pod tytułem

blog Beaty Januszkiewicz o polskiej literaturze współczesnej

Wpisy

  • niedziela, 26 stycznia 2014
    • My Słowianie – „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” Ziemowita Szczerka

       

       

      Romantyczne i pełne grozy piękno Ukrainy rodem z „Zamku kaniowskiego” Seweryna Goszczyńskiego dawno gdzieś umknęło. Kozacy z Zaporoża zamienili się w groteskowych kowbojów z dzikiego wschodu, wystrojone panny, obowiązkowo na wysokich obcasach, brną po śniegu i błocie, faceci z buraczanymi twarzami stoją w pogotowiu przy barze niejednej ukraińskiej mordowni, czekają na Bóg wie co, Bóg wie kogo, skorzy do spuszczenia łomotu komukolwiek w każdej chwili. Żelbetowe konstrukcje architektoniczne, obdrapane ściany, nieremontowane drogi, a raczej brak dróg, zasiedziała inteligencja lwowska rozprawiająca o Zachodzie pod czujnym okiem Stepana Bandery spoglądającego na swych rodaków z licznych fotografii wywieszonych w modnych, prawie europejskich knajpkach. Ukraina. Tak ją widzą Polacy, tak też w dużej mierze ona wygląda, tak ją opisuje Ziemowit Szczerek w swojej nagrodzonej Paszportem Polityki książce pt. ,„Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” wydanej przez Korporację Ha!art.

       

      Ziemowit Szczerek jest dziennikarzem, z wykształcenia prawnikiem, od lat podróżuje na Ukrainę i pisze reportaże, które publikuje na jednym z portali internetowych. Nie są to jednak zwykłe reportaże. Szczerek odwołuje się do stylu gonzo, który według definicji opisuje rzeczywistość z punktu widzenia reportera, rzeczywistość subiektywną. Reportaż gozno to taki literacki narkotykowo-akoholowy  trip,  bluzg za bluzgiem, rzucanie mięsem i ukazywanie jak największego hardcore’u, rzeczywistość widziana zanadto rozszerzonymi źrenicami, kreowanie romantycznej legendy pisarza wagabunda, legendy przesiąkniętej dragami i alkoholem.

       

      Pierwsza część książki Szczerka opisuje pijacką włóczęgę bohatera, typowego polskiego plecaka, który jedzie na Ukrainę, by poczuć jej tak zwany hardcore, by zobaczyć wschodnią egzotykę, którą w jego rozumieniu jest brud, smród i ubóstwo. Podczas podróży spotyka ludzi właściwie takich samych jak on: poszukujących wrażeń młodych polonistek czytających Schulza w Drohobyczu, chłopaków próbujących odnaleźć na ukraińskiej wsi przodków jednego z nich (jak się okazuje – starą, ale i całkowicie zubożałą, choć myślącą dawnymi kategoriami, szlachtę), popija balsam Wigor (środek na potencję!), żre kwasy jeżdżąc z ukraińskim przyjacielem zdezelowaną wołgą po tamtejszych bezdrożach. Bohater – narrator nie ma dla czytelnika litości, nie oszczędza nikogo, ani siebie, ani Ukrainy, ani nas. Jedzie po bandzie. Wydawałoby się, że jest to walor tej książki, że jest to coś, co stanowi o jej sile. Z pewnością spełnia wszelkie warunki reportażu gonzo, co do którego ja mam jednak wiele zastrzeżeń. Bohaterowie tej książki, zazwyczaj dokumentnie naćpani i kompletnie pijani, prowadzą niezwykle ożywione dysputy intelektualne, zażarcie kłócą się o kwestie tożsamościowe, omawiają relacje polsko-ukraińskie i separatystyczne dążenia Ukraińców zachodnich. Cała ta polemika jest jednak zbyt chaotyczna, trąci banałem, opiera się na ogólnikach i powtórzeniach, a to jest dla książki zabójcze! To wszystko nie pozwala na traktowanie jej zbyt poważnie, choć tematy są jak najbardziej poważne. Szczególne teraz.


      W drugiej części reportażu Szczerek przyznaje się do ściemniania, do licznych konfabulacji, do wymyślania przesadnie brutalnych historii, bo takie mięso dobrze się sprzedaje, bo takie łgarstwa świetnie brzmią, klikalność rośnie, wydawca zadowolony, ludzie chcą więcej. Kolejne opowieści z ukraińskich eskapad młodego gonzo-reportera utrzymane są może w nieco lżejszym tonie, choć nadal  gonzo.


      Leitmotywem całego reportażu jest pytanie, które bohaterowi zadają kolejno: przypadkowo spotkana młoda Ukrainka, Niemka, również przemierzająca dziki wschód Europy oraz przyjaciel Ukrainiec. „Po co tu przyjeżdżacie”? „Po co wam ten teatrzyk, co wy odgrywacie sami przed sobą”? „Przyjechałeś tu jak do zoo”? W ich pytaniach jest złość, zdziwienie oraz ironia. A odpowiedź jest prosta, banalna, niestety dla Polaków nieco upokarzająca: "Przyjeżdżacie tutaj, bo w innych krajach się z was śmieją. I mają was za to, za co wy macie nas: za zacofane zadupie, z którego można się ponabijać. I wobec tego można poczuć wyższość".


      Ziemowit Szczerek sam przyznał kilkakrotnie, że i on był kimś takim jak bohaterowie jego książki, że jechał na Ukrainę pokpić z jej mieszkańców, mocniej odczuć swą zachodniość, poszydzić z ukraińskiego bardaku. Jechał tam dla egzotyki, wschodniego orientu, by w końcu po latach zrozumieć, że Polska i Ukraina to właściwie to samo, tylko, że tam, od Lwowa na wschód, w Mordorze, jest nieco gorzej, ale to nie powinno nas pocieszać. Ukraińcy i Polacy to przecież Słowianie i cały ten słowiański bajzel to jedno o to samo, nieważne czy to Kijów, Lwów, czy Warszawa.  Po licznych podróżach na Ukrainę poczuł znużenie, przestał widzieć różnice pomiędzy nią a Polską, to co kiedyś zachwycało, zadziwiało, bawiło, stało się drażniące – bo tak jakby łudząco podobne do naszego.


      Tytułowy Mordor to wschodnia Ukraina, poradziecka rzeczywistość zalana w trupa. To tam według Tarasa, lwowianina o prozachodnich przekonaniach, mieszka całe zło. Tam jest właściwie Rosja. Tam rządzi wódka, która z jednej strony wyzwala człowieka z poczucia beznadziei, z drugiej zaś jej ciężkość nie pozwala na zmianę, jak mróz ścina wolę człowieka, który żyje w jej oparach, oddycha nimi i gdyby tylko podano mu świeże powietrze, zacząłby się dusić. Absurd. Tak. Ale w przypadku ludzi, którzy zamieszkują Mordor ów absurd staje się sensem, sensem ich życia.

