trudnych relacjach międzyludzkich, przemijaniu i śmierci. Estetyka wspomnienia i refleksji , gęstość prozy, w której niemalże każde zdanie mogłoby być sentencją, to cechy, które charakteryzują pisarstwo Myśliwskiego i filmy Bergmana. W „Ostatnim rozdaniu” Myśliwski dotarł do istoty rzeczy, do logosu, który jest rozumem tego świata, jego myślą. Przemijanie, bo o nim tu mowa, scala to, co przecież tylko pozornie jest od siebie oddalone: początek i koniec. Banalne? Nader oczywiste? Być może, ale to jest właśnie nasz dramat i nasze największe szczęście zarazem, bo  z jednej strony świadomość doczesności  powoduje ból, ból piękny, choć nieraz nie do wytrzymania, z drugiej zaś dobrze wiemy, że nie sposób byłoby żyć wiecznie. Wieczność dobra jest dla bogów, ludzie natomiast powinni nieustannie przemijać. 


      Główny bohater „Ostatniego rozdania” a zarazem narrator tej opowieści to mężczyzna, który postanawia uporządkować swój napęczniały od adresów, sfatygowany i rozsypujący się notes. Staje się to pretekstem do wspomnień i poszukiwań w zakamarkach pamięci konkretnych osób w tym notesie zapisanych. Przegląda on ów niezwykły katalog, zastanawiając się kogo z niego wykreślić, kogo zostawić. Kolejne nazwiska przywołują rozliczne wspomnienia, choć często za nazwiskiem nie kryje się nic, żadne wspomnienie, niekiedy numery telefonów okazują się błędne, nieaktualne.


      Myśliwski po mistrzowsku prowadzi narrację, będącą pochwałą zwykłości i codzienności. Jego bohater w pewnym sensie, od momentu wejścia w dorosłość, kontestuje życie, które toczy się niespiesznie. Nigdy też nie wybiera on najprostszych rozwiązań, ucieka od odpowiedzialności za drugiego człowieka, od wszystkiego co mogłoby wiązać go z kimkolwiek. Cały czas towarzyszy mu świadomość, że wszystko się kiedyś kończy, że każda miłość prędzej czy później prowadzi do rozstania. Odchodzi więc od kolejnych kobiet, znajomych, kochanek, niczego nigdy nie obiecuje, nie nawiązuje głębszych relacji.


      Przekładanie kartek w notesie, uporządkowany alfabetycznie spis, porządek katalogu dają bohaterowi poczucie stałości, będąc jednocześnie zbiorem dawnych nadziei i złudzeń, kłamstw i prawd trudnych do rozróżnienia, związków, które nie uwalniają od samotności. Człowiek jest „bezwolna cząstką konwulsyjnego świata”, której to cząstce podarowano życie. A niech ma! Niech z nim zrobi co chce, co może, choć może niewiele.


      Narrator „Ostatniego rozdania” po kilku latach studiów malarskich rzuca je, ponieważ nie jest w stanie nadal trzymać w ręce pędzla ani postawić kreski. Po powrocie do domu rozpoczyna terminowanie u krawca Radzikowskiego, lecz nigdy niczego nie uszyje. Całymi dniami pruje stare jesionki, garsonki, spodnie, garnitury, którym potem Radzikowski daje nowe życie. Świat nie jest do malowania, świat jest do prucia i zszywania na nowo. Nauka rzemiosła jest żmudna i trudna, lecz nadaje życiu pewien rytm, zakorzenia w codzienności, wypełnia czas, nie wymaga innych działań, lecz i ona dobiega końca. Kolejne zajęcia, będące tak zwanymi interesami, przynoszą mu pieniądze, więc i poczucie bezpieczeństwa w sensie materialnym, ale nie są w stanie uwolnić go od niepokojów egzystencjalnych.


      Wielką namiętnością bohatera Myśliwskiego jest gra w pokera, którego kolejne partie  rozgrywa z szewcem Mateją. Być może najpiękniejszą i jedyną metafizyczną wręcz sceną w powieści jest ta, gdy bohater po latach nieobecności w rodzinnej miejscowości rozgrywa ostatnią partię pokera z nieżyjącym już Mateją. Przysiada wówczas na betonowej płycie, przy grobie szewca, wykłada pieniądze dla jednego i drugiego po równo, rozpoczyna tasowanie, długie i piękne, wręcz popisowe i zaczyna się gra, gra o wygraną, rzecz jasna, gra w pokera ze zmarłym, w towarzystwie śmierci, która okazała się bardziej ludzka niż sam człowiek, która zbliżyła tych dwojga właśnie w owym niezwykłym momencie jak nigdy wcześniej. Ta gra mogłaby być metaforą życia, lecz jest czymś znacznie trudniejszym niż życie. „Urodzić się, umrzeć byle kto potrafi. Lecz czy to jest życie (...)”. Jest w tej scenie tyleż metafizyki i tajemnicy, bólu i rozpaczy, życia i śmierci, że mogłyby one zapełnić niejedną powieść.


      Bohater „Ostatniego rozdania” w młodości związał się z Marią, córką sędziego, którą jako dziewczynkę ze śpiącą lalka na rękach spotkał niegdyś na korytarzu w sądzie. Obraz ten na wiele lat utkwił mu w pamięci. Będąc poczatkującym i dobrze zapowiadającym się malarzem maluje więc jej portret, być może swój jedyny dobry, prawdziwy i wyrażający coś autentycznego obraz. Ich młodzieńcza miłość nie może jednak przetrwać i łatwo się domyślić, że to on odchodzi, wycofuje się, bojąc się ryzyka, będąc przekonanym, że tak jak wszystko inne w życiu, i miłość ma swój kres, więc lepiej odejść wcześniej, nie narażać się na upokorzenia. Przez następne kilkadziesiąt lat Maria jednak pisze do niego listy, w których dokładnie opisuje swoje życie, pracę, związki, starość, zapewniając go jednocześnie o swojej miłości, jedynej jaką przeżyła. On jednak nigdy na żaden list nie odpisuje, nie widzi sensu w  nawiązywaniu tego dialogu, nie chce wracać do przeszłości, ani dawać satysfakcję życiu, które w takich sytuacjach może tylko rozczarować. Ostatni list Marii, list pożegnalny, jest najpiękniejszym a zarazem najsmutniejszym epilogiem tej historii, jaki można sobie wyobrazić.


      „Ostatnie rozdanie” Wiesława Myśliwskiego to niewątpliwie wielka proza, klasyczna powieść i piękny język.  Jest to dzieło wybitne i przejmująco smutne, ale przekornie pomagające żyć, trwać tu i teraz, pokazujące szlachetne oblicze samotności, wychwalające wolność, która jest ucieczką od samego siebie, ze wszelkimi jej konsekwencjami. Życie wśród ludzi a jednocześnie z dala od nich wymaga dramatycznej wręcz odporności na drugiego człowieka i nie jest łatwe. To decyzja podjęta intuicyjnie, to zmaganie się z okrutnym i bezlitosnym losem sam na sam.


       


       

      Wiesław Myśliwski, Ostatnie rozdanie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      środa, 27 listopada 2013 14:32
  • niedziela, 17 listopada 2013
    • Tribute to Julian Tuwim - rozmowa ze Sławomirem Maciasem, liderem zespołu Rambo Jet, o Roku Tuwima

       

       

       

       

      Rozmowa ze Sławomirem Maciasem, perkusistą, liderem zespołu Rambo Jet, dziennikarzem TVP i Radia Łódź,  inicjatorem Roku Tuwimowskiego 


      Beata Januszkiewicz: Na początek może przedstawi Pan zespół, opowie, jak to się stało, że zabraliście się za teksty Tuwima?

       

      Sławomir Macias: Rok Tuwimowski to moja inicjatywa, którą wymyśliłem i o którą zabiegałem. Nagrania do płyty „Tuwim” powstały jeszcze w roku 2011. Rambo Jet jest normalnym rock’n’rollowym zespołem. Przed „Tuwimem” mieliśmy już nagraną jedną płytę. W 2011 roku minęło 100 lat od pierwszego debiutu Juliana Tuwima, bo w jego przypadku możemy mówić o dwóch debiutach. On jeszcze jako dość młody człowiek wydał kilka tekstów w języku esperanto i były to tłumaczenia Leopolda Staffa, którego był wielbicielem. Potem 6 stycznia 1913 roku ukazał się jego oficjalny debiut, już jako poety samodzielnego. Stąd naciski moje, moich kolegów i całej ekipy łódzkiej, aby rok 2013 był Rokiem Tuwimowskim, ze względu na stulecie debiutu i sześćdziesięciolecie śmierci, które będzie 27 grudnia.

