pod tytułem

blog Beaty Januszkiewicz o polskiej literaturze współczesnej

Wpisy

  • czwartek, 17 kwietnia 2014
    • Kiedy życie nabiera smaku - "Czardasz z mangalicą" Krzysztofa Vargi

       

      Czardasz z mangalicą

       

       

      Krzysztof Varga w felietonach publikowanych co czwartek w Dużym Formacie bywa bezlitosny, zjadliwy, ironiczny, wyzłośliwia się i prowokuje.  Ale w ten sposób autor „Gulaszu z turula” rozmawia tylko z Polską. Zupełnie inną sprawą są Węgry. Tutaj ogarniają go  melancholia i smutek, tutaj staje się czuły, jakby delikatniejszy, choć nie bezkrytyczny. Polski wkurw i węgierska depresja. To pierwsze bardzo dobrze znamy, zaś węgierska depresja jest dla nas terenem dokumentnie obcym. Ma ona coś ze szlachetności, ale i beznadziei, nudy, nawet bezczynności charakterystycznej dla terenów rozpaczliwie nizinnych. W „Czardaszu z mangalicą”, najnowszej książce o Węgrzech Krzysztofa Vargi, autor tym razem przemierza węgierską prowincję, gdzie typowym krajobrazem jest puszta, przejmująco płaskie, porośnięte trawą pastwisko. Tam samotność dotyka mocniej – zbyt cicho by spać, nie da się czytać. Wielki step jest jak nieistniejące węgierskie morze, zanadto spokojne, bezgłośnie pochłaniające swoje ofiary.


       

      Krzysztof Varga jako pół Polak, pół Węgier jest spadkobiercą wszystkich niepowodzeń i porażek  obu narodów, a tych było przecież w historii obu krajów niemało. Można rzec, że jesteśmy wręcz wielkimi wygranymi w tej kategorii, plasując się w ścisłej czołówce wśród przegranych (Polaków i Węgrów wyprzedzają chyba tylko Serbowie), na piedestał wynosimy architektów naszych najpiękniejszych klęsk, przywódcy straceńczych armii są u nas bohaterami rozlicznych mitów, a owe mity to fundament naszej tożsamości narodowej. Romantyzm obu narodów to romantyzm klęski, apoteoza przegranych, afirmacja poległych w nierównej, ale przecież zawsze koniecznej walce.


       

      Chciałoby się powiedzieć:  dość historii, ale jak się od niej uwolnić podczas tej węgierskiej podróży, gdy tam wszystko jest Historią, gdy tam tylko Węgry się liczą, gdzie umiłowanie węgierskości objawia się we wszystkim i wszędzie, zwłaszcza w jedzeniu. Varga Węgrami, a szczególnie ich prowincją, zajada się, raz smakuje, raz pożera,  w kiszonych węgierskich warzywach i ociekających tłuszczem potrawach widzi istotę węgierskości - melancholię,  bo są Węgry nieco ciężkostrawne, wraz z całą swoją historią, ze wszystkimi klęskami, z umiłowaniem tego szczególnego uczucia jakim jest zaduma nad niepowodzeniem, lecz nie są niesmaczne, wręcz jakoś mnie zachęca ta kulinarna węgierska prowincja i myślę sobie, że nie opierałabym się zbyt długo, a może w ogóle, przed skosztowaniem osławionej słoniny paprykowej z mangalicy, tudzież faszerowanego słoniną i ostrą papryką schabu; ja w zasadzie już czuję te smaki. Varga jest może jedzeniem opętany, pochłania wręcz kompulsywnie te ciężkostrawne dania kuchni węgierskiej, lecz doszukuję się w tym jakiejś perwersyjnej subtelności, tak, tak, ponieważ owe pożeranie ma w sobie coś z egzystencjalnej rozpaczy, ale i afirmacji życia.

       


      Jedzenie u Vargi ma wymiar znacznie szerszy niż przyziemne zaspokajanie głodu fizycznego. To głód pamięci, która wykorzystuje swoistą synestezję, łączącą ze sobą zmysły smaku, literatury i historii właśnie. Tak, do literatury i historii należy niekiedy odnosić  się jak do zmysłów, bo tylko w ten sposób zdołamy zbliżyć się do prawdy o ludzkości, wszak niemalże wszystko to powodowane było, jest i będzie emocjami.


       

      Tak więc węgierskie szaleństwo to nie tylko kuchnia, to nade wszystko historia, a w jaki sposób, jak nie pomnikiem, tudzież rzeźbą, można oddać jej cześć. Węgierskie monumenty są w jakiś sposób uporządkowane, w przeciwieństwie do polskich, nie są pozbawione w zupełności, jakże niezbędnego w tym przypadku, poczucia estetyki. Polacy z zamiłowaniem i zaangażowaniem godnym znacznie lepszej sprawy szpecą swoje miasta pomnikami o żadnej wartości artystycznej, pomnikami po prostu brzydkimi, w szczególności   znieważając nimi swojego papieża, najwybitniejszego z najwybitniejszych Polaków, który straszy dzieci chyba już w każdym mieście i miasteczku. Vargę wręcz ogarnia pomnikowy szał, jakiś obłęd każe mu chodzić po Szegedzie i podglądać rozlicznie tam wystawione monumenty, miejsca pamięci nie tylko wielkich zwycięstw i klęsk, kamienne wizerunki wodzów, pamiętnych zdarzeń, ale i ludzi znacznie mniej zasłużonych, z życiorysami skromniejszymi, choć nie mniej pasjonującymi; on się tym pomnikom przygląda, drwi z nich, on tymi pomnikami myśli, on się w nich nawet prawie zakochuje.   

       


      Nie byłoby „Gulaszu z turula”, nie byłoby „Czardasza z mangalicą”, gdyby nie ojciec Krzysztofa Vargi, który w jego węgierskich książkach nabiera mocy niemalże kreacyjnej, to ojciec schulzowski, figura ojca, która powraca we wspomnieniach syna, gdy ten zajada się jakąś węgierską potrawą, bądź gdy przypadkowo odnajdzie jakąś starą pamiątkę po nim. Wtedy właśnie wraca ten smak, smak dzieciństwa, niefrasobliwej młodości, i na szczęście nie ma tu żadnej czułostkowości, ale jest czułość, można ją dostrzec w tych rozlicznych wspomnieniach, czy w tych sentymentalnych powrotach do węgierskich miast i miasteczek.