       

      Mimo wszystko mam wrażenie, że temat Ukrainy został przez Ziemowita Szczerka potraktowany niewłaściwie. To co można tam zobaczyć i przeżyć zasługuje na coś więcej niż narkotyczno-alkoholowy trip, który w książce skutkuje błądzeniem wokół tego samego wątku (który można by właściwie zamknąć w jednym rozdziale, jeden rozdział gonzo były znacznie ciekawszy, a już na pewno mniej męczący niż cała książka). Ukraina wymaga szerszego ujęcia, rzeczowego podejścia niepozbawionego krytycyzmu ale i pewnej wrażliwości.  


      Ziemowit Szczerek w swojej książce pokazał, że za tradycyjnym subiektywizmem jest już tylko skwaszona rzeczywistość, z której nie da się odczytać żadnej prawdy, ani żadnego fałszu. I to jest tylko forma. Witkacy by przyklasnął.

       

      Ja w stylu gozno widzę głównie formę, formę, która przesłania mi treść, forma jest tu najważniejsza. Ziemowit Szczerek ma wiedzę historyczną i socjologiczną, jest bacznym obserwatorem, ma to, co dziennikarz i reporter powinien mieć, czyli odwagę i nie jest ślepy, widzi to co widzi i o tym pisze, lecz mam wrażenie, że więcej czasu poświęca on na kreowanie wizerunku, literackie hipsterstwo, sznyt gonzo, niż na jakość merytoryczną swoich tekstów. Wygodna poza. Jest we mnie jakaś niezgoda na wciskanie mi kitu, na tworzenie fikcyjnych reportaży dla popularności. Mówię nie powtarzalności, przewidywalności i reporterskiej nudzie, bo im dalej w ukraiński step, im ciemniej było w Mordorze, tym robiło się nudniej. Dopadał mnie brak zaciekawienia, a to już katastrofa.

       

      Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian, Korporacja Ha!art, Kraków 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 stycznia 2014 13:58
  • wtorek, 21 stycznia 2014
    • Słodko-gorzki smak Bukaresztu – „Bukareszt. Kurz i krew” Małgorzaty Rejmer.

      Rejmer Bukareszt kurz i krew

       

      Bukareszt.

      Miasto smutne, straszne, pokaleczone, lecz fascynujące. Bo to co dramatem dziejów jest naznaczone, musi frapować, ale i boleć. Ale w tym bólu jest piękno. W tym pięknie jest krew. W tej krwi jest życie, mimo piętna śmierci, jakie odcisnęła na Bukareszcie historia, szczególnie ta niedawna.

       

      Uroda Bukaresztu jest nieoczywista, trzeba ją znaleźć, natrudzić się, aby dostrzec to, co najwartościowsze. O tym wszystkim opowiedzieli Małgorzacie Rejmer w książce „Bukareszt. Kurz i krew” ludzie, mieszkańcy stolicy Rumunii, których doświadczyła historia tego miasta, których próbowano złamać, którzy złamali się niejednokrotnie, nieraz się pomylili, tańczyli ze śmiercią, balansowali na krawędzi tego co ludzkie, ale podskórnie czuli, że trzeba żyć.

       

      Bukareszt Małgorzaty Rejmer jest dość mroczny, spowija go aura śmierci, unosi się nad nim gęsta i ciężka chmura przeszłości. I nie są to  opary absurdu, bo tutaj nie ma się z czego śmiać. To groza, pewne horrendum komunizmu, który zniszczył miasto, naznaczył jego mieszkańców, pozostawiając po sobie posmak wstydu, a nawet hańby.   

       

      Nicolae Ceaușescu jest jednym z niesławnych bohaterów tej książki. Historia prostego szewca, który stał się komunistycznym prezydentem dotkniętym obłędem władzy, opętańczo realizującym swoją  chorą wizję rozwoju społeczno-gospodarczego Rumunii, opowiedziana został przez Małgorzatę Rejmer przede wszystkim z perspektywy ludzi, obywateli, którzy zostali przez swojego władcę ubezwłasnowolnieni. Ciemne „słońce Karpat” zabrało życie kilku pokoleniom, zniewoliło ich umysły, odebrało możliwość decydowania o sobie, zamknęło w ciasnych mieszkaniach, ograniczyło przestrzeń życiową. Nie przeszkodziło to jednak w rozrastaniu się kultu „uniwersalnego geniusza”, kultu tak samo szalonego i niedorzecznego, jak jego przedmiot.

       

      W szale tworzenia swojej potęgi Ceausescu zapragnął wybudować dla swoich poddanych coś, co będzie zapierało dech w piersiach, co będzie świadectwem jego genialności. W ten właśnie sposób w centrum Bukaresztu wyrósł Pałac Parlamentu, czyli Dom Ludu, narośl i nowotwór toczące miasto. Małgorzata Rejmer przygląda się temu makabrycznemu zjawisku i widzi w nim cmentarz tych, którzy zginęli przy jego budowie, widzi miasto, które tam kiedyś było, ludzi, którzy kiedyś mieszkali w domach wyburzonych tuż przed budową tego makabrycznego molochu, dziś ziejącego pustką.

       

      Rejmer opisując Bukareszt spaceruje po nim tu i teraz, lecz w jakiś niesamowity sposób przenosi się do czasów, kiedy historia doświadczała go najboleśniej jak to tylko możliwe. Opisuje jedną z europejskich stolic, o której miejskości można mówić wyłącznie w odniesieniu do ścisłego centrum. Kilka bocznych ulic dalej nietrudno napotkać stare kobiety w chustach, bezpańskie psy, cygańskie dzieci i kury - wszyscy szwendają się po niebrukowanych drogach, umorusani wiejscy mieszkańcy Bukaresztu.

       

      „Bukareszt. Kurz i krew” to historia ludzi - ich strachu i gasnącej nadziei, ludzi pogodzonych ze złym losem, który nie ma zwyczaju nikogo oszczędzać. Być może to właśnie wiara bukaresztańczyków w przeznaczenie wyrażona w ich narodowym eposie „Jagniątko”, z którego wyłania się właśnie taka wizja świata, pozwalały im trwać mimo wszystko. Jest to jednak zaciskanie zębów, godzenie się na zniewolenie, bierne czekanie na zmianę, o którą trudno, gdy bezkrytycznie akceptuje się każdy wybryk historii.

       

      Chichotem tej kapryśnej pani była niewątpliwie rewolucja, jaka miała miejsce w 1989 roku, powstanie przeprowadzone przez dzieci dekretu, przewrót, który umożliwił obalenie dyktatury Ceausescu. Ów bunt trwał zaledwie tydzień. Na ulicach protestowali ci, którzy urodzili się po roku 1966, czyli po wydaniu przez prezydenta dekretu zakazującego aborcji. Nie oznacza to, że rumuńskie kobiety nie decydowały się na przerywanie swoich ciąż. Dokonywały nielegalnych zabiegów, często płacąc za to zdrowiem, a nawet życiem. Mimo to oczekiwany przez Ceausescu wzrost urodzeń nastąpił, odnotowano wyż demograficzny, który gdy dorósł, nie miał gdzie mieszkać ani pracować. W sklepach nie było co kupić, zresztą za co? Ludzie urodzeni po 1966 mieli w przyszłości stanowić o potędze komunistycznej Rumunii, byli częścią szalonego planu dyktatora, lecz stali się przyczyną jego tragicznego końca.