      Tuwim poza tym był łodzianinem i moim zdaniem najwybitniejszym polskim poetą, jeśli chodzi o język i nikt mu nie może podskoczyć. Została mu  przyklejona gombrowiczowska gęba. Dlaczego? Po pierwsze wszyscy jesteśmy z Tuwima, jak to ktoś kiedyś powiedział, ponieważ na tych wierszach się wychowalismy, natomiast wiele osób zapomniało, że poza tymi kilkudziesięcioma wierszami dla dzieci, Tuwim napisał jeszcze pięćset tekstów.

      Na płytę wybrałem, oprócz kilku oczywistych rzeczy, które tam musiały się znaleźć, kilka tekstów prospołecznych, trochę anarchizujących, takich, które mogłyby komentować rzeczywistość, ponieważ wojna pomiędzy „Wiadomościami Literackimi” a pismami endeckimi bardzo przypomina to, co dzieje się współcześnie i okazuje się, że po 80 latach teksty te są nadal aktualne. Świadczy to o tym, jak bardzo żałosny jest kraj, w którym żyjemy i w jakiej kondycji jest nasze społeczeństwo, do czego może doprowadzić brak obywatelskości. Płyta ma więc też kontekst społeczno-polityczny. W wierszu „Raport” jest mowa o cenzurze  i próbie wpływania na rzeczywistość. Mamy to dziś właściwie na każdym kroku, szczególnie ze strony środowisk endecko–katolickich, czy narodowo–socjalistycznych, które są w Polsce coraz silniejsze, co z przerażeniem stwierdzam.

      Poza tym Tuwim był geniuszem. Chcieliśmy przypomnieć Tuwima dorosłego i stworzyć z niego jakąś markę promocyjną dla  miasta, ponieważ niewiele osób wie, że Tuwim tak naprawdę był  poetą łódzkim. On dosyć wcześniej wyjechał do Warszawy na studia. Chcieliśmy trochę przypomnieć Polsce Łódź.

       

       

      Kilkadziesiąt lat od ich powstania, teksty Tuwima nie tracą na znaczeniu, są wyrazem niesamowitego buntu i sprzeciwu wobec rzeczywistości. Jak Pan myśli, czy dziś do młodych ludzi taki przekaz dociera? Dziś, kiedy mało komu chce się buntować, ponieważ żyjemy dość wygodnie.

       

       

      To prawda. Ale z drugiej strony proszę zauważyć, że Polacy są wkurzeni. To się objawia przede wszystkim w  bardzo negatywnym stosunku do klasy politycznej, bez względu na poglądy. Poza tym w tej chwili jest dość interesujący moment z punktu widzenia socjologii kultury, gdzie zostaliśmy zalani totalnym potokiem gówna kulturalnego, w dużym cudzysłowie oczywiście. Większość młodych ludzi zajmuje się koniunkturalizmem i próbą znalezienia pieniędzy na życie w jakikolwiek sposób. Jest jednak pewna frustracja podskórna. Do inteligentnych młodych ludzi, w których wierzę z natury, nawet jak udają w tej chwili narodowców i nazistów, dociera, że rzeczywistość jest pewnego rodzaju oszustwem i kreacją przede wszystkim koncernów, ludzi, którzy zajmują się sprzedawaniem informacji i sprzedawaniem miałkiej kultury, po to, aby wyciągać od nas pieniądze i łatwiej sterować społeczeństwem. Myślę, że dociera to do coraz większej grupy ludzi. Rock’n’roll to była zawsze muzyka związana z głębokim poczuciem wolności, jakkolwiek była ona rozumiana i czasami nawet głupio, na przykład w związku z narkotykami. Od tworzenia pewnego zdrowego chaosu, od tego, aby kopać w kostkę są moim zdaniem artyści. Teksty Tuwima  i muzyka rockowa nadają się do tego znakomicie. My w to wierzymy, jakkolwiek naiwnie, mimo, że jesteśmy starymi dziadami a nie 15 latkami, którzy wręcz powinni się buntować...

       

       


      Rzeczywiście, nieco naiwna to wiara.

       

      Ale z drugiej strony kto ma to robić?

       

      Zgadzam się. Artysta. Mnie boli jednak najbardziej to, że dziś nikomu nie chce się dyskutować. Wiersze Tuwima są niekiedy obrazoburcze, burzycielskie, wyrażają sprzeciw wobec ograniczeniom wolności w sztuce, w mediach. Dziś nikomu nie chce się rozmawiać, wykłócać o sztukę, nie ma dialogu, nie ma żadnych sporów. Nowe albumy artystów rock’n’rollowych przechodzą bez echa, podobnie jest z literaturą, a poezji to już w ogóle nikt nie czyta, więc i nie dyskutuje o niej. Jesteśmy ubożsi intelektualnie, leniwi, nie mamy nic do powiedzenia?

       

      Ależ jest spór – o pieprzoną brzozę! Sztuka, cytując Marksa, jest jednak nadbudową. Nie rozmawiamy o sprawach, które są istotne, o tym, że nastąpiło całkowite zatomizowanie społeczeństwa, zniknęły klasy społeczne, właściwie mamy dziś tylko dwie takie klasy: tych, którzy mają pieniądze  i tych, którzy ich nie mają. Nie ma czegoś takiego jak inteligencja, nie ma klasy robotniczej, bo to wszystko tak się wymieszało i zatomizowało, że właściwie staliśmy się wyłącznie społeczeństwem konsumentów. I to jest sytuacja, która jest moim zdaniem nie do przyjęcia, bo to prowadzi tak naprawdę do ograniczenia wolności  i niszczenia społeczeństwa obywatelskiego. Można to zastąpić obrazem wielkiego jelita, w które wpycha się wszystko, aby się przetrawiło, a na końcu są pieniądze. Wydaje mi się, że jeśli chociaż parę osób, dzięki naszej działalności, zostanie zarażonych myśleniem, to będzie to już duży sukces.

       

      Chcecie zabrać głos w sprawie?

       

      Tak, ale jesteśmy też muzykami. Gramy piosenki, przy których można potańczyć, pomyśleć, powygłupiać się, ale też trochę pobuntować. Nie będę miał nic przeciwko temu, jak przy tej okazji zostaną spłodzone dzieci, ani nie będę miał nic przeciwko temu, jak ktoś rzuci butelką z benzyną, bo to jest wolność, ale każdy powinien znać konsekwencje swoich czynów. Jednak najpierw musi być wolność wewnętrzna, aby mieć świadomość tego, co się dzieje na świecie. Mam wrażenie, że wszyscy teraz pospuszczali nosy na kwintę z różnych powodów. Nie uczymy młodych ludzi swobody myślenia, tylko staramy się to wszystko olać.

       

      System nas upupił.

       

      Taka jest prawda. System nauczania w Polsce jest kompletnie żałosny i antykreatywny. To nie jest kwestia nauczycieli, bo są dobrzy i źli, jak w każdej grupie zawodowej. U nas nie wspiera się elity intelektualnej wśród uczniów, stara się ich raczej przycinać. Zawsze tak było i nadal tak jest. Sztuka, która będzie miała przesłanie społeczne, zawsze będzie niebezpieczna. Wydaj mi się, że wspomniane już kopanie w kostkę jest najlepszym rozwiązaniem, bo więcej nie można zrobić. No można jeszcze wzywać ludzi, aby wzięli butelki z benzyną i zaczęli palić komitety, ale ja jestem zdania, tak jak swojego czasu Jacek Kuroń, że po prostu trzeba robić swoje, swoją sztukę, swoją kulturę, nawet jeśli ona będzie bardzo alternatywna. To jest jedyne rozwiązanie, żeby się wyrwać z ogólnego marazmu. Będzie to niestety dotyczyło zawsze niewielkich grup ludzi, ale lepiej mieć 5 procent świadomych obywateli niż nic.  I jeszcze jedno, Tuwim był człowiekiem z krwi i kości, lubił kobiety, szaleństwa, używki, był gwiazdą, rozrabiaką i intelektualistą. To nie spiżowy pomnik, to ktoś taki jak każdy z nas, tylko, że wybitny twórca.

       

       



      Powróćmy do Tuwima. Które jego wiersze są Panu, Zespołowi najbliższe, te które mają wydźwięk społeczny i polityczny, czy  może te bardziej liryczne?