       

       

      Leitmotivem książki Vargi jest chyba przemijanie, chyba, bo Varga nie jest na szczęście dosłowny. Przemija wszystko co najpiękniejsze: smaki, młodość, zmieniają się nasze ulubione miasta, życie i czas są bezlitosne. Do wszystkiego jednak można wrócić we wspomnieniach, niekiedy jednak ocierających się o rozpacz, bo powrotu realnego do pewnych rzeczy nie ma, co najwyżej można czekać na nowe, ale z czasem coraz bardziej tego nowego się obawiamy, niż mielibyśmy wyczekiwać niecierpliwie. O starości Varga pisze, że następuje ona wtedy, gdy zaczynamy bać się nie śmierci, lecz choroby. Myślę, że tak właśnie jest. Ale starość to nie tylko obawa i niepewność, to także nabieranie smaku, to przegryzanie się tego wszystkiego, czego już doświadczyliśmy, wtedy wszelkie potrawy i życie smakują o niebo  lepiej. No i jest jeszcze literatura, ze wszelkich rzeczy ta jest najpierwsza i zawsze smakuje wybornie.

       

      Krzysztof Varga, Czardasz z mangalicą, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 kwietnia 2014 11:11
  • poniedziałek, 07 kwietnia 2014
    • Nudne vademecum z historii najnowszej - "Znaki szczególne" Pauliny Wilk

      znaki szczególne

       

       

      Lata 80. i 90. zawsze będę wspominała z czułością, choć nieszczególnie lubię sentymentalizm i niechętnie się do niego przyznaję,  co nie oznacza, że sentymentalna nie jestem. Czasy dzieciństwa na ogół bywają szczęśliwe, a przynajmniej idealizowane przez już dorosłe dzieci, zwłaszcza gdy w tle niewinnych zabaw na trzepaku historia się rozgrywa, jak zawsze zresztą, bo w tle każdych dziecięcych zabaw historyczne wydarzenia mają miejsce. Tak więc robiąc sobie fikołki, jeden po drugim, grając w klasy, popalając pierwsze papierosy, nawet nie przeczuwałam, że idzie nowe, bo jednak kilku-, kilkunastoletnie dziecko jeszcze nie jest wyczulone na nawet najmniejsze porywy wiatru historii. Refleksja na ten temat przyszła oczywiście, ale wiele lat później, wraz ze świadomością – polityczną i historyczną.  Dziś natomiast mam wrażenie, że wśród moich rówieśników (urodzonych przed 1980), jak i ludzi nieco młodszych, czas ten urósł do rangi mitu. Bardzo chętnie bowiem klasycyzujemy to, czego doświadczaliśmy podczas przełomu, tuż przed nim, zaraz po nim, odtwarzamy to w sobie na różne sposoby, rażeni nieco resentymentem. Kapitalizm nas rozczarował, dorosłe życie nas rozczarowało, Europa nie spełniła naszych wszystkich oczekiwań. Takie myślenie jednak uważam za błędne, obarczone zwykłą i upraszczającą wszystko niechęcią wobec świata, który postawił nam duże wymagania, a sam znalazł się w kryzysie.

       


      Paulina Wilk, rocznik 1980, 25 lat od transformacji, która w zasadzie zaczęła się, gdy pani Paulina jeszcze łopatką w piaskownicy zawzięcie grzebała, napisała książkę, w której postanowiła zapewne zachować od niepamięci czasy przedprzełomowe, moment  zmiany, jak i lata, kiedy Polacy uczyli się żyć od nowa, w świecie jakby tym samym, a jednak zgoła innym. W ten oto sposób powstała książka pod tytułem  „Znaki szczególne” z tym, że znaków szczególnych ona nie posiada żadnych, no może jeden: zaimek my, który irytuje, bo narracja to nieustanne my, my, my, bo Paulina Wilk pisze w imieniu całego pokolenia, dość często zaznaczając podział polskiego społeczeństwa na owe my i oni, czyli na dzieci i rodziców, którzy również musieli zmagać się z wyczekiwanymi, choć i tak zaskakującymi zmianami.

       


      „Znaki szczególne” napisane zostały językiem zmanierowanym, za bardzo wystudiowanym i sztucznym, bo cały czas ma się wrażenie, że to nie opowieść a  wykład, podczas którego czytania nie da się po prostu złapać oddechu. Wszystko tu jest płaskie, bezbarwne, momentami nadęte. Zapewne autorka chciała, aby jej narracja była jak najbardziej pokoleniowa, abyśmy się z nią identyfikowali, czuli jakąś wspólnotę. Owszem, ja niezaprzeczenie  odczuwam wspólnotę tych doświadczeń, bo mniej więcej w tym samym momencie w naszych domach pojawiły się kolorowy telewizor, pierwsza pralka automatyczna, czy pierwszy komputer. Poza tym mój tata, podobnie jak tata Pauliny Wilk, był wojskowym, całe życie mieszkałam na wojskowych osiedlach, w ogóle to w pewnym momencie myślałam, że wszyscy ojcowie, na całym świecie, to żołnierze, że wszyscy chodzą w tych ciemnozielonych mundurach, że wszyscy mieszkają w podobnych do mojego blokach, że świat to w ogóle jedno wielkie wojsko. Z jednym z moich osiedli sąsiadowało osiedle Rosjan, a wraz z całym przedszkolem zacieśnialiśmy więzi z radzieckimi przedszkolakami z Bornego Sulinowa. Dzieciństwo miałam szczęśliwe. Polityka mnie nie dotyczyła. Zresztą, myślę, że większość z nas swoje szczenięce lata wspomina dobrze, a wkraczając w życie dorosłe, mamy zadziwiającą skłonności do mitologizowania tego czasu. Ale Paulina Wilk zdaje się osiągać momentami Himalaje tego idealizowania, szczególnie, gdy zestawia nasz kraj lat dziecinnych z dzisiejszą rzeczywistością - stotalitaryzowaną przez system korporacji. Moralizatorski a nawet nadęty i patetyczny ton niektórych jej wypowiedzi po prostu mnie razi. (Np. „Raz na kilka lat staję nad kartą do głosowania. Tani długopis wciąż wisi na sznurku, ale kotarki już nie ma. Nie potrzebujemy się ukrywać ze swoimi przekonaniami. Wyrażamy je przecież głośno, potwierdzamy w sondażach.” „Za pierwszym razem, gdy już wolno mi było oficjalnie uczestniczyć w wyborach, przyszłam przygotowana. Miałam w głowie nazwiska kandydatów, wsuwałam kartę do urny z satysfakcją. Srogo zapłaciłam za ten debiutancki entuzjazm, oglądając potem degrengoladę moich faworytów”. „Jan Paweł II był ostatnim strażnikiem wartości i słów, w których wzrastaliśmy. (...) Wcześniej słuchaliśmy papieskich homilii jednym uchem, jeśli w ogóle, a do encykliki i książek jakoś nigdy nie mieliśmy czasu zajrzeć”.)