       

      Reportaż Małgorzaty Rejmer zachwyca nie tylko opisem miasta, jego trudnej i złożonej historii, ale i pięknym literackim językiem. Widać w nim kobiecą wrażliwość, która w żaden sposób nie pozbawia tekstu rzeczowości.  Subtelna obecność Autorki w warstwie narracyjnej sprawia, że książkę czyta się nie jak reportaż, lecz jak piękną i smutną opowieść o mieście, które cały czas liże swoje rany i wygrzebuje się spod gruzów komunizmu.

       

      Małgorzata Rejmer, Bukareszt. Kurz i krew, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 stycznia 2014 17:08
  • niedziela, 19 stycznia 2014
    • Straceńcza walka o szczęście- "Szczęśliwa ziemia" Łukasza Orbitowskiego

      Orbitowski szczesliwa ziemia

       

       

       

      Łukasz Orbitowski jest pisarzem dość młodym, bo skończył dopiero 36 lat, a na swoim koncie ma już dwanaście książek i sporo opowiadań. Przez lata znany był głównie w kręgu literatury grozy i fantastyki, lecz jak to niekiedy bywa, postanowił wydostać się z tego getta, by zacząć pisać powieści realistyczne, żeby nie powiedzieć obyczajowe. Nie oznacza to jednak, że Orbitowski wyrzekł się zupełnie fantastyki. Jego najnowsza książka „Szczęśliwa ziemia” to powieść, w której te dwa światy przenikają się, nachodzą na siebie i uzupełniają wzajemnie.

       

      Coś tu jednak jest nie tak. Mimo licznych rekomendacji, przychylnych recenzji chwalących Pisarza za Jego pierwszą dojrzałą powieść, jestem wobec tej twórczość bardzo sceptyczna. „Szczęśliwa ziemia” Łukasza Orbitowskiego nie jest według mnie powieścią na tyle dobrą, by zostać nominowaną do tak prestiżowej nagrody jak Paszport Polityki, nie jest powieścią wybitną, jak można byłoby oczekiwać po tak schlebiających jej opiniach recenzentów, którzy mam wrażenie, powtarzają niekiedy sądy kolegów po fachu.

       

      Akcja powieści osadzona jest w realiach Polski z 2. polowy lat 90., kiedy to pokolenie urodzone pod koniec lat 70. wkraczało w dorosłe życie oraz w teraźniejszości, kiedy to współcześni trzydziestolatkowie dokonują pierwszego życiowego bilansu. Główni bohaterowie to najpierw chłopcy z prowincjonalnej mieściny jakich u nas wiele. Sedes, DJ Krzywda, Trombek, Blekota i Sikorka mieszkają w Rykusmyku, gdzie oprócz domu kultury, posterunku policji, knajpy U Dyzia i ruin zamku nie ma nic. Każdy kto ma trochę oleju w głowie wyjeżdża stąd, jak tylko nadarzy się ku temu okazja. Ten moment właściwe dla nich już nadszedł, czas rozjechać się na studia, czas na nowe, ekscytujące życie poza Rykusmyku. Zanim jednak rozstaną się na dobre, postanowili ostatni raz zejść w podziemia zamku, gdzie według legendy mieszka tajemnicze monstrum spełniające życzenia. Wystarczyło tylko zatańczyć. Nie wszyscy jednak z tej wyprawy powrócili...

       

      Beztroskie dzieciństwo dobiegło końca. Przyjaciele z Rykusmyku postanowili, że nigdy więcej nie wrócą w rodzinne strony, oprócz Szymka, który tam  pozostał, ożenił się z miejscową wariatką, został cieciem i żył, trochę jakby nie żyjąc. Jego smutne dni wypełniał skrzek, który słyszał nieustannie oraz dygotanie nogi szalonej żony. Jego kumple rozjechali się po Polsce i świecie: Warszawa, Kraków, Kopenhaga. W kolejnych rozdziałach poznajemy losy ponad trzydziestoletnich już chłopaków z Ryku, których codzienność wypełniają  zmagania z licznymi problemami i nieustanne poczucie życiowej klęski. Bartek, Karol, Staszek już nie są tymi samymi  chłopakami co dawniej. Zapomnieli o swoich ksywkach. Zapomnieli o zamku. Nie zapomniał tylko Szymek, żyjący w oparach mrocznej rykusmykowskiej tajemnicy, którą stara się rozwikłać, tajemnicy, która mimo rozstania cały czas łączy w jakiś sposób dawnych przyjaciół i jest powodem ich powrotu do macierzy. Życie chłopaków z Rykusmyku pokazuje, jak trudno jest ogarnąć rzeczywistość, jak straceńcza może okazać się walka o przetrwanie na tym świecie, że w większości przypadków jesteśmy skazani na klęskę, chociaż mamy jeszcze nadzieję.


      Powieść Orbitowskiego  już w warstwie fabularnej nie spełniła moich oczekiwań. Czytając o losach straconej młodzieży dorastającej na prowincji miałam wrażenie chaosu, zbyt wielu rzeczy trzeba było się domyślać. Zabrakło mi też intelektualnej podniety, to wszystko okazało się dla mnie zbyt płaskie. Pomieszanie światów, nadto oczywista tajemnica i estetyka grozy uczyniły tę książkę nieco naiwną. Byłoby lepiej dla tej powieści, gdyby Autor skupił się wyłącznie na warstwie realnej, pokazał rozterki współczesnych trzydziestolatków, które w „Szczęśliwej ziemi” przemknęły niemalże niezauważalnie, były niewyczuwalne, zabrakło im wyrazistości. Winna jest tutaj moim zdaniem narracja, która nie sięgnęła w głąb człowieka, zadawalając się zbyt prostymi opisami.


      „Szczęśliwa ziemia” Łukasza Orbitowskiego to rzemieślnicza robota, płaska fraza, mało charakterystyczny język i historia, której zdecydowanie zabrakło wyrazistości. Nie sądzę jednak, aby to miało zniechęcić mnie przed kolejnymi tomami tego pisarza, mam nadzieję mniej wpisującymi się w estetykę popularnego czytadła. Orbitowski ma chyba potencjał, aby napisać coś więcej niż zwykłą powieść obyczajową. Tak więc na naprawdę dojrzałe dzieło tego Pisarza chyba jeszcze poczekamy.