       

      Owszem, ważne są dla nas wiersze Tuwima o wydźwięku społecznym, politycznym,     ale nie tylko. Pisał on również przepiękne wiersze o miłości, bardzo je sobie cenimy,          ale       Tuwim tworzył też teksty metafizyczne. Bardzo lubimy utwór pt. „Ci, którzy nie   wiedzą”, który może być bardzo fajny dla każdego właściwie człowieka, młodego,   starego, grubego, chudego, łysego, aby pomyślał sobie, kim jest. Jest też wiersz       „Zacisnąć pięści, zaciąć zęby”, napisany w tradycji mickiewiczowsko-słowackiej,           który wyraża bunt wobec Boga. Ja jestem na przykład ateistą kompletnym, ale w   zespole mamy katolika, buddystę, agnostyka i pomimo tych odrębności te teksty trafiają do        każdego z nas. Jesteśmy bardzo zróżnicowani w środku, jako Rambo        Jet, ale            uznaliśmy, że jedyną cechą wspólną każdej żyjącej istoty jest       cierpienie i jeżeli się z   tego punktu widzenia wychodzi, to dla jednych        odpowiedzią na różne pytania      dotyczące kwestii egzystencjalnych będzie Bóg,     dla innych humanizm. Przez tą         różnorodność możemy tworzyć wspólne           wartości. Nie zapominamy jednak w tym     wszystkim, że jesteśmy też trochę takimi        rock’n’rollowymi chuliganami.

       

      Ale pewnie też trochę romantykami...

       

      Tak, jedno drugiemu nie przeszkadza absolutnie.

       

      Rok Tuwima powoli mija, mieliście z pewnością dużo pracy. Z perspektywy  mijającego roku celebrowania twórczości łódzkiego poety, jak oceniacie ten czas...

       

      Dosyć kiepsko. W Łodzi udało się zrobić rzeczywiście parę intersujących wydarzeń. Natomiast tak naprawdę to jest to, o czym rozmawialiśmy wcześniej: ludzie nie są zainteresowani robieniem rewolty. Lepiej zrobić laurkę, lepiej zrobić kolejny konkurs recytatorski, zorganizować czytanie „Lokomotywy”, swoją drogą genialnego utworu.     Jestem jednak przekonany, że po tym Roku Tuwimowskim za dużo nie zostanie.  Trochę będzie do przodu, oczywiście, ale niewiele.

       

      Jak dużo rzeczy nie zostało zrobionych?

       

      Nie ma nadal pełnego wydania dzieł Tuwima. Obawiam się, że jeszcze długo nie            będzie. To jest dość spora zaległość. Poza tym mam wrażenie, że poza naszą płytą,    to nie za wiele rzeczy się ukazało. Ale skoro minister Zdrojewski daje na Rok       Lutosławskiego 16 milionów złotych, a na Tuwima 800 tysięcy na całą Polskę, to jest to właściwie odpowiedź na pytanie dotyczące przyczyn takiego właśnie stanu rzeczy.  

       

       Jestem nauczycielką i nie mogłabym nie zadać pytania, dlaczego Julin Tuwim wielkim poetą był?

       

      Największy znawca języka polskiego w historii i myślę, że jest to bardzo łatwe do udowodnienia, ze względu na zasób słownictwa, jakiego używał. To widać w jego    wierszach, powiedzonkach, żarcikach. Poza tym olbrzymia ilość tekstów i co   najważniejsze, u niego właściwie nie ma słabych rzeczy  i każdy krytyk literacki jest w stanie to potwierdzić, nawet jeśli go nie lubi ze względów politycznych. Poza tym   Tuwim potrafił pisać w sposób bardzo prosty, jednocześnie zawierać w tych      wierszach wiele głębokich rzeczy, które można odczytywać na wielu poziomach.     Tuwim był człowiekiem bardzo schorowanym i rozbitym psychicznie pod koniec życia. Przy jego okazji można też sporo rozmawiać o uwikłaniu artystów w komunizm, gdyż    był jednym z wielu polskich poetów tak głęboko w to zaangażowanych po wojnie,        wykorzystywanym zresztą  propagandowo przez państwo, ale jednocześnie potrafił    się stanowczo przeciwstawić Bierutowi. Tuwim też uratował życie żołnierzy         Narodowych Sił Zbrojnych, chodzi tu o konkretne życia, kilku lub kilkunastu osób, mówi się o tej liczbie różnie. Poza tym do roku 1945 Tuwim napisał sześćset      utworów, a po ’45 tylko dwanaście. Świadczy to o tym, że po wojnie wybrał milczenie. Napisał tylko jeden żałosny tekst o Stalinie, inni napisali ich mnóstwo. Ostatni wiersz napisany na serwetce w Zakopanem na dwie godziny przed śmiercią brzmiał mniej       więcej tak ,,zgaście światło wiekuiste jeśliby miało mi kiedykolwiek zaświecić’’ -  smutne.


      Bardzo dziękuję za rozmowę.


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 listopada 2013 17:09
  • niedziela, 27 października 2013
    • Prawdziwe życie jest na prowincji - "Nie ma ekspresów przy żółtych drogach" Andrzeja Stasiuka

       

       

       

      Niewielu jest w tym kraju pisarzy, którzy opuścili centrum życia i przenieśli się na peryferie, by właśnie stamtąd mieć lepszy widok, ciekawszą pespektywę na to, co już w naszym życiu się wydarzyło i co dopiero ma się wydarzyć.  Przeszłość, teraźniejszość  i przyszłość w minireportażach, felietonach i esejach Andrzeja Stasiuka zawartych w jego najnowszej książce „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” (publikowanych wcześniej przez „Dwutygodnik.com”, „Tygodnik Powszechny” i włoski L’Espresso”)  po raz kolejny służą Autorowi do snucia refleksji nad kondycją człowieka żyjącego w XXI wieku, lecz mentalnie bardzo często tkwiącego w rzeczywistości minionej, z którą nie sposób niekiedy się rozstać, która nie odchodzi, mimo upływu czasu.

       

      Andrzej Stasiuk jak zwykle w bardzo subtelny sposób prowadzi dialog ze śmiercią, którą przesiąknięte jest nasze życie, wrzyna się w nią pomarszczoną nieco myślą, która tak szlachetnie mogła dojrzeć tylko tam, z dala od szaleńczo pędzącego przed siebie „tu i teraz”. Im bliżej Stasiuk jest śmierci, tym bardziej dotyka życia. Myśli o niej, gdy świat wydaje jedno ze swoich ostatnich tchnień, gdy jeszcze ciepłe powietrze, zaczyna powoli pachnieć wysychającymi liśćmi, właśnie wtedy, na przełomie pór roku, gdy „nigdy nie przychodzi łatwiej zgodzić się na śmierć niż w karnawale jesieni”. Myśli o niej również w środku gorącego lata, wędrując po swojej okolicy, po Beskidzie Niskim, „krainie duchów”, „kosmopolitycznej republice cmentarzy”.

       

      Osobliwym dość, wydawałoby się, hobby Andrzeja Stasiuka jest podróżowanie po obozach zagłady. Death camp tour, który uprawia Stasiuk jest pielgrzymką wiodącą przez drogę pomiędzy „gęsimi wygonami, drewnem i słomą”, ale jest to „jazda na wskroś rzeczy i zdarzeń najważniejszych”, jazda przez apokalipsę. Dwudziestowieczny armagedon miał miejsce wzdłuż drogi numer 816, w Polsce powiatowej,  gdzie z dala od centrum próbowano wyhodować nowy typ człowieka.

       

      Andrzej Stasiuk przemierza południowo – wschodnią Europę, środkowo—wschodnią Azję, docierając tam, gdzie niekiedy nasza myśl nie dociera, „jedzie w głąb pejzażu, a jednocześnie w głąb czasu”, dotyka spękanego betonu odległych, wiecznie komunistycznych państw, chłonąc brzydotę krajobrazu, nie mogąc oderwać od niego wzroku, opowiada o miejscach, ludziach i jest w tym sens, jest w tym życie, zrozumienie innego, zrozumienie siebie. (Bo ja nie ma wątpliwości, że Andrzej Stasiuk robi to wyłącznie dla samego siebie, tylko wtedy nasze działanie ma sens, gdy jest dla samego siebie podejmowane.) Pokazuje nam człowieka w wielkiej przestrzeni, na tle monumentalnej przyrody, ale też jako nieudacznego konstruktora świata, swoimi budowlami szpecącego to, co zostało mu dane pod zastaw. Portretuje narodziny, śmierć, samotność, szpetotę – a w tym wszystkim najważniejsze jest życie, podróż przez pamięć i dostrzeżenie ludzkiej małości.

       

      Stasiuka wędrówka po bezludziu służy odkrywaniu jego piękna, na przekór wypełniającej go brzydoty. Przemierzanie terenów oddalonych od zachodnio-europejskiej obszaru kulturowego pomaga pochylić się nad upadkiem jednej z największych utopii XX wieku, utopii, która zalała betonem stary świat, lecz nie wybudowała nic nowego. Innym razem, stojąc na frankfurckim lotnisku, obserwując podróżnych wprowadzonych w zakupowy trans przez dźwięk kasowanych towarów w duty - free , Stasiuk zadaje pytanie o przeznaczenie narodów i cywilizacji. Ciągle jest w drodze, podąża śladami, których nikt już nie zauważa, opowiada o człowieku współczesnym, pielgrzymującym do licheńskiej bazyliki, której złota kopuła straciła nieco blask, ale i on sam się zużył, zmarniał, zjałowiał.