       

      Nie do końca też jestem w stanie sobie poradzić z niektórymi refleksjami autorki, jak na przykład z tą dotyczącą pierwszego kontaktu Polaka z kranem bez kurka. Owszem, lata 90. nie były łatwe, nierzadko też kompromitowaliśmy się jako naród czy to na zachodzie, czy to u nas, rzucając się na nowości jak dzieci na cukierki z zagranicznych paczek, ale nie w tym rzecz. Otóż Paulina Wilk nazbyt często serwuje nam takie przykłady z życia Polaka, który z socjalizmu musiał wkroczyć w kapitalizm, obcy, żarłoczny, dziki i zawstydzający niejednokrotnie, i są to w „Znakach szczególnych” prawdy objawione. Zbyt dużo dosłowności i niedzielnego socjologizowania, przez co książka straciła na wyrazistości. Osobisty ton z pewnością bardziej dotknąłby czytelnika, niż to irytujące „my”. Owszem, Paulina Wilk cały czas mówi o sobie, o swoim domu rodzinnym, o swoich doświadczeniach, ale bez jakiegokolwiek rozmachu i polotu. Dokonuje streszczenia ostatnich trzydziestu lat w formie nieznośnie pretensjonalnej, mówi o tym, o czym każdy z nas wie, niczym nie zaskakuje czytelnika, jak vademecum z historii współczesnej dla maturzystów i to na poziomie ledwo podstawowym.   

       

      Paulina Wilk, Znaki szczególne, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014 

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Nudne vademecum z historii najnowszej - "Znaki szczególne" Pauliny Wilk ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 kwietnia 2014 16:26
  • wtorek, 01 kwietnia 2014
    • Cierpki smak młodości - "Guguły" Wioletty Grzegorzewskiej

         

      Guguły Grzegorzewska

       

      Dzisiejszy piękny, spokojny i leniwy dzień, pełen słońca, choć momentami dość chłodny, przeszywający wiatrem, ale rześki, był idealnym dniem na guguły, niedojrzałe owoce, tak samo cierpkie, jak pierwsze dni wiosny. Trzeba czasami zrobić sobie wagary, nie myśleć o rzeczach tak zwanych poważnych, oddać się swojej pasji, stać się może niekoniecznie dzieckiem, ale chociaż nastolatkiem włóczącym się bez celu po mieście, zmarznąć jak diabli na tym orzeźwiającym słońcu i po prostu wszystko sobie przypomnieć, wrócić tam, skąd się przybyło.

       

      „Dziwnie jest urządzony ten świat. Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły” – słowa te wypowiada jeden z bohaterów opowiadań Wioletty Grzegorzewskiej „Guguły”, a przecież mógłby je powiedzieć każdy z nas. Na zewnątrz pomarszczona już skóra, lecz środek nadal kwaśny, cierpki, niedojrzały – nie jest tak? Bo właściwie kiedy zaczyna się czas, gdy przestajemy być zwykłą dziewczyną i zwykłym chłopcem, którzy wspinają się po drzewach, strychach, eksplorując wszystkie zakamarki w swojej okolicy? Kiedy stajemy się dorośli, kiedy zapada wyrok, że już nigdy, ale to nigdy, nie wejdziemy na drzewo, strych, trzepak i nie będziemy włóczyć się po mieście bez celu?

       

      W „Gugułach” główna bohaterka Wiolka jest zwykłą dziewczyną mieszkającą w Hektarach, wsi na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Poznajemy ją gdy ma kilka lat, bawi się lalkami,  a przestraszona strzałem z kapiszona na odpuście, chowa się pod straganem. Od tego momentu towarzyszymy jej w powolnym dorastaniu, które wypełnia kot Czarny, malowanie (talent odziedziczony po ojcu), zbieranie etykietek z pudełek po zapałkach. Z czasem jednak Wiolka zaczyna odkrywać swoją seksualność, o której przecież w Hektarach się nie mówi, bowiem jest to wieś  bardzo katolicka, choć niezwykle pogańska wraz ze wszystkimi zabobonami, zaklęciami i gusłami babek, matek, sąsiadek i ciotek. To właśnie kobiety organizują życie wsi, to one dojrzewają najszybciej, to one wychodząc za mąż, najwcześniej żegnają się z młodością i rozpoczynają swój dożywotni kierat, co nie znaczy, że w środku nie są jak te guguły. Mężczyźni, w czasie wolnym od pracy (jakiego chyba nie mają tam kobiety), pielęgnują swoje pasje, grają w  pokera, uciekają  w świat przyrody - ojciec Wiolki hoduje pszczoły, poluje na piżmaki, może na chwilę stać się znowu chłopcem.

       

      Wiolka dorasta w świecie niedomówień, licznych domyślników, wszystko staje się jakoś samo, nikt nie prowadzi jej za rękę, jest krnąbrną i niepokorną dziewczyną. Jako dziecko ciągle gdzieś się chowa, jako nastolatka wącha butapren. Zajmuje ją wszytko, co tylko może zajmować dziecko wychowujące się na tak zwanej dzikiej wsi, gdzie poza lasem, łąkami, przystankami PKS-u i weselem co jakiś czas w remizie, nie ma żadnych rozrywek, żadnych miejsc, które by mogły tym dzieciom uporządkować i zorganizować czas. A on przecież biegnie nieubłaganie i trzeba go wykorzystać, nacieszyć się cierpkim smakiem młodości.

       

      Wioletta Grzegorzewska odtworzyła magiczny i piękny świat dzieciństwa niewinnego i niezwykle prawdziwego, bo takiego, które zna większość z nas. Jej bohaterka jest postacią autentyczną, jako narratorka mówi do nas językiem prostym, ale pełno w nim poezji - nienadętej i świeżej. Bo najważniejszą rzeczą jest nie zapomnieć siebie.