       

      Łukasz Orbitowski, Szczęśliwa ziemia, Wydawnictwo SQN, Kraków 2013

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 stycznia 2014 12:07
  • środa, 15 stycznia 2014
    • Tymona odwieczna walka z masówką – "ADHD" Tymon Tymański w rozmowie z Rafałem Księżykiem

       

       


      Rozmowa z Tymonem Tymański ma sens tylko wtedy, jeśli chce się z nim zrobić  wywiad rzekę i to rzekę na jakieś 500 stron. Tak też uczynił Rafał Księżyk. Tymański ma gadane. Płynie i płynie, i nie jest on bynajmniej żeglarzem poczatkującym , bowiem już dawno temu wypłynął on na bezkresne wody polskiej kultury offowej.   Jest on sobie sterem, żeglarzem, okrętem, jest kapitanem, w niejednym porcie już gościł i Bóg raczy wiedzieć, kiedy zakotwiczy na dobre. Śmiem twierdzić, że nieprędko, może nigdy. A na morzu, jak to na morzu, wiele niebezpieczeństw na niego czyha, można się rozbić, i to z hukiem, o ostre skały kultury masowej, które tylko czekają, aby zrobić miazgę z takiego offowca jakim jest Tymon Tymański.


      Bo o wieczną walkę z masówką tu wszakże chodzi, o to, co nie z autentycznej twórczości się zrodziło, lecz z rzemieślniczej produkcji. Rzemieślnicy kultury masowej produkują tak zwaną sztukę według przyjętych uprzednio form. Rach, ciach, ciach i mamy piosenkę, srututu i jest film. Wstyd i żenada to pojęcia im nieznane, można w razie czego powiedzieć, że odbiorcy to debile, chamy, prostaki i się nie znają. Jasne;)


      Co gorsza, kiepskie książki, ogłupiające filmy, otumaniające seriale, denne piosenki stają się dla wielu źródłem wiedzy o życiu, dają nieuzasadnione niczym poczucie  obcowania ze sztuką, kształtują gusta, o których przecież się nie dyskutuje, nie wiedzieć właściwe czemu. Owszem, Tymona można nie lubić, i zapewne ma on wśród odbiorców muzyki w ogóle więcej antyfanów niż fanów, ale mam jakieś przeczucie, graniczące z pewnością, że go to nie obchodzi.


      O czym zatem jest „ADHD”  wywiad, który przeprowadził z Tymonem Tymańskim Rafał Księżyk? A jest to nic innego jak historia polskiej muzyki alternatywnej, polskiej sceny offowej, która narodziła się w Gdańsku w 2. połowie lat 80. Zaczęło się od Totartu, którego pokłosiem były dalsze artystyczne wyczyny Tymańskiego, póki co znajdujące zwieńczenie w „Polskim gównie” – filmie, którego pomysłodawcą jest Tymon Tymański, filmie, który bezlitośnie ma ośmieszyć polski show-biznes, kulturę masową, filmie-legendzie, który rzekomo już powstał, ale jeszcze nikt go jeszcze nie widział. 


      Tymon Tymański pięknie i z niewiarygodną  dokładnością opowiada o kształtowaniu się trójmiejskiej sceny alternatywnej, o swoich początkach w Totarcie, przyjaźni ze Zbigniewem Sajnogiem, sekcie Niebo, buddyzmie, fascynacjach muzycznych, wreszcie narodzinach Miłości (tu należy przypomnieć rewelacyjny film Filipa Dzierżawskiego), o przyjaźni z Mikołajem Trzaską, jazzie, yassie (Tymon był spirytus movens tego zjawiska) i rock’n’rollu.


      Nie ukrywam, że historia Miłości jest w tej książce jedną z najciekawszych, wszak to przedsięwzięcie jedyne w swoim rodzaju, coś co było ewenementem na polskim rynku muzycznym. Miłość namieszała na rodzimej scenie jazzowej, była powiewem świeżości, dzikości, porywem i zrywem, którego chyba nikt się nie spodziewał, zaskoczeniem i szaleństwem, które nawiedziło członków grupy, doprowadzając do pewnego wyłomu w jakże skostniałej strukturze pieczołowicie i z gorliwością utwardzanej przez środowisko jazzowe w Polsce.

       

      Rozmowa Księżyka z Tymańskim jest obowiązkową lekturą nie tylko dlatego, że możemy poczytać o rozlicznych projektach artystycznych kontrabasisty Miłości (m. in. Kury, Trupy,  The Transistors), ale też ze względu na niezwykle zajmujące historie ludzkich przyjaźni, koleżeństw, związków, niechęci, które jak to w życiu bywa napędzają człowieka, stawiają przed nim nowe wymagania, czasami niewolą.


      Dużo prawdy Tymon mówi o polskim show-biznesie, prawdy gorzkiej, ale jedynej. Bycie autentycznym nie jest łatwe. „Konflikt polskiej „estrady” z offem to leitmotiv mojej twórczości” – mówi Tymański. „Oczywiście mam świadomość, że ta cala alternatywna walka z show-biznesem jest skazana na porażkę. Z wielu powodów. Po latach nikt nie będzie dostrzegał naszych małych zmagań z PSJ-ami, z akademiami fonograficznymi, sprzedajnymi radiowymi prezenterami, nieuczciwymi jurorami, wreszcie skurwiałymi, głuchymi burmistrzami miast, którzy łożą po czterdzieści tysięcy na plenerowy koncert Bajmu (...). Zasady są proste – głupie melodie, pisane pazurem przy ognisku, jak najmniej szczerości w tekście i jak najmniej muzyki w muzyce”. Tymański ma czterdzieści pięć lat. Ani mało, ani dużo. Zbadał temat jednak dogłębnie. Nie połakomił się na coś, co mogło wprowadzić go do tak zwanego mainstreamu, oparł się umasowieniu, nie przehandlował swojej duszy. Erich Fromm pisał kiedyś, że kultura masowa jest czymś co można przyrównać do „naciskania guzika”, który działa na zasadzie zaspokajania prostych i nieskomplikowanych potrzeb. Taki odbiorca prędzej czy później, w wyniku swojej biernej postawy, zwulgarnieje kulturowo. Bezrefleksyjne odsłuchiwanie tego co leci w radiu, dotyczy to również kina, a w szczególności telewizji, powoduje, że prawdziwy muzyk, artysta w ogóle czuje się dziś niepotrzebny. „Mamy do czynienia z nadprodukcją, inflacją wyrazu, wreszcie atomizacją i dewaluacją gatunków”  - mówi Tymański i nie sposób się z nim nie zgodzić.  


      To że Tymańskiego słucha kilkunastu, może kilkudziesięciu porąbańców w tym kraju, że na koncerty zespołów offowych przychodzi jakieś pięćdziesiąt osób, które dokonują świadomych wyborów w swoim kulturalny życiu, nawinie wierząc w „ostateczny krach systemu korporacji”, czekając „na przewrót, który sprawi, że cały ten totalnie konsumpcyjny układ pierdolnie” daje nadzieję, że uda się czasami jeszcze posłuchać dobrej muzyki, no może nie w radiu, ani w telewizji – wystarczy po prostu nie naciskać tego guzika!