       

      W tym chorym świecie, przed opętaniem nowoczesnością, przeradzającą się, jakże często, w chaotyczną walkę człowieka o poszerzanie swoich wpływów, uratować nas może jedynie myśl, refleksja zawierająca w sobie, melancholię,  oczyszczający smutek, który jest, jak pisał niegdyś Władysław Jabłonowski, „zdrowiem wyższego rzędu”. Świat, który Stasiuk przedstawił w zbiorze swoich esejów, zdaje się zmierzać ku katastrofie, katastrofie, która okalecza człowieka przez pozbawienie go wartościowych cech. Coraz więcej posiadamy, coraz mniej tak naprawdę znaczymy, stajemy się nikim wobec wielkiej idei życia. Przywiązani do materii, jak barbarzyńcy, nie dostrzegamy zagrożenia. Boimy się śmierci, kurczowo trzymając się życia, za życie uważając wszystko to, co materialne.

       

      Andrzej Stasiuk, Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, Wydawnictwo CZarne, Wołowiec 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 października 2013 16:39
  • wtorek, 22 października 2013
    • Światowa dusza z pęknięciem - rozmowa Agnieszki Drotkiewiczz Dorotą Masłowską

       

       

      Dorota Masłowska po dziesięciu latach od swojego spektakularnego debiutu zasiadła wraz z Agnieszką Drotkiewicz do rozmowy, rozmowy o życiu, kulturze, społeczeństwie, zawodzie pisarza, jedzeniu i polityce. Myślę, że przez ten czas Autorka „Pawia królowej” dojrzała, nabrała dystansu do świata, a nade wszystko do tego co wydarzyło się po napisaniu przez nią „Wojny polsko – ruskiej...”. Jednak po przeczytaniu „Duszy światowej” nie mogę się pozbyć wrażenia, że na takie wydawnictwo  jest nieco za wcześnie. Jestem przekonana, że za kolejne dziesięć lat, gdy Agnieszka Drotkiewicz i Dorota Masłowska sięgną do swojej wspólnej książki, jeśli tego głośno nie powiedzą, to przynajmniej pomyślą, że wiele treści, które tam się znalazło, można było po prostu pominąć. Niemniej jednak jest to pozycja ciekawa, którą miejscami należałoby przedrukowywać, bo zawiera w sobie boleśnie trafną diagnozę rzeczywistości.

       

      Jednym z głównych bohaterów ostatniej powieści Masłowskiej jest miasto, kolejna ważna przestrzeń po morzu, z którym Masłowska czuje się związana wręcz karmicznie. „Miasto to źródło cierpień” – mówi, dodając zaraz, że mimo to, na stałe nie byłaby w stanie mieszkać poza miastem. Blokowisko, człowiek przy człowieku, życie przy życiu, los przy losie to często istota egzystencji wielu z nas. Ja również całe swoje życie mieszkałam w bloku, który stał między innymi blokami, tak że mogłam swobodnie spoglądać w okna sąsiadów. Wiedziałam, jak mają urządzone pokoje, co oglądają w telewizji, obserwowałam całą tę krzątaninę, ba, nawet miałam znajomych w tych oknach – inne dzieci z taką sama ciekawością jak ja obserwujące cudze domy. Nigdy żadnego z nich nie spotkałam w piaskownicy, czy na trzepaku - bez ram okiennych i tła z firanki były nierozpoznawalne. To co niegdyś nazywało się niewinną ciekawością dziecka, dziś jest podglądactwem, a wersji dla dorosłych kontrolą społeczną, inwigilacją. Ze strachu przed innymi uciekamy za ogrodzenia naszych strzeżonych osiedli, poczciwe firanki zastępując roletami. Ale społeczeństwo polskie jest schizofreniczne. Z jednej strony nie pozwala nikomu obcemu wejść na swoje osiedle, z drugiej zaś udostępnia całe swoje prywatne życie na Facebooku.


      Jedna z ważniejszych myśli wypowiedzianych przez Masłowską w „Duszy światowej” dotyczy właśnie aktywności współczesnego człowieka na Facebooku, ale i jego zaangażowania we współczesne technologie.  


      „Mam ciągle nokię 123, z ekranem, na którym już prawie nic nie widać. Hmm, wydaje się, że w tej chwili jest to jedyna taktyka, jaką można obrać, że niebycie na Facebooku, nieposiadanie iPhona to jest potencjał, inwestycja. Także w tym sensie, że możemy przewidzieć, co stanie się z tymi wszystkimi danymi, które tłoczymy do systemu. Nie zdajemy sobie sprawy, jakie to niesie za sobą zagrożenia. Kojarzy mi się to z 1984 Orwella – kiedyś płacono ludziom, żeby szpiegowali innych, a teraz ludzie dobrowolnie szpiegują sami siebie, dobrowolnie komentują każdy swój krok”.


      Ludzie popadli w jakiś obłęd, odłączeni od sieci nie są w stanie normalnie funkcjonować, a ta sieć to nic innego jak tylko pułapka. Jesteśmy stale on-line, w pracy, w domu, na wakacjach. Jakiś czas temu brytyjski „The Sun” opublikował artykuł o tym, jak człowiek będzie wyglądał za tysiąc lat: długie ręce i nogi, wyłupiaste oczy i bardzo mały mózg. No właśnie, otóż ten niewielki mózg nie będzie nam po prostu do niczego potrzebny, ponieważ wszystkie procesy myślowe będą wykonywały za nas komputery.


      Polityka. To jest w zasadzie temat, którego pisarz powinien wystrzegać się jak ognia. Niestety, próby upolityczniania literatury polskiej w ostatnich latach można mnożyć. Mam wrażenie, że doświadczamy wielkiego powrotu powieści tendencyjnej. Prawica wydaje swoje współczesne produkcyjniaki autorstwa pisarzy niepokornych, lewica natomiast walczy z polityczną poprawnością za pomocą „pozorów politycznej niepoprawności”. Masłowska ma świadomość, że pisarstwo zaangażowane to pisanie schematami, gdzie nie ma miejsca na twórczość, na sztukę, na wyrażenie swojej myśli, na „rozpatrywanie różnych pespektyw” i sprzeciwia się tej współczesnej tendencyjności. Ucieczka od polityki to jedyna słuszna droga Pani Doroto, nie należy dać się omamić, ani tym z prawa, ani tym z lewa.

       

      Spora część książki, żeby nie powiedzieć zbyt spora, dotyczy kwestii jedzenia, ale jedzenia, które w jakiś sposób odzwierciedla zmiany społeczne zaistniałe w naszym kraju na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. W rozdziałach tych Masłowska opowiada o swojej fascynacji kulinariami, gotowaniem, a w szczególności pismem... „Przyślij przepis” (sama pisuje do „Zwierciadła” felietony poświęcone jedzeniu). Otóż pismo to będące całkowitym przeciwieństwem  bardzo modnych dziś magazynów kulinarnych lansujących potrawy typu spanakopita czy chaczapuri, które polskiej gospodyni domowej nawet się nie śniły, nadal tkwi w odległej, wydawałoby się, epoce wyrobów wszystkopodobnych. Tak więc Masłowska zachwyca się i rozpływa nad „pomysłowym deserem na niedzielę”, „ślepym jajkiem” czy „parówkami w cieście”. Słusznie zauważa przy tym, że jedzenie jest dziś aktem statusu społecznego. Historia gotowania to nic innego jak historia ludzkości, której towarzyszą zbyt szybo zmieniające się mody.  Przy tej okazji sprzeciwia się wszelkim przymusom, tak zwanym must have’om, przyznając się do nieczytania tego, co właśnie się czyta w modnych i podążających za trendami kręgach, niesłuchania płyt, które należy znać i niejeżdżenia na letnie festiwale, na których trzeba być. Świadomie, z premedytacją i w porozumieniu z samą sobą rezygnuje z funkcjonowania w tak zwanym mainstreamie – jako twórca i odbiorca kultury. Konsumpcja kultury niewiele różni się od każdej innej konsumpcji  - niezdrowe i kompulsywne pochłanianie wszystkiego co się ukazuje na tym rynku nie służy niczemu dobremu, jest nie do strawienia.

       

      Rozmowa Agnieszki Drotkiewicz z Dorotą Masłowską pokazuje zdystansowanie tak naprawdę obu pisarek wobec otaczającej je rzeczywistości, zmieniających się mód i trendów. Najważniejsza jest tam jednak dusza – światowa dusza Doroty Masłowskiej, cały czas dojrzewająca, lekko już spokorniała, lecz nie łagodna, odmieniona, ale nie inna, bo cały czas idąca pod prąd,z niedużym pęknięciem, wzywająca do nieposłuszeństwa wobec napastliwej współczesności, rzucająca wyzwanie sobie i światu. I nie ma w tym żadnego skandalu, żadnej prowokacji, jest za to mądrość.