       

      Bywa, że przychodzi czas, kiedy otwieramy szeroko oczy i nie możemy wyjść ze zdumienia, że dotarliśmy do jakiegoś dziwnego miejsca, z którego, gdy obejrzeć się za siebie, prawie nie widać tego co było wczoraj, ale bardzo dobrze widać to, co było wiele lat temu. Okazuje się niekiedy, że im dalej zabrniemy w życie, tym bliżej nam do czasów naszej niedojrzałości, do miejsc, z których dawno temu wyruszyliśmy w świat, a tak naprawdę to nigdy stamtąd nie wyjechaliśmy zupełnie i cały czas czujemy, jak szczypie zdarte kiedyś tam kolano, jak smakuje niedojrzały jeszcze owoc, bo przecież wtedy takie były najsmaczniejsze.   

       

      Wioletta Grzegorzewska, Guguły, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 kwietnia 2014 20:46
  • poniedziałek, 31 marca 2014
    • Wagner na ulicy Polanki w Oliwie – „Śpiewaj ogrody” Pawła Huellego

       

      Ulica Polanki w gdańskiej Oliwie, w latach 30. XX wieku nosząca nazwę Pelonkerweg, to miejsce, w którym toczy się akcja najnowszej powieści Pawła Huellego. W jednej z oliwskich rezydencji mieszka pani Greta, żona Ernesta Teodora von Hoffmanna, pięknoducha, miłośnika muzyki operowej, szczególnie Wagnera, do którego jednak traci on zapał, gdy jego sztuka staje się częścią nazistowskiej ideologii, opanowującej właśnie Niemców, tych zamieszkałych w III Rzeszy, ale i tych z Wolnego Miasta Gdańska. Ernest Teodor stara się zrekonstruować rzekomy rękopis  nieznanej opery Ryszarda Wagnera, który kupił od pewnego antykwariusza. Pracując nad nim, jest świadkiem nadchodzących wielkich zmian w dziejach świata - rodzącego się właśnie kultu Hitlera. Zajmuje się on również tworzeniem dzieła monumentalnego - pieśni inspirowanej „Elegiami duinejskimi” Reinera Marii Rilkego (którego jeden utworów użycza powieści Huellego tytułu). Miłością pani Grety, chórzystki Opery Leśnej w Sopocie, jest ogród pielęgnowany przez polskiego ogrodnika Frankowskiego, ogród skrywający mroczną tajemnicę. Właścicielem domu Hoffmannów był bowiem, w dość odległej przeszłości, bo w XVIII wieku,  Francuz de Vernancourt, z którym owa tajemnica się wiąże. Szalony arystokrata, człowiek zły, przywodzący na myśl markiza de Sade, pisał pamiętnik, którego tłumaczeniem zajmuje się nie kto inny, jak właśnie Ernest Teodor von Hoffman.


      Po wojnie pani Greta zostaje sama, Ernest Teodor ginie bez śladu, co pewnie ma związek z jego niechęcią do nazistowskich Niemiec. Piękna Greta decyduje się jednak pozostać w Gdańsku. Mimo, że wszyscy Niemcy po klęsce II wojny światowej opuszczają to miasto ona postanawia czekać na powrót męża. Ernest Teodor nigdy na Pelonkerweg nie wraca, a jego żona dostaje nakaz pracy w oliwskim Polifarbie, zostaje lutowonicą – zamyka na końcu taśmy puszki wypełnione lakierem albo farbą. Co prawda pozwolono jej zatrzymać willę, lecz przechodzi ona na własność państwa, w związku z czym przez lata musi znosić licznych lokatorów w swoim domu, domu, który niegdyś był miejscem pracy twórczej jej męża, ich codziennych rozmów o sztuce, miejscem ich szczęśliwego przecież życia, małżeńskiej sielanki zakłóconej przez wojnę. Jej współlokatorami są rosyjscy żołnierze i Polacy, a wśród nich chłopiec, który z panią Gretą się zaprzyjaźnia i jeszcze po wyprowadzce bywa jej gościem, słucha jej magnetyzujących opowieści o muzyce, poezji i Erneście Teodorze, uczy się języka niemieckiego, a jako już człowiek dorosły stara się ten świat odtworzyć, wspominając dni spędzone na ulicy Polanki, ale też swojego ojca i jego kaszubskich przyjaciół.


      W „Śpiewaj ogrody” chodzi nade wszystko o opowieść, i jest to opowieść o Gdańsku, z dość istotnym elementem autobiograficznym, jest to opowieść o człowieku i historii, która nazbyt często brutalnie ingeruje w życie jednostki.

                                        

      Wiatr historii zdaje się wiać na ulicy Polanki od wieków i to dość silnie, a fabuła powieści pęcznieje z każdym rozdziałem, bowiem jej fabuła sięga czasów sprzed kilku wieków do współczesności, jej bohaterowie są Polakami, Niemcami i Kaszubami, a bez przynajmniej ogólnego rozeznania w historii i sztuce nie da się jej wątków prawidłowo odczytać.


      Mimo to „Śpiewaj ogrody” Pawła Huellego to powieść mało ciekawa, z nieco ciężką frazą, jak sama muzyka Wagnera, która niekiedy wydaje się być największym obciążeniem dla tej historii. Niektóre kwestie wypowiadane są z zadziwiającą naiwnością, trącą infantylizmem, który wraz z wszechobecnym patosem tworzy całość zanadto koturnową. Główny bohater dość często oddaje się wspomnieniom o ojcu, który wprost edukuje syna, co jest, rzecz jasna, jak najbardziej wskazane, lecz w powieści te rozliczne pogadanki na temat Schopehauera, Wincentego Pola, Rilkego, bądź jego własnych doświadczeń wojennych nadają powieści ciężkości, tworzą całość po prostu nadmiernie toporną, co gorsza, w ogóle nie zaciekawiają.