       


       Tymon Tymański, Rafał Księżyk, ADHD, WYdawnictwo Literackie, Kraków 2013

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      środa, 15 stycznia 2014 06:54
  • środa, 01 stycznia 2014
    • Boże, jak tu brzydko - "Wanna z kolumnadą" Filipa Springera

       

       

      3 miesiące – tyle czasu urzędował Grzegorz Piątek (od sierpnia 2013) na stanowisku  naczelnika Wydziału Estetyki Przestrzeni Publicznej stołecznego ratusza. Nie traktowano go poważnie - tak uzasadniał powód swojej rezygnacji. A kiedy obejmował nowe stanowisko, powiało w Warszawie nadzieją, bo Grzegorz Piątek miał być tym, który w mieście posprząta. Młody architekt stwierdził, że był tylko narzędziem politycznej propagandy w rękach przerażonych widmem referendum urzędników Pani Prezydent. Szkoda jednak, że zabrakło mu wytrwałości w przeciwstawianiu się biuralistom, że nie wykorzystał pewnej szansy, że nie okazał się fighterem. Brzydota zalewa polskie miasta i miasteczka, brzydota dominuje, w brzydocie bijemy rekordy. Co jakiś czas pojawi się na ten temat nieduży artykuł, ktoś się oburzy, zerwie nielegalną reklamę, założy grupę na Facebooku  - i to by było na tyle. Szpetoty w polskich miastach od tych oddolnych akcji nie ubywa.

       

      Tak więc dobrze znane nam nieład, chaos i bezhołowie w polskiej przestrzeni są tematem zbioru reportaży Filipa Springera „Wanna z kolumnadą”.

       

      Polacy mają schizofrenię estetyczną. Z jednej strony ich domy, osiedla, miasta są szare, oblepione reklamami, które jakoś na co dzień aż tak bardzo nikogo nie rażą, można powiedzieć, że wrosły w krajobraz, co chwilę pojawiają się nowe, więc wynika z tego, że jest potrzeba, jest akceptacja dla takiego stanu rzeczy. Z drugiej zaś strony w poszukiwaniu piękna uciekamy w styl barokowy, pełen przepychu, lubimy jak jest na bogato, trochę egzotycznie, jak się błyszczy, a szczególnie jak sąsiad zazdrości nam tego całego splendoru. To uzasadnione licznymi kompleksami i frustracją, bo czymże innym, zamiłowanie do obfitości widać w domach, jakie stawiają ci, którzy oczywiście mają na to pieniądze, ale marnotrawią je na pozbawione elegancji i dobrego smaku „posiadłości”. Ci, którzy nie mają tak zasobnych portfeli, ale stać ich na „luksus” przy niedzieli, wynajmują salę weselną w Venecia Palace w Michałowicach i potrzeba czucia się kimś wyjątkowym zostaje zaspokojona. Z ciasnego mieszkania do wulgarnego wnętrza pałacowego ociekającego złotem – z chłopa król!

       

      Filip Springer dokonał rzeczy niebywałej: zjeździł Polskę wzdłuż i wszerz tylko po to, aby zebrać w jedną całość wszystko to, co ją oszpeca. Wyszło z tego siedem grzechów głównych: nowe osiedla na odciętych od świata przedmieściach, pociąg do pałacowego przepychu, pastelowe blokowiska, szpetne obiekty hotelowe, duszne miasta bez rzek, mania odgradzania się i bezprawie w branży reklamy zewnętrznej. Okazuje się, że wszystko jednak da się jakoś wytłumaczyć i usprawiedliwić. Na zabłocone przedmieścia bez dróg dojazdowych przeprowadzamy się, ponieważ pragniemy ciszy i spokoju, taka tęsknota za wiejską sielanką, choć jeszcze w granicach miasta. Styl przepyszny kręci nas, bo „Polska miała trudną historię, społeczeństwo było biedne” – jak mówi twórca Venecia Palace w Michałowicach Wacław Goźliński. Malowanie bloków z płyty na jasne i blade róże, zielenie, pomarańcze, błękity i cytrynowe żółcie (epidemia pastelozy) wynika z niechęci obywateli do wszechotaczającej ich szarości i burości. Makabryły hotelowe mają podnieść prestiż kurortu. Małe rzeki w wielu polskich miastach  zniknęły, bo musiały zniknąć w wyniku ich regulacji. Odgradzamy się, bo się boimy. Czego? Pewnie wilka złego. Banery i bilboardy natomiast wywieszane są dlatego, że wszyscy tak robią i nikt tego nie kontroluje. Po prostu.


      Brzydota w polskich miastach jest porażająca. Władzom przede wszystkim nie opłaca się zadbać o porządek.  „Wanna z kolumnadą” Filipa Springera dzięki rzetelności dziennikarskiej Autora, licznym fotografiom to nie tylko fascynująca opowieść, ale już w zasadzie dokument, dokument naszego niedbalstwa, ale i bezradności tych, którym zależy. Grzech zaniechania dotyczy tu każdego: urzędników i zwykłych obywateli. Najłatwiej jest tłumaczyć polską brzydotę najpierw socrealizmem, potem modernizmem. Ale to jednak kapitalizm wprowadził największy chaos, który opanował naszą przestrzeń pod pretekstem wdrażania idei wolnego rynku. Wolnemu rynkowi możemy więc podziękować za szereg niechlujnych projektów architektonicznych, za nic mających kontekst historyczny otoczenia, w którym się owe nowe, prosto z bogatego Zachodu budynki pojawiły.   


      Pewnych rzeczy nie da się już naprawić, ale można przynajmniej ich nie pogarszać no i zabrać się za sprzątanie.  Książkę Filipa Springera powinni przeczytać: każdy prezydent miasta i każdy burmistrz, urzędnicy odpowiadający za estetykę w swojej gminie i jeszcze parę innych osób, od których coś zależy.

       

       

      Tak "ładnie" jest na warszawskim Ursynowie :( 

       

      Filip Springer, Wanna z kolumnadą, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Boże, jak tu brzydko - "Wanna z kolumnadą" Filipa Springera ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      środa, 01 stycznia 2014 17:23
  • piątek, 27 grudnia 2013
    • Czas zacząć wszystko od nowa – „Jeden” Marcina Świetlickiego i „Sromota” Świetlików

       

       

       

       

      Marcin Świetlicki wydał wiosną tego roku kolejny tom poezji zatytułowany „Jeden”, jesienią natomiast ukazała się nową płyta Świetlików pod tytułem „Sromota”. Obie te rzeczy, jak zawsze w przypadku Świetlickiego i Świetlików, łączą się w jedną całość. Kilka tekstów z dość obszernego tomu „Jeden”, składającego się z aż 88 wierszy (a nie 44 jak to zazwyczaj bywało) znalazło się na płycie „Sromota”. Warto wspomnieć, że dwa lata temu ukazał się opasły tom „Wierszy” Świetlickiego zawierający aż dziewięć Jego książek poetyckich z lat 1992- 2009. Te 535 utwory to niewątpliwie imponujące podsumowanie dotychczasowej twórczości poety z Krakowa. Przyszedł więc czas na nowy początek i jak to z początkami bywa, należało zacząć od numeru JEDEN.