       

      Dusza światowa, z Dorotą Masłowską rozmawia Agnieszka Drotkiewicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 października 2013 12:17
  • sobota, 19 października 2013
    • Futbol jest okrutny, ale życie bez niego jest nie do zniesienia - piękna opowieść o piłce Michała Okońskiego

       

       

      „To jest we mnie przez cały czas, szuka ujścia” – tak Nick Hornby rozpoczyna swoją książkę pt. „Futbolowa gorączka”, w której opisuje fascynację piłką nożną, a nade wszystko bezgraniczną, szaloną  i bezwarunkową miłość do Arsenalu Londyn, młodość spędzoną na Highbury, gdzie do 2006 roku londyńska drużyna rozgrywała swoje mecze. Książka Horby’ego jest pozycją obowiązkową dla każdego kibica piłkarskiego bez względu na sympatie klubowe. W „Futbolowej gorączce” jest wszystko to, czego nie rozumie przeciętny człowiek omijający piłkarskie stadiony szerokim łukiem, przełączający kanał telewizyjny, gdy tylko nadawana jest transmisja jakiegoś meczu, dla którego nie istnieją dodatki sportowe do gazet codziennych, nie wspominając już o tytułach stricte sportowych.


      Słowa Nicka Hornby’ego zawierają w sobie dużo prawdy, bo fanatycznego kibica futbolowa gorączka trawi nieustannie, głęboko w nim siedzi emocja, która szuka ujścia i może uwolnić ją tylko mecz. W takim samym tonie o miłości do piłki wypowiada się  Michał Okoński, kibic Cracovii i Tottenhamu, felietonista Tygodnika Powszechnego, dziennikarz, trochę szaleniec, który pisze o piłce nożnej jako o zjawisku pięknym, niemalże nadprzyrodzonym, ale namacalnym, wywołującym skrajne emocje, potrafiącym ludzi jednoczyć, ale i dzielić. Imponująca ilość obejrzanych przez Autora meczy, recytowanie wyników, znajomość składów drużyn, historie klubów to atuty tej książki, ale nade wszystko czyta się to doskonale dzięki miłości, beznadziejnego wręcz uczucia do futbolu.  


      Michał Okoński,  podobnie jak Hornby, udowadnia, że od piłki nożnej jest uzależniony i, rzecz jasna, nie zamierza z tym uzależnieniem walczyć, ba, pielęgnuje je w sobie, bo to obsesjonista  i maniak, ale przede wszystkim znawca tematu. Michał Okoński pisze o futbolu mając świadomość, że jest to sport – pasja, który daje wiele radości, ale i bólu, rozczarowań, zarówno piłkarzom, jak i kibicom, hmm, głównie kibicom...


      Tak, futbol jest okrutny, ponieważ okrutny jest bóg futbolu, który umiłował sobie ostatnie minuty meczu, by wielokrotnie udowadniać, że wynik 3:0 na dziesięć minut przed końcem meczu dla ukochanej drużyny, to nie jest wynik ostateczny, bo nawet taki mecz może skończyć się zwycięstwem naszego przeciwnika, który w ekspresowym tempie potrafi odrobić straty, zdobyć przewagę i bezlitośnie pogrzebać nasze marzenia o zwycięstwie.


      Futbol jest okrutny, ponieważ dziś bardziej niż kibiców światowe władze piłki nożnej cenią sponsorów, dla których mecz nie jest emocjonującym wydarzeniem, ba, życiem całym, tylko kolejną transakcją biznesową. Okoński przeciwstawia wyrachowanym biznesmenom romantycznych szaleńców tłukących się za swoją drużyną przez pół Europy, aby móc obejrzeć ich kolejne arcyważne rozgrywki. Innym razem natomiast cytuje słowa obrońcy swojego ukochanego Tottenhamu Benoit’a Assou – Ekott’a, który bez uczucia zażenowania przyznaje „Tak jest, gram dla forsy (...) Wszyscy to robimy, a ci, którzy mówią, że jest inaczej, są hipokrytami. Lubię, owszem, grać w piłkę z przyjaciółmi we Francji, ale tutaj?” Dla większości piłkarzy granie w kolejnym klubie to po prostu praca, kontrakt, za którym mają iść satysfakcjonujące ich pieniądze.

       

      Ale futbol jest okrutny również dlatego, że i życie piłkarza bywa okrutne, szczególnie po zakończeniu kariery, kiedy kończy się ostatni mecz i zaczyna się prawdziwe życie, do którego wielu z nich nie jest przygotowanych. Jeśli piłkarz jeszcze podczas aktywnego grania nie zatroszczy się o to, co będzie robił po zejściu z boiska, może czekać go samotność, poczucie klęski, depresja.


      Futbol jest okrutny, bo to wyrok dożywotni, skazujący, dość często, na bezsensowną miłość do końca życia do przeważnie przegrywającej najważniejsze mecze drużyny, bo tych nieustannie wygrywających na całym świecie jest zaledwie kilka. Statystyczny kibic piłkarski to niestety człowiek niespełniony, sfrustrowany, przeżywający na okrągło porażki swojego zespołu. Okoński dramatycznie podkreśla, że na świecie, w którym próżno szukać czegoś stałego, pewnego, jedna rzecz jest niezmienna  i ma znamiona sakramentalnego zobowiązania – to miłość do tej jedynej drużyny piłkarskiej, której ostatecznie wybacza się wiele, żeby nie powiedzieć wszystko.


      Można by pomyśleć, że Michał Okoński nienawidzi futbolu, bo ten przynosi tylko ból i cierpienie, satysfakcji kibic ma jak na lekarstwo, częściej doświadcza frustracji, chyba że jest kibicem Barcelony. No tak, nie jest trudno kochać taki klub jak FC Barcelona i nosić nazwisko Messi na koszulce, mieszkając w kraju oddalonym od Katalonii niemalże dwa tysiące kilometrów. Co innego kochać klub, który specjalizuje się w przegrywaniu i jest mistrzem straconych szans. To jest miłość prawdziwa. I piękna. Choć czasami głupia i żałosna. Ale ja od dawna powtarzam, że miłość to jednak prędzej czy później upokorzenie.


      Nick Hornby, opisując swoje liczne rozczarowania, których doświadcza jako kibic Arsenalu i kibic w ogóle, pod koniec książki decyduje się na wyznanie, w tym kontekście niemalże szokujące, otóż: „piłka nożna jest cudownym sportem”. Ten dreszczyk emocji, gdy pada gol, tempo gry, jej nieprzewidywalność czynią futbol doświadczeniem niemalże mistycznym, szczególnie gdy się wierzy w boga futbolu. Michał Okoński, podobnie jak Hornby zapewnia nas w pewnym momencie, że  „piłka nożna to piękny sport, w którym (...) każde spotkanie jest niepowtarzalne”. Przy tej okazji przywołuje słowa Jerzego Pilcha, mówiącego, że ten „kto nie zna uczucia, jakie ogarnia jestestwo ludzkie, gdy piłka siądzie na podbiciu i po chwili zatrzepocze w siatce obok rozpaczliwie interweniującego bramkarza, ten może i jest człowiekiem. Ale częściowym”.


      Michał Okoński przytacza w swojej książce słowa jeszcze jednego wielkiego pisarza i kibica, Alberta Camus’a, który w swoim eseju napisanym tuż po otrzymaniu Nagrody Nobla mówi: „Prawda jest bowiem taka, że po tych wszystkich latach najróżniejszych życiowych doświadczeń mogę powiedzieć jedno: to, co na dłuższą metę wiem na temat moralności oraz obowiązków człowieka, zawdzięczam sportowi”. Camus miał to szczęście, że futbol i sport  w ogóle, w jego czasach miały zupełnie inny wymiar, nie były zepsute przez pieniądze wielkich biznesmenów, którzy dla zabawy, zabicia nudy i lansu kupują dziś sobie kluby, w których rządzą i dzielą, mając przy tym znikomą wiedzę na temat futbolu.


      Miłość do piłki nożnej, z racji swojego piękna i okrucieństwa, to miłość toksyczna, ale nie wszyscy chcą żyć inaczej. To w pewnym sensie wybór świadomy, choć świadomość nieco zaburzający. W tej miłości jest wszystko: życie, przemijanie, śmierć, niepowtarzalność, emocje, smak sukcesu, porażki, ale o rozstaniu nie ma mowy.