       

      Zdaje się, że Huelle pozostał w swoim pisaniu  na przełomie XIX i XX wieku, jego język nie przystaje do czasów współczesnych, i jeśli w niektórych przypadkach byłaby to zaleta, to tutaj jest to zarzut.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wagner na ulicy Polanki w Oliwie – „Śpiewaj ogrody” Pawła Huellego”
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 marca 2014 08:39
  • poniedziałek, 17 marca 2014
    • Poeta, polityka i kasa – „Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta” Anny Arno

       

      Niebezpieczny poeta

       

      Niebezpieczny poeta” brzmi dość niepokojąco, intrygująco, a nade wszystko wieszczy wciągającą lekturę. No cóż. Płonne nadzieje. Anna Arno pisząc biografię Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego odwaliła z pewnością kawał dobrej roboty, ale jest to robota typowo kronikarska, historyczno-literacka, co z pewnością przyczyniło się do tego, że zabrakło tej książce lekkości. 


      Z lekkością, na akord, trwoniąc niekiedy na prawo i lewo (również w sensie politycznym) swój talent poetycki, pisał za to Gałczyński, mając w głowie wiersz na każdą okazję, ba, wiersz niekiedy pasujący do ilości wolnych wersów w kolumnie gazety. Człowiek z jednej strony niepokorny i - jak sam o sobie mówił - niebezpieczny, z drugiej zaś uwikłany politycznie, piszący raz dla faszyzującego „Po prostu”, innym razem tworzący na zamówienie socjalistycznej propagandy. Był skłonny dokonywać zmian w swoich wierszach, o ile wymagała tego linia polityczna pisma, w którym akurat publikował, ulegał sugestiom redaktorów, swój niebywały talent językowy wykorzystywał na potrzeby ideologii, w które przecież duchowo się nie angażował, potrafił być na nie obojętny, oby zapłacili.  Pisał dobrze o każdym, kto tylko udostępnił mu kontakt z czytelnikiem. Gałczyński kochał poetycką sławę, żył dla niej, zabiegał o popularność. Był zachłanny: na pieniądze, pochlebstwa i publiczność.

       

      Alkoholik. Bywało, że awanturnik. Zakochany w żonie Natalii. Niejednokrotnie krzywdzący żonę Natalię. My to wszystko wiemy, Anna Arno to również ładnie spisała, ale jakimś cudem ten jej Gałczyński grzeczniejszy i milszy niż był  w rzeczywistości wyszedł. On przecież inscenizował samego siebie nieustannie, miał niesłychany talent poetycki, był poetą lirycznym, wzruszał, ale też garściami czerpał z poetyki absurdu, drwił i szydził, parodiował.


      Biografia takiego poety jak Gałczyński – birbanta, alkoholika i awanturnika, człowieka niepokornego, ale jednocześnie skłonnego do podporządkowywania się, jeśli stały za tym pieniądze i możliwość publikowania, to piękne wyzwanie. Można by stworzy tę postać na nowo, odświeżyć ją, niechby Gałczyński przemówił raz jeszcze! Anna Arno opisując życie i twórczość tego nietuzinkowego poety, uczyniła to po bożemu, nie ma bowiem w tej opowieści żadnych emocji, brakuje w niej entuzjazmu, jakby Arno wcale Gałczyńskiego nie lubiła, jest za to spis wydarzeń przeplatany fragmentami wierszy. Opisując życie poety dzisiaj, w czasach znowu niepoetyckich, należało się temu życiu poety, w szczególności jego językowi, nieco podporządkować. Nie widzę sensu w tworzeniu kolejnej akademickiej biografii, która, mimo że puszczona do tak zwanego normalnego obiegu, do czytelnika nie przemówi, nie porwie go, nie zaciekawi.


      A może największym problemem tej książki jest właściwe sam Gałczyński, to że pisał stanowczo za dużo, a każdy jego wiersz jest wierszem autobiograficznym i za cel Anna Arno postawiła sobie przemówić do nas jego poezją – dosłownie. Mamy zatem obszerną biografię poety, będącą interpretacją sporej ilości tekstów Gałczyńskiego, tekstów autobiograficznych, ale nie ma w tej biografii najważniejszego - ducha poety. Jakby poeta ze swego życia po prostu dał nogę.

       

      Anna Arno, Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 marca 2014 15:58
  • niedziela, 16 marca 2014
    • Śmierci przepowiedziane, przetrenowane, spełnione–„Beksińscy. Portret podwójny” Magdalny Grzebałkowskiej.

      Beksińscy. Portret podwójny

       

       

      Nieco ponad dwa miesiące temu byłam w Sanoku. Pogoda sprzyjała leniwej włóczędze po tym jakże ospałym mieście, w którym ciszy i spokoju każdy znajdzie pod dostatkiem. W zasadzie chwilami można było pomyśleć, że wszyscy stąd gdzieś wyjechali, hotel – pusty, sklepy – od 17 pozamykane na cztery spusty, spacerowiczów  - nie ma, samochody – od czasu do czasu jakiś przemknie, ale bywają miejsca, gdzie ruch na ulicach nie istnieje. Zza horyzontu wyłaniają się bieszczadzkie pagórki, przyjemnie tu, o, jak przyjemnie.

       

      Sanok jest daleko, i aby tam dojechać z Warszawy trzeba się tłuc po polskich drogach jakieś 7 godzin. Ale warto. Dla tego spokoju i dla Beksińskiego. Zdzisława Beksińskiego. A po książce Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny” warto odwiedzić Sanok tym bardziej, aby dotknąć, albo jakkolwiek musnąć, miejsce, w którym saga tej rodziny się zaczęła.

       

      W Sanoku Beksińscy mieszkali do roku 1977. Ich dom, pierwotnie warsztat kotlarski położony u podnóża Karpat, był parterowym, skromnym, z czasem zamieniającym się w ruderę budynkiem pełnym zakamarków i labiryntów. Był to właściwie dom – pracownia, dom całkowicie zdominowany przez Beksińskiego fotografika, potem malarza. Schulzowski klimat, senna atmosfera miasta i artysta jakiego jeszcze w tym kraju nie było - wszystko to dopełniało atmosfery tajemniczości, która od samego początku towarzyszyła malarzowi.

       

      Zdzisław Beksiński swoją pracę artystyczną zaczął od fotografii, którą zainteresował się jeszcze jako młody chłopiec. Być może to właśnie jego czarno-białe zdjęcia mówią o człowieku więcej, niż mroczne, wręcz upiorne obrazy, które zaczął malować w latach 60. Dla mnie mają one chyba większą wartość , niż malarstwo Beksińskiego. Zdjęcia te, jak na tamte czasy, były niezwykle nowatorskie i nieprawdopodobnie odważne, łamały konwencję, przekraczały granice, dotykały tabu, które w Sanoku lat 50. było nie do przełamania. Zdzisław Beksiński jako modeli do swoich zdjęć wykorzystywał najbliższych, a nade wszystko swoją żonę Zosię.