       

       

       

       

      W tomie „Jeden” możemy śledzić życie podmiotu lirycznego od przedwiośnia do zimy. W nowych wierszach Świetlickiego oraz na płycie „Sromota” brakuje jednak towarzysko – obyczajowych wątków, do których jesteśmy pewnie wszyscy mocno przywiązani. Zamiast tego mamy skupienie się na sobie, na lirycznym „ja”, będącym alter ego poety.  Bohater tych wierszy nadal przebywa w mieście, ale w mieście tym jest jeszcze bardziej osamotniony niż kiedyś, właśnie się przeprowadził i po raz pierwszy od lat zamieszkał sam. Podmiotem lirycznym tych utworów jest dobrze nam znany mężczyzna, mężczyzna, ale wciąż chłopiec, który zaczyna wszystko od nowa. Nowy dom, nowa samotność, nowa miłość, ale stary, od lat towarzyszący mu lęk.

       

      Do niezwykle istotnych cech poezji Świetlickiego od zawsze należały stale prowadzona gra ze światem zewnętrznym, uważne i trafne obserwacje dotyczące naszego życia, turpistyczne rekwizyty i miasto – współczesny labirynt, w którym nieustannie błądził poeta. Dawniej z tego miasta nie było ucieczki, nie można było z niego wyjechać. Coś jednak musiało się zmienić. Podmiot liryczny wierszy Świetlickiego jednak zdecydował się je opuścić, nie sam rzecz jasna, ale z nią...


       

                                 mieszkańcy tego miasta powinni zacząć się bać
                          wszystkie wartości poszły się jebać, tak
                          od kiedy upadł motel Krak ja już nie ufam temu miasto
                          a tak dbałem o nie a tak je chroniłem
                          a tak walczyłem z każdym najeźdźcą
                          to miasto myśli że mu wystarczy całodobowy monitoring
                          to miasto myli się bardzo

                           a opuszczam Gotham
                           z Kobietą Kotem

                                                                            Gotham

       

      Jeden jest Bóg i jeden Marcin Świetlicki. Bóg jednak nie jest skłonny do rozmowy z człowiekiem, nie licząc kilku razy, gdy łaskawie przemówił do nas za pomocą proroków. Co się tyczy Świetlickiego, ten nie ma zwyczaju milczeć, choć w swych wypowiedziach bywa dość oszczędny. To stawia go jednakowoż w zdecydowanie lepszym położeniu jeśli chodzi o krytykę współczesnego świata, świata pozbawionego wartości i wrażliwości. Bóg sobie w zasadzie odpuścił, patrzy na wszystko przez palce. Marcin Świetlicki – Batman, superbohater, poruszający swoimi figurkami, sam nieporuszony pierwszy poruszyciel, opuszcza swoje miasto, które już go nie potrzebuje. Bo temu miastu, aby czuć się bezpiecznie, wystarczy całodobowy monitoring. Samotność ludzi wynikająca z ignorancji,  bezsilności i pustki, to wstyd, „palący wstyd”.

       

                               Byś serce moje rozkroił,

                               nic w nim nie znajdziesz inszego,

                               jako te niepokoje:

                               sromota, sromota, wstyd,

                               palący wstyd;

                               jakoweś fata nas pędzą

                               w przepaść

       

                                                                         Wesele (fr.), St. Wyspiański

       

      Najnowszą płytę Świetlików otwiera utwór „Sromota”, czyli cytat z samego Wyspiańskiego. Słowa „Sromoty” to słowa Stańczyka, znanego z ostrego dowcipu błazna Jagiellonów, błazna, który  w historii Polski  zapisał się jako symbol mądrości. Tak więc Świetlicki rzuca w kąt strój Batmana i przywdziewa szaty Stańczyka, jest naszym głosem wewnętrznym, jakże uciążliwym sumieniem, nie wierzy już swojemu miastu, swoim ludziom, jest ironiczny, ale i rozżalony, jednak już nie grzmi, nie bije na alarm, choć podnosi głos i potępia.

       

      Jak zatem żyć w świecie opuszczonym przez bogów i superbohaterów, gdy sumienia nie da się już zagłuszyć kolejnymi wypadami do knajpy. Tylko miłość może nas uratować, drugi człowiek, uczucie ciepłe i dobre, które wypełni pustkę w nowym, jeszcze nieogrzanym domu.   Ów „wytrawiony” kochanek bardzo dobrze zna miłość, przynależne do niej wszystkie gesty, zna się na słowach, lecz mimo to czuje niepewność. Banał? Być może, ale kto tej niepewności nie poczuje nawet przez chwilę, ten nigdy w pełni nie posmakuje  życia.

       

       


       

      Tom „Jeden” i płyta „Sromota” to chyba jedno z najintymniejszych wyznań, jakie przyszło Marcinowi Świetlickiemu poczynić. Piękna i wzruszająca muzyka, poruszające teksty i JEDNO fundamentalne pytanie: „czy mnie kochasz”?

       

       

                                         26 CZERWCA

       

                                         Klucz leży na podłodze. Znaczący ornament.

                                         Szósta rano. Na dworzec. Z tych proponowanych

                                         przez tablicę ODJAZDY pociągów, kompletnie

                                         żaden nie nada się.

       

                                         Bo nie jedzie się po to, by jechać. Się jedzie

                                         dokądś i po coś. Po dom. Po robotę.

                                         Po kryjówkę. Po ciepło. Musi być spełniony

                                         przynajmniej jeden z wyżej wymienionych

       

                                         warunków. W tym rozkładzie nie da się odnaleźć

                                         odpowiedniego miasta. A w tym tutaj mieście

                                         ja już nie jest. Ja siada na granicy torów,

                                         rozdziera się

       

          

      Marcin Swietlicki, Jeden, EMG, Kraków 2013, Świetliki, Sromota, Karrot Kommando 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      piątek, 27 grudnia 2013 13:03
  • poniedziałek, 23 grudnia 2013
  • niedziela, 22 grudnia 2013
    • Spacerując po szczytach szlachetnej rozpaczy – „Drugi dziennik” Jerzego Pilcha

       

       

      Jerzy Pilch pisząc dwa dzienniki, w których zdaje relacje ze swoich dni, dni przepełnionych osobistą walką z chorobą, wspomnieniami sięgającymi dzieciństwa w Wiśle, młodości w Krakowie, aż do dzisiaj, kiedy to ulica Hoża w Warszawie stała się Jego centrum, Jego tu i teraz, wprowadza nas do świata niezwykle intymnego, przepełnionego intelektualnymi rozważaniami, polemikami z najwybitniejszymi pisarzami i ich dziełami, nie zapominając jednocześnie o ukochanej piłce nożnej i Panu Bogu. Ulica Hoża w Warszawie jawi się w dzienniku Pilcha jako centrum umysłowe tego miasta, by nie powiedzieć państwa, sam Pilch rzecz jasna w olimpijskiej formie, czego nie można powiedzieć o niejednym naszym olimpijczyku, kolejny sezon – szczytowanie i podium zdobyte, bez dwóch zdań.