       

      Michał Okoński, Futbol jest okrutny, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      sobota, 19 października 2013 21:15
  • środa, 25 września 2013
    • Bękarty postmodernizmu ratują świat – „Noc żywych Żydów” Igora Ostachowicza

       

       


      W tej książce wszystko jest groteską, przerysowaniem, kpiną z konwencji, począwszy od tytułu, okładki, skończywszy na samej scenie kulminacyjnej. „Noc żywych Żydów” Igora Ostachowicza to powieść co najmniej dziwna, żeby nie powiedzieć dziwaczna, jak na naszą literacką powściągliwość. Ale czy jest to dzieło wybitne w swojej karykaturalności? Nie wiem. Mam wątpliwości. Zewsząd dochodzą do mnie peany zachwytu nad tą książką, bo w końcu ktoś poluzował, poruszając jednocześnie temat ważki, ba, wręcz fundamentalny dla zrozumienia trudnej, smutnej i tragicznej historii Polski, która do tej pory w literaturze funkcjonowała niemalże wyłącznie w kontekście improwizacyjnych konwulsji nieszczęsnego Konrada.

       

      Główny bohater „Nocy żywych Żydów”, którego imienia nie znamy, ale nie jego imię jest tu ważne, to everyman dzisiejszych czasów, człowiek młody, wykształcony, choć pracujący jako glazurnik (bo praca intelektualna nie popłaca), luzak, cynik, egoista, trochę taki wielkomiejski prymityw. Wraz ze swoją dziewczyną Chudą, mieszka na warszawskim Muranowie, wielkim cmentarzysku, gdzie pod gruzami getta zginęło tysiące Żydów.   Akcja powieści zawiązuje się w momencie, gdy główny bohater wchodzi dość przypadkowo w posiadanie tajemniczego talizmanu, jakim jest srebrne serce, artefakt broniący Żydów przed złem, zaginiony przed wojną. Talizman chcą odzyskać martwi, ale żywi, czyli zombie-Żydzi, którzy nagle wychodzą z ciemnej otchłani przez dziurę w piwnicy naszego bohatera. Srebrne serce jest również przedmiotem pożądania bandy nazioli, tępawych typków będących wcieleniem zła, z Kimś Złym na czele. Ktoś Zły dość szybko przeistacza się w Zupełnie Złego, a owa metamorfoza jest przemianą wręcz dosłowną, bo wyrastają mu rogi, palce u stóp zrastają się, paznokcie twardnieją w kopyta. Celem neofaszystów jest ratowanie Ojczyzny –  Żywej Polski przed krypto–Żydami, którzy niespodziewanie pojawili się w Warszawie i wraz z, jak dotąd lekko zblazowanym i obojętnym na wszystko glazurnikiem, ortodoksyjnym wyznawcą idei „niewpierdlania się”, uciekającym przed wszelkimi problemami społecznymi,  kręcą się po Centrum Handlowym Arkadia. Arkadia jest rzec jasna miejscem nieprzypadkowym i kluczowym dla zrozumienia idei powieści. Stoi ona bowiem w miejscu skąd odchodziły transporty do Treblinki. Żydzi–zombie znajdują tam jednak namiastkę szczęścia, pewnego rodzaju beztroski i zabawy, których przecież nie mogli zaznać w czasie wojny. Buszują więc po sklepach, wywołując przy tym niezłe zamieszanie, niekiedy gubią ręce, bowiem to żywe trupy, nieco nadgniłe, czasami bez oka, tudzież bez połowy twarzy. Ich przewodnikiem i opiekunem jest bohater powieści, uwikłany dodatkowo w konflikt natury damsko – męskiej, miotający się między swoją dziewczyna Chudą, a kobietą z Podbitym Okiem, przypadkową kochanką, która w tej całej zawierusze zaczyna pomieszkiwać u niego w domu ze swoim ledwo żywym dziadkiem. W pewnym momencie okazuje się, że zapomina on o swojej dotychczasowej obojętności, zaczyna się angażować. Z nihilisty moralnego, który przyjmuje świat takim jaki jest, oby nie był gorszy, oby on sam miał święty spokój, oby nie wymagano od niego rozstrzygania żadnych kwestii aksjologicznych, przeistacza się w głównego dowodzącego neo-Żegoty, prowadzi rozmowę z samym diabłem, krótko mówiąc ratuje świat przed złem.

       

      „Noc żywych Żydów” to powieść w stylu tarantinowskim. Pełno w niej przemocy, gwałtów, nawiązań do popkultury. Dobro i zło są tu przedstawione dość ironicznie. Niewątpliwie Autor  puszcza do czytelnika Podbite Oko, lecz ja się zastanawiam, ile w tym mrugnięciu jest zaproszenia do literackiej zabawy, a ile jakiegoś nerwowego tiku? Myślę, że nasza polska natura, mająca skłonności do dramatyzowania, potrzebuje niekiedy estetyki kiczu, by najzwyczajniej w świecie spuścić z tonu, ale… No właśnie, to „ale” nieco zasłania mi oczy, nie pozwala wyć z zachwytu nad książką Ostachowicza, gdyż cały czas się zastanawiam, czy w owym zamiarze przejaskrawienia nie przebrał on miary, tłocząc na kartach powieści stopklatki, dając upust swoim postmodernistycznym fantazjom? Czy o istocie zła dzisiaj, w momencie niewątpliwego przesilenia epokowego, siedemdziesiąt lat po powstaniu w getcie warszawskim, można mówić już tylko językiem horrorów klasy B? Być może Holocaust, który był przejawem zła ukształtowanego w takiej właśnie postaci  w wyniku, o ironio,  enkulturacji, potrzebuje języka, który trafi do współczesnego człowieka żywiącego się wyłącznie kulturą masową, żeby nie powiedzieć kiczem. Nie leży w mojej naturze omdlewanie na widok krwi, ale też nie pałam nadmierną miłością do Tarantino i może dlatego po lekturze „Nocy żywych Żydów”  mam wrażenie, że horrendum Zagłady zostało tu zastąpione nieco tanim efekciarstwem.

       

      Jerzy Pilch powiedział kiedyś, że z „kiczem” kojarzy mu się przede wszystkim „łatwość”, „łatwość” odnosząca się do odbioru i oceny rzeczywistości, bowiem tylko „tu i teraz” możemy określać jako kiczowate, a to co historyczne przestaje być kiczem. Ostachowicz jest więc, jak widać, nieodrodnym synem swojej epoki, bo do pewnej „łatwości” się odwołuje, serwując nam powieść w konwencji horroru klasy B, żeby mówić o Zagładzie, o złu nie do pojęcia, wyręczając się popkulturą.

       

      Igor Ostachowicz, Noc żywych Żydów, W.A.B., Warszawa 2012

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      środa, 25 września 2013 19:31
  • niedziela, 22 września 2013
    • Pisanie wierszy, jak wróżenie z kart- „Papusza” Angeliki Kuźniak

       

       

      Cygańskie pieśni pełne są afirmacji życia i nieskrępowanej wolności. Romantyczna wędrówka taborem przez las może wydawać się niekiedy szalenie pociągająca, lecz losy Cyganów nie zawsze przypominają pieśń, są smutniejsze i tragiczniejsze, nierzadko bardziej przerażające niż niejedna zła wróżba, bo prawdziwe.

       

      Historia życia Bronisławy Wajs, czyli Papuszy, cygańskiej poetki, to gotowy scenariusz filmowy. Urodzona prawdopodobnie w 1910 roku przeżyła rzeź na Wołyniu, wojnę, trudne lata 50- te, pozostawiając po sobie około 40 wierszy – pieśni oraz sporo tekstów opisujących jej cygańskie życie. Papusza nie miała szczęśliwego życia – jako szesnastoletnią dziewczynę wydano ją za mąż za około czterdziestoletniego Dionizego Wajsa. Nigdy nie miała własnych dzieci, chciała się uczyć, a przede wszystkim była osobą o szczególnej wrażliwości. Nietrudno się domyślić jaki los mógł spotkać kogoś nadwrażliwego, lecz żyjącego w cygańskim taborze, gdzie warunki życia wymagały, wbrew temu co pieśń głosi, nie poetyckiej, lecz twardej  postawy.

       

      Angelika Kuźniak opisała fascynujące życie Papuszy w sposób niezwykle subiektywny, lecz subiektywny z punktu widzenia samej bohaterki reportażu, miejscami dość mocno zbeletryzowanego. Właściwie historia Bronisławy Wajs została opowiedziana nie przez Angelikę Kuźniak, lecz przez samą Papuszę. Autorka czyni ze swej bohaterki narratorkę reportażu, starając się mówić jej językiem, patrzeć jej oczami, oddając jej niejednokrotnie głos, przytaczając obszerne fragmenty wspomnień Papuszy, listów do Jerzego Ficowskiego, Juliana Tuwima, ale też jej wiersze – pieśni.