       

      Gdy oczekiwał narodzin syna, martwił się, że jego potomek zostanie sportowcem albo księdzem, co w zasadzie było według niego bardzo możliwe, bo uważał, że całe życie prześladuje go pech, a obu tych zawodów szczerze nienawidził. Kiedy Tomasz się już urodził, Zdzisław najwięcej czasu spędzał w piwnicy – tworzył, eksperymentował, sztuka była najważniejsza, dziecko może artyście tylko przeszkadzać. Dorastającego Tomasza matka rozpieszczała do granic możliwości, a ojciec od początku traktował go jak dorosłego. Niczego nikt mu nie zabraniał, nikt na niego nie krzyczał, nigdy nie dostał klapsa, ale też nigdy nie dowiedział się, jak to jest być przytulonym przez ojca.

       

      Po przeprowadzce do Warszawy Beksińscy zamieszkali na Służewie, rodzice przy ulicy Sonaty, syn przy ulicy Mozarta. Tomasz już od dawna zdradzał skłonności depresyjne, nie mógł się odnaleźć w stolicy. Muzyka, przegrywanie płyt, potem tłumaczenie filmów, audycje radiowe, stały się jego pasją, lecz nie przełożyło się to na poczucie spełnienia, nie dawało szczęścia, miłości, której brak stał się w końcu jego obsesją. Relacje z rodzicami, szczególnie z ojcem, komplikowały się coraz bardziej, sława charyzmatycznego radiowca niekiedy ciążyła. Tomek Beksiński chciał czegoś więcej, chciał miłości i to bezkompromisowej, na jego warunkach, jemu podporządkowanej, na nim skupionej.

       

      Książka Magdaleny Grzebałkowskiej jest więc niezwykłym reportażem właśnie o miłości, jej braku, o pasji i skomplikowanych relacjach rodzinnych, gdzie wszystko podporządkowuje się sztuce. W jakiś sposób pokazuje ona portret dwóch osób, bardzo sobie bliskich, jednocześnie oddalonych od siebie, bo najtrudniej jest wbrew pozorom kochać i rozumieć najbliższych.

       

      Magdalena Grzebałkowska przeprowadziła niezliczoną ilość rozmów z ludźmi, którzy z Beksińskimi mieli bliższe i dalsze relacje, zamieszkała nawet na miesiąc w samym Sanoku, przeanalizowała liczne zapiski (również te dźwiękowe i video, które prowadził malarz), by jak najrzetelniej oddać to, co przez kilkadziesiąt lat działo się w rodzinie, pomiędzy ojcem a synem w szczególności, nie zapominając o cichej bohaterce tej dramatycznej historii – Zosi, matce i żonie, która całe życie podporządkowała sztuce swojego męża, depresji syna i jego ciągłym śmierciom.  

       

      Zdzisława i Tomasza Beksińskich Grzebałkowska przedstawiła w swojej książce jako dwie skrajnie różniące się od siebie osoby, ale jakby takie same, bo niezwykłe, nadwrażliwe, ale zupełnie inaczej ze swoją nadwrażliwością sobie radzące. Tomka załamywało wszystko, z życiem właściwie sobie nie radził, bywał bezwzględny wobec rodziców i wobec swoich byłych dziewczyn, skupiony wyłącznie na sobie żądał aby inni zawsze przyjmowali jego punkt widzenia. Zdzisław Beksiński, choć w swoich fotografiach, potem w malarstwie, przedstawiał niezwykle mroczną wizję świata, dzięki czemu skutecznie budował wokół siebie aurę tajemniczości, grozy, makabry i koszmaru, to z pewnością nie przenosił tego na życie codzienne. Owszem, nie był towarzyski, nie lubił wychodzić z domu, nie bywał na własnych wernisażach, choć chętnie przyjmował gości we własnym mieszkaniu,  na co dzień dość pogodny, wesoły i rozmowny, wszystkie demony wyrzucał z siebie podczas pracy twórczej. Tomek zaś hodował je w sobie, nie pozwalał im odejść, a rozpacz przecież musi mieć ujście. Inaczej czeka nas śmierć.


      To właśnie śmierć jest w tej historii tematem przewodnim, to samospełniająca się przepowiednia śmierci przedwczesnej i tragicznej, a w przypadku Tomasza Beksińskiego – zaplanowanej i przetrenowanej.

       

      Rodziny Beksińskich już nie ma. Śmierć Zofii, zmagającej się przez wiele lat z rakiem, samobójstwo Tomasza w wigilijny wieczór, zabójstwo Zdzisława – to wszystko dopełniło makabrycznego obrazu jaki sam się malował przez dziesiątki lat.  Apokaliptyczną wizję świata wyłaniającą się z prac Zdzisława Beksińskiego zawsze jednak rozświetlała przynajmniej jedna jasna plama, światło rozpraszające ciemność przeczące zagładzie absolutnej.

       

      Zdzisław Beksiński

      Fragment obrazu Zdzisława Beksińskiego. 

       

      Magdalena Grzebałkowska, Beksińscy. Portret podwójny, Wydawnictwo Znak, Kraków 2014. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 marca 2014 18:46
  • wtorek, 25 lutego 2014
    • Takie stare, że aż nowe! - "Panna Kreseczka" i Pan Motorek" Wandy Chotomskiej i Bohdana Butenki

      Panna KreseczkaPan Motorek 

       

       

      Kiedyś to dzieciaki miały fajnie. Co by nie powiedzieć o latach 50. i 60. ubiegłego wieku, to jednak literatura dla dzieci miała wtedy zupełnie inny wymiar. Dziś to jakby już nie to samo. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nieco mitologizuję i idealizuję słusznie minioną epokę, to jednakowoż współczesna dobra literatura dla dzieci dość często przykryta jest nadmiarem lichych  pod względem literackim wydawnictw. Na szczęście od jakiegoś czasu możemy odnotować swoisty powrót do przeszłości, czyli wznawianie popularnych serii czytelniczych z naszego dzieciństwa, lub, tak jak w przypadku „Panny Kreseczki” czy „Pana Motorka” Wandy Chotomskiej, być świadkami pięknych debiutów książkowych ponad pięćdziesięcioletnich historii.