      Lektura „Drugiego dziennika” Jerzego Pilcha to rzecz niezwykle intensywna i mocna, to niepozbawione refleksji studium dnia codziennego pisarza, wielka księga mądrości, mądrości nieprzegadanej, obfitującej w niebanalny humor.


       „Niekiedy nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż nieco podupadły na zdrowiu - jestem zarazem tysiąc razy zdrowszy niż przez większą część dotychczasowego życia". Jerzy Pilch rozprawia się ze swoją chorobą, polemizuje z nią, wyzywa ją na pojedynek, szydzi z niej, gdyż „Czego nie da się wykluczyć – to należy ośmieszyć. Kogo nie da się wykluczyć – tego należy zignorować, upokorzyć, sterroryzować, zaszczuć. Jedyne wyjście? Może nie jedyne, ale dla mnie wymarzone. Cykl tekstów polemizujących z chorobą, miażdżących chorobę, kompromitujących chorobę, wykazujących chorobie elementarne braki, doprowadzających chorobę do skrajnej depresji (...) oto mój sen, moje marzenie i moja nadzieja; za możliwość napisania takiej rzeczy zrobię, Panie Boże, wszystko, dziecku – jeśli każesz – wyrwę z zaciśniętej piąstki ostatnią landrynkę”. Choroba zaczyna intrygować, prowokuje do stawiania pytań, ale i do obmyślania sposobu walki, opracowywania taktyki, bo to jest wojna, w której nie da się wygrać, ale nie o to tu idzie. Idzie o czas, ile można jeszcze zyskać, co można z wroga jeszcze wycisnąć, jak wykorzystać tę nową perspektywę. Monopol na cierpienie mają wybrani, sama choroba staje się „szansą, nadzieją i darem bożym”. Zaprzecza więc Pilch Cioranowi, do którego w „Drugim dzienniku” niejednokrotnie się odwołuje, a który wyłączności na cierpienie nie przyznaje wybrańcom, widząc w tym dyletanctwo i niezdrową rozrywkę. Pilchowa koncepcja choroby, choroby przeżywanej autentycznie, stawia chorego ponad zdrowym, idąc tym tropem, cierpiącego ponad szczęśliwym. Nie jest to nowe, my to znamy, ale warto to powtarzać sobie po stokroć, warto wziąć udział w tym sporze, w tej dyskusji, warto stanąć po czyjejś stronie, zabrać głos, choćby nikt nas nie usłyszał, przedyskutujmy to z sobą samym.


      Każdy dzień zapisany w dzienniku pokazuje, że Pilch, nie boję się tego powiedzieć,  spaceruje po szczytach rozpaczy, rozpaczy niezwykle szlachetnej, zachowując jednocześnie przezroczystość i jasność swej myśli, tu jest siła, mimo że można by dramat choroby potraktować jako przyzwolenie do umiejscawiania siebie w centrum świata, można by uczynić z niej najważniejszy wątek w całych dziejach, wtedy byłby Pilch groteskowy i żałosny. Ale nie jest. Jest on z chorobą na prywatnej wojnie i bije ją bronią potężną, bronią rażenia intelektualnego. Pilch uprawia sztukę chorowania, mianuje się suwerenem wszystkich pacjentów, z rozbrajającą szczerością przyznaje się do pragnienia bycia pierwszym spośród wszystkich chorych. Gra o najwyższą stawkę możliwa jest tylko przy dolegliwości poważnej, nieuleczalnej, inne przypadłości ośmieszają człowieka, lepiej się do nich nie przyznawać.

       

      Pilch wygrywa między innymi tym, że niestrudzenie omawia Manna, Ciorana, Babla, Márai’a, Nabokova, Grassa, dyskutuje z nimi, wielbi co poniektórych , z innymi się nie zgadza. Jako umysł nieprzeciętny czyta dzieła wielkie, młodych się już naczytał, jak powiada, teraz nie ma co czytać, trzeba wracać do tych najwybitniejszych. I ma rację, bo wielkie powieści u nas, może poza kilkoma wyjątkami, nie powstają. Zapanował wielki głód wielkich powieści, a roczniki najmłodsze zawodzą na całej linii, nie ma co czytać, aby intelektualnie się wzmacniać, nie ma nawet co marzyć o intelektualnej setce dla kurażu, posucha.

       

      "(...) zamiast licznych narzeczonych jeden Pan Jezus człowiekowi został. Niby wysoko, a markotno (...) Niby największa miłość, jaka może człowieka spotkać, a człowiek coś z radości nie skacze".


      Niestrudzenie też Pilch dialoguje z Bogiem, dialoguje w sposób obezwładniający czytelnika, aż niekiedy żal, że jest się pozbawionym łaski wiary. Wyrzuca mu na przykład śmierć Jerzyka z Poczty, który gdyby żył, obejrzałby mecz z Urugwajem, obejrzałby jak Urugwaj pięknie i niezapomnianie spuszcza łomot naszym, stracić to, znaczy stracić niemalże wszystko! 


      Jest też w ”Drugim dzienniku” kilka historii korespondujących z ostatnim beletrystycznym dziełem Jerzego Pilcha „Wiele demonów”. W jednej z nich Autor opowiada na przykład jak to babka Czyżowa i Hania od Kocięłłów razu pewnego o mały włos nie umarły ze śmiechu, wyjąc niemożebnie, pogrążając się  wraz z tym pełnym bólu skowytem w obłędzie. No jakbym o własnej babce czytała.


      Pisanie dziennika zawsze będzie pisaniem intymnym, ale Boże uchowaj nas przed chorym ekshibicjonizmem autorów, bezwstydem zrodzonym z ich frustracji i niespełnienia. Jerzy Pilch wie jak pisać dziennik i raczy czytelnika dziełem pięknym i wielkim, bo mądrym, wyważonym, ale nie bez szczypty humoru, humoru Pilchowego rzecz jasna, tak specyficznego,  że nie do podrobienia. Ten dziennik to nie jest czysta diarystyka, to literatura, literatura piękna.

       

       

      Jerzy Pilch, Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 - 20 czerwca 2013, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 grudnia 2013 10:30
  • niedziela, 15 grudnia 2013
    • „Ze szczęściem są same kłopoty” – Marek Bieńczyk dla dzieci

       

       

      Od pewnego czasu jestem na bieżąco z literaturą dziecięcą i muszę przyznać, że obcowanie z nią daje mi więcej radości niż mogłam się tego spodziewać. Pomijam rzecz jasna pozycje tak samo naiwne, jak i różowe, bo ten oto kolor dominuje w ilustracjach książek dla dzieci. Proszę jednak sobie wyobrazić, że powstają dziś poza plastykowymi wydawnictwami mądre książki dla najmłodszych, z dala funkcjonujące od infantylnego i wrzaskliwego świata koników pony, tudzież Hello Kitty z piekła rodem;) Mądre książki dla dzieci zmuszają do myślenia, w pierwszej kolejności rodziców, prowokują do rozmowy z własnym dzieckiem, co dziś bywa niezwykle trudne. Nie chciałabym być jednak być źle zrozumiana - ja wcale nie jestem przeciwko disnejowskiej estetyce, bo ona jest dobra dla dzieci. Idzie mi jednak o równowagę, aby od najmłodszych lat uczyć i przyzwyczajać dziecko do jakże trudnej sztuki myślenia.