       

      Papuszę, piękną i wrażliwą Cygankę, na co dzień zajmowały rzeczy, które wpisywały się w styl życia jej braci: kradzieże kur, wróżenie z kart, wędrówka i pieśni przy ognisku. Z czasem owe pieśni, których układanie przychodziło jej z niezwykłą lekkością, zaczęły coraz szczelniej wypełniać jej życie, aż nie wystarczyło miejsca, aby ową wrażliwość pomieścić w niej samej. Papuszę ciągnęło do książek. Sama nauczyła się czytać i pisać, co wśród wędrujących Cyganów było rzeczą wręcz niebywałą. Już wtedy nie rozumiano jej pasji, lecz nie uznawano jej za szkodliwą. Papusza nie mogła mieć własnych dzieci, wychowywała przysposobione dziecko, owoc romansu Polki z Cyganem, chłopca, którego nazywała Tarzan. Była jednak kobietą, która potrafiła zarobić, czyli ukraść, powróżyć z kart za pieniądze. Dionizy Wajs mógł być zadowolony z żony, która w cygańskim rozumieniu była zaradna. Skoro przynosiła pieniądze, nie przeszkadzało nikomu jej specyficzne zamiłowanie do poezji.

       

      W latach pięćdziesiątych wraz z taborem Papuszy wędrował Jerzy Ficowski, polski poeta, w czasie wojny żołnierz Armii Krajowej, po wojnie ukrywający się przed bezpieką właśnie u Cyganów. Był on miłośnikiem cygańskiego folkloru. Zaprzyjaźnił się z Papuszą i to właściwie dzięki niemu jej wiersze wyszły poza tabor. Niestety, to również dzięki niemu Papusza spotkała się z odrzuceniem i potępieniem ze strony swoich pobratymców. Ficowski, tłumacząc jej pieśni, drukując je w polskiej prasie, zamieszczając obok słownik cygańko – polski, przypieczętował los Papuszy, którą oskarżono o zdradę i nielojalność, poprzez ujawnienie cygańskich tajemnic. Dla Bronisławy Wajs doświadczenie odrzucenia przez Cyganów było bardziej traumatyczne niż doświadczenie wojny i rzezi wołyńskiej. Papusza przeszła załamanie nerwowe, wielokrotnie przebywała na leczeniu w szpitalu dla nerwowo chorych, tymczasem jej poetycka sława wśród Polaków rosła. Pojawiały się kolejne druki, stypendia (wobec których Papusza była dość nieufna, nie rozumiejąc, że można otrzymać pieniądze za pisanie wierszy), w końcu tomik poetycki.

       

      Poezję Papuszy czytał sam Julian Tuwim, odnosząc się do cygańskiej poetki z wielkim szacunkiem, pomagając jej wielokrotnie. Doceniał ją również Julian Przyboś, pisząc: „Utwory Papuszy (…) Przedstawiają  rzadki przykład poezji pierwotnej, autentycznie samorodnej”. Poeta widział w nich coś więcej niż twórczość ludową, dostrzegał w nich pewną subtelność, która ukrywa się  na pograniczu wiersza i pieśni, nie każdemu dając do siebie dostęp.

       

      Zjawisko o imieniu Papusza przytłacza wrażliwością  i czuciem, które stały się przyczyną nie tylko powstania twórczości prawdziwej, naturalnej, wyrosłej z czystej potrzeby wyrażenia siebie, ale i dopełniły dramatu odrzucenia, którego jakże często ofiarami padają ludzie nadwrażliwi, odstający od swojej grupy, samotni w swoim specyficznym doświadczaniu świata. Cyganie od zawsze byli narodem kultury oralnej, nie pisali ksiąg, nie budowali. Śpiewali i wędrowali, czujnie strzegli swoich tajemnic, nie chcieli osiąść, pracować ani uczyć się. Gdy jedna z nich spróbowała zaczerpnąć powietrza, którym oddycha się poza taborem, została wyklęta. Dla samej siebie Papusza do końca pozostała Cyganką z lasu, z lasu, do którego tęskniła, lecz jednocześnie rozumiała, że nowa rzeczywistość wymaga od jej narodu porzucenia taboru i wędrowania. 

       

      Angelika Kuźniak napisała reportaż o kobiecie pełnej wewnętrznych dysonansów wynikających z przekleństwa nadwrażliwości, potępionej przez swoich, która, mimo odrzucenia, podkreślała swoje pochodzenie, nie potrafiła zapomnieć o cygańskim życiu, cały czas czekała na syna, aż przyjdzie i zabierze ją do lasu, czyli tam, gdzie zostało jej całe dobro. Autorce udała się przy tym rzecz niezwykła, bowiem reportaż o Papuszy czyta się jak pamiętnik tej Cygańskiej poetki.

       

       

      Papusza, Joanna Kos - Krauze, Krzysztof Krauze, premiera 15 listopada

       

      Angelika Kuźniak, Papusza, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Pisanie wierszy, jak wróżenie z kart- „Papusza” Angeliki Kuźniak ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 września 2013 19:07
  • poniedziałek, 16 września 2013
    • Tylko Szczepan Twardoch ... finaliści Nagrody Literackiej Nike 2013

       

      Ogłoszono siódemkę finalistów Nagrody Literackiej Nike 2013: Joanna Bator, Szczepan Twardoch, Justyna Bargielska, Kaja Malanowska, Igor Ostachowicz, Katarzyna Surmiak-Domańska, Maciej Sieńczyk.



          

            

       

       

      Nie będę ukrywała, że część nazwisk, które znalazły się w finałowej siódemce Nagrody, nieco mnie zdumiewa. Jedyną książką w tym gronie, która znalazła się na właściwym miejscu i jedyną, która na to wyróżnienie w pełni zasłużyła i mam nadzieję, że bank rozbije, zdobywając główną nagrodę, jak i nagrodę czytelników, jest, rzecz jasna, znakomita „Morfina” Szczepana Twardocha.


      Moje spore wątpliwości wzbudził już fakt, że w początkowej dwudziestce nie znalazł się „Grochów” Andrzeja Stasiuka - książka nieduża, lecz wielka proza, niezwykle dojrzała, zmagająca się z eschatologią codzienności, dotykająca spraw ostatecznych w sposób niebywale delikatny i mądry. W zamian dostaliśmy słabą powieść Anny Janko „Pasja św. Hanki”, pełną banałów i wynurzeń kobiety przeżywającej życiowy kryzys. Całe szczęście, przynajmniej w tym przypadku, Jury nie zawiodło i w ostatniej chwili opamiętało się, nie kwalifikując tej powieści do wąskiego grona finalistów.


      Po raz pierwszy w historii Nagrody mamy do czynienia z komiksem - powieścią graficzną. „Przygody na bezludnej wyspie” Macieja Sieńczyka to rzecz w istocie nietuzinkowa, oryginalna, ale czy na finał Nike zasługująca? Pomimo swojej deklarowanej sympatii dla twórczości rysownika „Lampy”, mam spore wątpliwości czy wartość literacka tej właśnie książki przewyższa wartość literacką „Dziennika” Jerzego Pilcha.


      Zaskoczeniem jest również dla mnie nominacja dla Igora Ostachowicza, którego „Noc żywych Żydów” odebrałam wyłącznie jako nieco lepsze czytadło, ale jednak czytadło. Za dużo tu wątków fabularnych. Zresztą fantasy rozgrywające się w Centrum Handlowym Arkadia… nie kupuję tego. Powieścią o wiele bardziej nowatorską, stanowiącą intelektualne wyzwanie dla czytelnika jest „Fuga” Wita Szostaka, której narracja nawiązuje do motywu ucieczki w literaturze, a jej elegancki wręcz język łagodnie przeprowadza nas przez zmagania bohatera z historią, mitami i odosobnieniem – przede wszystkim tym duchowym.


      „Bach for my baby” Justyny Bargielskiej to z kolei poezja prezentująca wrażliwość socjologiczną podmiotu lirycznego, poezja ukierunkowana społecznie, podejmująca wątek macierzyństwa, demistyfikująca matkę Polkę i ukazująca ją w zupełnie innej roli, niż czyniła to do tej pory rodzima literatura. Doświadczenie rodzicielstwa opisane poetycką frazą z punktu widzenia kobiety XXI wieku doskonale wpisuje się w pewnego rodzaju nową falę, jaką jest literatura zaangażowana społecznie i politycznie.


      W tym momencie muszę zadać pytanie: co w tym zestawieniu robi Kaja Malanowska ze swoją książką „Patrz na mnie. Klaro”? Proza według mnie niezwykle słaba, bez najmniejszej wartości literackiej, chaotyczna, naiwna, prezentująca tani psychologizm dla pensjonarek, pozbawiona jakiegokolwiek dyskursu intelektualnego. Taką nominacją Jury próbuje zdeprecjonować kilka znakomitych tytułów, które zostały pominięte i do finalnej siódemki nie weszły. „Trociny” Krzysztofa Vargi i „Dziennik” Pilcha znacznie przewyższają wartość powieści Kai Malanowskiej, powieści, której jedną z głównych wad jest brak warsztatu.