       

      Dzięki Muzeum Książki Dziecięcej w zeszłym roku wydawnictwo Muza SA wydało  opisane przez Wandę Chotomską a z ilustrowane przez Bohdana Butenkę przygody „Panny Kreseczki”, natomiast w tym roku możemy już poczytać o przygodach „Pana Motorka” tych samych autorów. Ukazywały się one pierwotnie w latach 1958 – 1959 („Panna Kreseczka”) i 1960 – 1961 („Pan Motorek”) na ostatniej stronie Świerszczyka. Perypetie tej fantastycznej dwójki nigdy wcześniej nie wyszły w formie książkowej, dopiero teraz udało się je zebrać w całość. Tak więc mamy dwa tomy niezwykle ciekawych przygód dwóch nietuzinkowych postaci, które mimo wieku niemalże przedemerytalnego, nie tracą na świeżości, wręcz przeciwnie, jawią się dziś jako  niebanalna nowość!

       

      Panna Kreseczka to całkiem miła, choć figlarna i nielubiąca nudy dziewczyna, która powstała narysowana na płocie. Dość szybko z niego zeskoczyła i pognała w świat w poszukiwaniu przygód. Gdzie jej nie było? A to znalazła się w szafie na czyimś palcie, potem wytrzepana przez gorliwą gospodynię wylądowała wśród kur, to pomieszkiwała w mysiej norze, wśród kotów, to na grzbiecie psa, w tornistrze uczennicy, u malarza... itd. Pan Motorek, bohater kolejnej serii przygód, pojawił się natomiast pewnego dnia przy skwerku, gdy Kreseczka po wyczerpującym spacerku chłodziła się oranżadą a on wlasnie wracał z wiosennej eskapady. Znajomość została zwarta dość szybko, co stało się oczywiście początkiem pięknej przyjaźni obfitującej w liczne perypetie. Pan Motorek okazał się przede wszystkim niezwykle pomocny: zamienił szafę w windę, zmienił konia w zaprzęgu, wysyłając go na zasłużony odpoczynek, wyręczył zapracowanego fryzjera, pełniąc przez chwilę funkcję maszynki do strzyżenia... itd.

       

      Każda strona w pięknie i starannie wydanych książkach to kolejny odcinek przygód Kreseczki i Motorka prezentowany w „Świerszczyku”. Każdy odcinek to zazwyczaj cztery obrazki podpisane czterowersowymi strofkami, które brzmią bardzo melodyjnie, dobrze się je czyta na głos, no i są podszyte niekiedy dość absurdalnym humorem. Panna Kreseczka przede wszystkim bawi, dość często wpada w tarapaty, ale i zadziwia pomysłowością. Jest wesoła, kolorowa i inteligentna. Pan Motorek natomiast to już gość użyteczny, praktyczny i nowoczesny, prezentujący w całej swej okazałości ducha nowych czasów.  

      Nowe zresztą jest tu wszystko, forma książki – komiksu, inteligentne poczucie humoru, rysunki Bohdana Butenki, a także dość nowatorskie jak na tamte czasy rozwiązanie: wkomponowanie w ilustracje (ostatni odcinek „Pana Motorka) zdjęcia autorki Wandy Chotomskiej.

       

      „Panna Kreseczka” i „Pan Motorek” to pełne mądrość i humoru, wyjątkowo zajmujące książki, które czyta się wielokrotnie.

       

      Małe księżniczki też czytają ;) 

       

      Wanda Chotomska, Bohdan Butenko (oprac. graf.), Panna Kreseczka, Muza SA, Warszawa 2013
      Wanda ChotomskaBohdan Butenko (oprac. graf.), Pan Motorek, Muza SA, Warszawa 2014
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 lutego 2014 13:24
  • czwartek, 20 lutego 2014
    • KURDEMOL!

      Wczorajszy dzień upłynął mi pod znakiem „Procesu” :)

      Wszystkich skazanych na czytanie zachęcam do zaopatrzenia się w Kurdemolowe bluzy i koszulki.


       

       


      Tak wyglądały wczoraj przymiarki. Przymierzana wczoraj bluza na szczęście pasowała tylko na mnie. Na jednego za mała, na drugiego za duża, na mnie leży jak ulał, ale to już musicie sobie wyobrazić.


      A tak mniej więcej prezentuje się koszulka. 


       

       

       

      Ale tytułów w Kurdemol mają bez liku. Sami zobaczcie:

       

       

       

       I na koniec cytat, cała prawda o życiu: "Jak pies!" - powiedział do siebie: było tak, jak gdyby wstyd miał go przeżyć. 


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 lutego 2014 10:41
  • środa, 19 lutego 2014
    • Bliżej życia – „Nie pojedziemy zobaczyć Auschwitz” Jérémiego Dres’a

       

       

      Na fali ostatniego wpisu dotyczącego powieści Piotra Pazińskiego czynię dziś wyjątek i zachęcam do przeczytania książki autora francuskiego, choć mającego przodków pochodzących z Polski. Jérémie Dres jest francuskim Żydem, na co dzień zajmuje się grafiką i ilustracją, tworzy komiksy oraz liczne projekty multimedialne.  Babcia Jérémiego, Tema Dres, urodziła się w Warszawie i tu spędziła dzieciństwo, w kamienicy przy ulicy Freta. Tuż przed wybuchem II wojny światowej zdołała uciec do Francji. Jej rodzina pochodziła z Żelechowa, gdzie dziś niełatwo odnaleźć ślady żydowskiej społeczności (Żelechów zamieszkiwało ponad 2000 Żydów). Tema ponad 70 lat swojego życia spędziła we Francji, cały czas świetnie mówiła w jidysz, przygotowywała żydowskie potrawy, podtrzymując w ten sposób tradycję, od której młodzi ludzi coraz częściej się dystansują. Tema Dres powtarzała swojemu wnukowi jak mantrę słowa przestrogi „Nigdy nie żeń się z Niemką. Ani z Polką”. Polska, mimo szczęśliwego dzieciństwa, stała się dla niej wspomnieniem mrocznym, przykrym, od którego chciałaby jak najdalej uciec. Trauma wojny dotknęła wszystkich, rozlała się na kolejne pokolenia. Cień Zagłady padł na całą Europę, a Polska, w świadomości Europejczyków, zawęziła się do terenu ok. 140 hektarów, na których mieścił się obóz w Auschwitz. W 2009 roku Tema Dres zmarła, wtedy to Jérémie postanowił pojechać do Polski, odwiedzić kraj, z którego pochodziła jego rodzina, zmierzyć się z traumą przekazaną mu przez babcię, a nade wszystko stanąć oko w oko z Polakami antysemitami.