       

      Nie jest łatwo napisać dobrą książkę dla dzieci. Moje pokolenie wychowywało się na klasykach: Tuwimie, Brzechwie - jeśli chodzi o poezję, a z prozy czytało się przecież Niziurskiego i Bahdaja. Szczerze wątpię, by dziś pojawił się ktoś, kto zdobędzie pozycję prawdziwej legendy literatury dziecięcej i młodzieżowej, choć życzę sobie tego. Obawiam się, że za 15 lat dzisiejsze dzieci nie pomną swego ulubionego autora, nie powiedzą, że zmieniał ich szare życie, że ubarwił ich dzieciństwo. Nie oznacza to, że w tej dziedzinie nic się nie dzieje. Dzieje się. Pewne tytuły, które pojawiają się na rynku, pozwalają wierzyć, że nie wszystko jeszcze stracone, że da się wychować mądre dzieci za pomocą tak wyrafinowanego narzędzia tortur jak literatura współczesna. Mówię o tym z lekkim przekąsem i puszczam oko do czytelników, czytelników mądrych, którzy mądrymi rodzicami są i marzą o inteligentnych dzieciach. To Wam bowiem „mądrale” gorąco polecam dwie książki dla dzieci autorstwa Marka Bieńczyka, tak, tego Bieńczyka od „Tworków” , „Melancholii” i „Książki twarzy”.



      „Nussi i coś więcej” to debiut Bieńczyka jako pisarza dla dzieci. Pewnego dnia do Lasu przybył królik o imieniu Nussi. W Lesie, w którym żyrafa nazywała się Szyja, słoń – Trąba, a Lew  - Grzywa, królik o tak niezrozumiałym i dziwnym imieniu był zjawiskiem. Nowemu przybyszowi z nieufnością i strachem przyglądał się kruk  o imieniu Czarny. Tylko on nie uległ magii nowego  i ekscentrycznego lokatora Lasu, który zmienił wszystkim zwierzętom ich imiona. Żyrafa Szyja odtąd nazywała się Woabi, dzik Ogonek zmienił imię na Kodi, a kozioł Bródka na Sawaszi. Zwierzęta oszalały, zmiana imion pociągnęła za sobą kolejne zmiany, można rzec rewolucyjne – mieszkańcy Lasu zaczęli zmieniać kolor swojego futra, przebierać się, strzyc, dziwnie się zachowywać. Nie opowiem, jak skończyła się ta historia, zachęcam do lektury. „Nussi i coś więcej” to fascynująca opowieść o tolerancji dla inności, gotowości na spotkanie czegoś/kogoś nowego, o tęsknocie za tajemnicą, odkrywaniu do tej pory nieodkrytego.

       

       



      „Książe w cukierni” to druga książka dla dzieci Marka Bieńczyka. Mamy tu jednak do czynienia nie tylko z piękną filozoficzną opowieścią, ale i z prawdziwym artbookiem. Jest to bowiem książka harmonijka do rozłożenia o długości niemalże 6,5 metra! I nie skłamię, ani nie przesadzę, jeśli powiem, że jest to najdłuższa książka jaką czytałam. Bohaterami tej historii są Duży Książe i Kaktusica, którzy jedząc w cukierni pączki, szarlotkę prowadzą piękną, ale i nieco smutną rozmowę o życiu i szczęściu. A zaczyna się ona tak: „Ze szczęściem są same kłopoty”. I jest to prawda fundamentalna, pierwsza i zasadnicza. Nasze dzieci powinny o tym wiedzieć jak najwcześniej. Szczęście jest trudne nie tylko do zdefiniowania, trudno je przede wszystkim dostrzec, nie wspominając o braku umiejętności w jego przeżywaniu. Proste przyjemności, nieskomplikowane życie – tego się nie docenia, przeszłość stale jest postrzegana przez nas jako czas idealny, lepszy przynajmniej od teraźniejszości, czy oby na pewno?

       

      fot. Wydawnictwo Format

       

      

      Książki dla dzieci autorstwa Bieńczyka doskonale nadają się również dla dorosłych. Są ciepłe, ciekawe, niepozbawione humoru, pełne prostej mądrości.  Myślę, że to właśnie rodzice powinni je przeczytać w pierwszej kolejności, przemyśleć, przegadać, żeby potem móc odpowiadać na pytania swoich dzieci, które się podczas wspólnego czytania tych tytułów posypią z pewnością.

       

      Marek Bieńczyk, Adam Wójcicki (il.), Nussi i coś więcej, Wydawnictwo Format, Wrocław 2012

      Marek Bieńczyk, Joanna Concejo (il.), Książe w cukierni, Wydawnictwo Format, Wrocław 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 grudnia 2013 18:00
    • LEKTURY DLA BĘDZINA

       

      Dziś chciałam Was poinformować o bardzo ważnej akcji LEKTURY DLA BĘDZINA.

      Fundacja Więcej Serca organizuje w tym roku świąteczną zbiórkę lektur szkolnych

      dla Miejskiego Zespołu Szkół nr 4 w Będzinie.

      Zbiórka ma na celu zakup pozycji z przygotowanej wcześniej listy dla uczniów szkoły podstawowej i gimnazjum. Fundacja przekaże zakupione lektury do szkolnej biblioteki, aby dzieci miały do nich nieograniczony dostęp. Zbiórka potrwa do końca 2013 roku.

       

      Myślę, że warto w ten sposób wesprzeć edukację młodzieży, która nie zawsze ma możliwość zakupu każdej lektury. Dostępność książek w bibliotece szkolnej w znaczny sposób ułatwi uczniom kontakt z szeroko rozumianą kulturą.

       

      Aktualne informacje o przebiegu akcji świątecznej i pełną listę niezbędnych lektur szkolnych można znaleźć na

      https://www.facebook.com/FundacjaWiecejSerca/posts/744267092253482

       

      Osoby zainteresowane wsparciem projektu „Lektury dla Będzina” poprzez:

      - wpłatę na konto Bank PKO SA  23 1240 4650 1111 0010 4417 3129

      (tytułem: Darowizna na rzecz projektu: Lektury dla Będzina)

      - lub podarowanie wybranej pozycji z listy potrzebnych lektur,

      kontakt mailowy: bjarmul@wiecejserca.org lub kontakt telefoniczny 607 363 880

      Koordynator projektu – Barbara Jarmuł

       

      ZACHĘCAM DO WZIĘCIA UDZIAŁU W AKCJI!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 grudnia 2013 15:57

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

AAA


Kontakt: beata.januszkiewicz@gazeta.pl pod.tytulem@gazeta.pl