       

      I tu właśnie odkrywamy klucz większości tegorocznych nominacji do finału Nagrody Literackiej Nike. Zdaje się, że Jury w tym roku w kilku przypadkach postawiło na społeczne zaangażowanie, politykę i eksperyment, zapominając niekiedy o wartości literackiej nominowanych książek.

       

      Myślę, że skutkiem promowania czegoś, co ma mieć przede wszystkim szeroki wydźwięk społeczny,  będzie pogorszenie jakości dzieła literackiego. Przyczyną gorączki, nawet tej społecznej, jest jakaś infekcja, do jej objawów należy między innymi mówienie od rzeczy. To w zasadzie święte prawo chorego. Ale żeby zaraz do Nike nominować brednie, nawet te najbardziej zaangażowane? Zwolennicy literatury  zorientowanej politycznie za bardzo chcą literacką zwrotnicę przesunąć w lewo, zapominając, że takie niebezpieczne przechyły, bez względu na to, w którą w stronę, mogą skończyć się wykolejeniem. Straci na tym czytelnik pozbawiony dobrej literatury. 


      (Analizując dokładnie tegoroczny  wybór finalistów Jury Nagrody Literackiej Nike jestem już dziś przekonana, że w roku 2014 laureatem tego konkursu zostanie powieść „Ości”  Ignacego Karpowicza – rzecz wybitnie zaangażowana społecznie i politycznie, literatura mniejszości, mocno związana ze środowiskiem Krytyki Politycznej,  będąca swojego rodzaju manifestem „nowej fali” pisarzy urodzonych po 1970 roku.)

       

      Celowo nie komentuję wyboru wszystkich finalistów. Przynajmniej dwa nazwiska spośród finałowej siódemki w najbliższym czasie pojawią na moim blogu. Zaznaczam też, że powyższa opinia jest jak najbardziej subiektywna.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 września 2013 19:52
  • niedziela, 15 września 2013
    • Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? … - „Grecy umierają w domu” Hubert Klimko – Dobrzaniecki

       

       

      W sierpniu 1949 roku u podnóża góry Grammos Grecy stoczyli ostatnią bitwę wojny domowej. Rządowe siły zbrojne, wspierające monarchię, zwyciężyły ostatecznie nad komunistami. Wielu z nich musiało potem ratować się ucieczką ze swojej ojczyzny, przedostając się między innymi do Polski. W Polsce osiadło blisko 14 000 Greków i Macedończyków, część z nich na Dolnym Śląsku, również w Bielawie. W Bielawie urodził się Hubert Klimko – Dobrzaniecki, który dorastał wraz z innymi Grekami, dziećmi uciekinierów spod Grammos. Po latach próbuje on zmierzyć się ze wspomnieniami z tamtego czasu, jak i z samym czasem, który minął. Co pozostaje po nas, co pozostaje po naszym dzieciństwie, ile o sobie, o swoich bliskich wiemy, a właściwie, ile wiedzieć powinniśmy?

       

      Kim jest Sakis Sallas, główny bohater powieści „Grecy umierają w domu”? Jest pisarzem, dojrzałym mężczyzną, bez domu, choć z mieszkaniem w Atenach, bez rodziny, z kobietą od czasu do czasu, ze swoją przeszłością, z cieniami rodziców, których próbuje poznać wiele lat po ich śmierci. Aż tyle. Tylko tyle.

       

      Głównym wątkiem powieści jest  relacja ojca z synem. Sakis zaczyna pisać książkę o swoim ojcu, Greku Arisie, który właśnie spod Grammos dotarł do Polski i pozostał tu na zawsze. Mimo możliwości powrotu do ojczyzny po roku 1975 nigdy się na to nie zdecydował. Nie oznacza to, że nie tęsknił za domem. Jednak to poza Grecją stworzył rodzinę, próbując jednocześnie odtworzyć klimat swojego kraju, co szczególnie w kontekście beznadziejnych warunków gospodarczych, tudzież klimatycznych  w Polsce, nie było łatwe. Tak więc cebula udawała liście winogron, smażone ziemniaki, z cebulą rzecz jasna, robiły za wołowinę z kasztanami, a papuga za cykadę. Próby odtworzenia greckiego stylu życia w komunistycznej Polsce są w książce tym, co nadaje jej pewnej lekkości, wywołuje uśmiech i pozwala polubić Arisa Sallasa.

       

      Wiele lat po śmierci rodziców Sakis odtwarza świat swojego dzieciństwa, próbuje tym samym dotrzeć do samego siebie, mówi o śmierci, przemijaniu, Bogu, wierze  i niewierze (ojciec jego był zaciekłym ateistą, matka zaś odnalazła swoje miejsce w kościele katolickim), o przyjaźni, dojrzewaniu z dala od korzeni, a właściwie o braku korzeni, bo o przeszłości rodziców Sakis nie wie nic. Tam za nimi jest jakaś pustka. Owszem, są Grecja, wojna domowa, opowieści ojca mitologizujące kraj, z którego musiał uciekać, ale nie ma tam dziadków, rodziny, jakby to oni byli pierwsi. Ojciec Posejdon Rudobrody , władca mórz, nieustraszony bojownik, budzący grozę, tęskniący za ojczyzną, autorytet, uczy syna, jak być Grekiem poza Grecją. I chyba dlatego , że lata, które rodzice spędzili w Grecji były osłonięte ciężką kotarą przerażającej ciszy, Sakis postanawia tę kotarę zerwać. Takie grzebanie się w zamglonej zupełnie przeszłości jest dla niego w pewnym sensie uporczywym stawianiem odwiecznego pytania: kim ja jestem?

       

      Wzruszająca, ciepła i piękna opowieść o ojcu jest atutem tej książki, ponieważ zmusza do refleksji, które momentami wyciskają łzy. Rodzice Sakisa to w pewnym sensie postacie wręcz posągowe, a zarazem niezwykle silne osobowości. Emigracja, pomimo wielu ograniczeń, zmusza ich do działania, do budowania od nowa. Aris jednak nie miał nigdy wątpliwości, że jego syn powinien zaraz po maturze powrócić do Grecji, której przecież nigdy nie widział, ale którą ojciec mu starał się zaszczepić. Matka, po śmierci swojego męża, zmuszona była zarabiać na życie wyszywaniem obrusów w kaszubskie wzory. Zdeterminowana, nie chciała obciążać syna, mieszkającego już w Grecji, swoimi problemami, aby nie musiał on opuszczać dla niej swojej prawdziwej ojczyzny. Sakis nie był na pogrzebie żadnego z rodziców. Ale to oni stali się treścią życia dojrzałego pisarza, który chciał uporać się za pomocą książki ze swoją przeszłością, ze swoją tożsamością.

       

      Widząc jak Sakis, zaszyty w domu pracy twórczej, zmaga się z materią swych wspomnień, nasuwa się też pytanie, na ile on w ogóle znał swojego ojca, czy w ogóle byli sobie bliscy, a może na nic zdały się próby odtworzenia greckiego stylu życia w jednak polskim domu, może przez cały ten czas nie padły najważniejsze słowa? Ich relacje, naznaczone piętnem nostalgii ojca, jego milczeniem na temat przeszłości, spowodowały, że Sakis wkroczył w dorosłe życie obciążony melancholią. Świadomość, że w Polsce zawsze był Grekiem, a w Grecji zawsze będzie Polakiem, obarczyła go niewątpliwie swego rodzaju poczuciem klęski.

       

      Spędzając czas na pisaniu, Sakis niespodziewanie ociera się o niebezpieczeństwo poczucia bliskości, ba, nawet odpowiedzialności: bliskości  z kobietą, która nosi w sobie domowe ciepło, odpowiedzialności za dziecko, nastolatka, który po stracie ojca, w Sakisie  odnalazł tego, który mógłby wypełnić pustkę w jego życiu. Ale Sakis, syn Posejdona Rudobrodego, musi to wszystko odrzucić. Skoro sam nie wie, kim jest, nie może podjąć się tak trudnego i obciążającego zobowiązania, jakim niewątpliwie jest  bycie z drugim człowiekiem.

       

       

       

       

      I na tym powinniśmy zakończyć. Na tym powinien zakończyć też Autor. Zaskakująco słaby, nieco banalny (a pewnie miał być wstrząsający) finał tej powieści być może ma swój cel: pokazać, że nie ma postaci posągowych, że bogowie na Olimpie bywali okrutni, słabi i tacy ludzcy, i że czasami lepiej nie dociekać, nie grzebać w przeszłości… Niemniej jednak, drodzy Czytelnicy, dwie ostatnie kartki powieści: wyrwać.

       

      Hubert Klimo - Dobrzaniecki, Grecy umierają w domu, Kraków 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 września 2013 15:46

Kalendarz

Lipiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

AAA


Kontakt: beata.januszkiewicz@gazeta.pl pod.tytulem@gazeta.pl