      Czy Jérémie odwiedził obóz Auschwitz? Jak mówi tytuł jego książki–komiksu – nie. Nie wybierał się tam nawet przez chwilę, postanowił tylko zobaczyć Warszawę, Kraków i Żelechów. Jego podróż po Polsce trwała tydzień. Tylko tydzień. Lecz zobaczył przez ten czas sporo, spotkał wielu ludzi i zdążył skonfrontować babcine opowieści z rzeczywistością, która okazał się mniej mroczna, niż mu opowiadano.     


      „Nie pojedziemy zobaczyć Auschwitz” Jeremiego Dres’a to naprawdę pouczająca historia o tym, jak dziś wygląda odradzanie się kultury żydowskiej w Polsce. Naturalnie dotyczy to głównie dużych miast, takich jak Warszawa i Kraków, gdzie społeczeństwo jest bardziej zróżnicowane, otwarte, gdzie, co tu dużo mówić, dość często można zauważyć snobowanie się na przynależność do jakiejś kultury.


      Jérémie Dres przyjechał do Warszawy pod koniec czerwca 2010 roku.  Podczas tej tygodniowej wycieczki spotkał się z ludźmi z rozlicznych stowarzyszeń żydowskich, których, jak się okazuje, sporo powstało się w ostatnich latach. Niektóre jednak trwają już od dziesięcioleci i skupiają wokół siebie ludzi starszych, pamietających rok 1968 w Polsce (np. Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce założone w 1950 r.), są wśród nich organizacje skupiające ludzi młodych, np. Stowarzyszenie Żydowskie Czulent z Krakowa, mające na celu integrację społeczności żydowskiej, Żydowska Ogólnopolska Organizacja Młodzieżowa (ZOOM), czy Beit Warszawa, stowarzyszenie będące organizacją religijną skupiającą wokół siebie wyznawców judaizmu postępowego. Jednym z jego przewodników był Jan Śpiewak. Jérémie Dres spotykał się z rabinami, odwiedził Żelechów, gościł na festiwalu Żydowskim w Krakowie, ale nie pojechał do Auschwitz.


       

        


      Jak powiedział w jednym z wywiadów: „Auschwitz to nie wieża Eiffla”. Zdecydował się poznać kraj swoich przodków, zobaczyć jak żyją współcześni Polacy, Żydzi, skonfrontować swoje wyobrażenie o tym miejscu z rzeczywistością. Zobaczył, ku swojemu zdziwieniu, wolnych, uśmiechniętych i tolerancyjnych ludzi, swobodnie łączących się z rozlicznych organizacjach i spotykających się modnych kawiarniach. Nieco więcej strachu najadł się jadąc do Żelechowa, uprzedzony o antysemityzmie ludności polskiej zamieszkującej małe prowincjonalne miasteczka, które niegdyś były przecież ośrodkami żydowskiego życia. Co prawda znalazł tam cmentarz żydowski, na którym pochowani są jego przodkowie, lecz zastał go  w stanie opłakanym,  wręcz katastrofalnym, co właściwie nas pewnie nie dziwi. Po żelechowskiej synagodze (zburzonej na samym początku wojny) dziś pozostał tylko park, który powstał w jej miejscu.


      Jérémie Dres opisał swoją tygodniową podróż po żydowskiej Polsce w konwencji dość nowatorskiej – komiksu-reportażu. Jego opowieść o Polakach i Żydach w Polsce nie jest wolna od stereotypów, które, szczególnie młodzi rozmówcy Jérémiego , starają się usilnie rozwiewać, a niektórzy nawet może zbyt piękną laurkę malują tym relacjom. Tym bardziej książka ta powinna zachęcać do dyskusji. Sam autor nie ucieka od autoironii, humoru i zdaje się rzetelnie relacjonować swoje spotkania (nie zawsze łatwe) z przedstawicielami żydowskiej kultury w Polsce.


      Moim zdaniem to doskonały sposób, aby z błyskotliwym humorem, ale i powagą należną tematowi, zaprezentować Polakom, Francuzom, może i reszcie Europy, kawałek historii tego regionu.

       

      Jérémie Dres, Nie pojedziemy zobaczyć Auschwitz, MF Studio, Warszawa 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      środa, 19 lutego 2014 10:21
  • niedziela, 16 lutego 2014
    • Gdzieś tu jest inne miasto – „Pensjonat” i „Ptasie ulice” Piotra Pazińskiego

       

       

       

      Niezwykle trudno jest dziś o prozę, która będzie czytelnika urzekać swoim językiem. Niewiele jest książek, przez które prowadzi nas wyciszona, wysmakowana i elegancka narracja, operująca słowem. Bo słowo właściwie przestało czytelnika interesować, czytelnikowi chodzi o prostą, nieskomplikowaną historię, często niewiele mającą wspólnego z opowieścią. SŁOWO i OPOWIEŚĆ. O to powinniśmy w prozie zabiegać. Im bardziej wrzaskliwa jest historia opisywana przez narratora, którego język coraz częściej upodabnia się do języka klipów, jest skrótowy, swoją bylejakość tłumaczy zaangażowaniem społecznym, rzekomo ważniejszym niż język, tym chętniej takie książki są nagradzane, tym entuzjastyczniej są one przyjmowane przez krytykę, a przeciętny czytelnik, usłużny wobec mainstreamu, ochoczo po nią sięga. Poza tym presja czasu nie pozwala się pochylać nad lekturami, które wymagają aktywności intelektualnej ze strony odbiorcy, wymusza raczej czytanie na akord.


      Dlatego właśnie proza Piotra Pazińskiego może wydawać się czymś zupełnie nowym, a raczej nowo brzmiącym, bo język, którym operuje jego narrator, choć nowy nie jest, przez wielu tak będzie postrzegany. Wysublimowana narracja „Pensjonatu” i „Ptasich ulic” jest niedzisiejsza, tak samo jak opowieści w nich zawarte, opisujące rozpadający się świat ludzi starych, kurczowo trzymających się jednak życia i swojej żydowskiej kultury, kultury, która właśnie teraz, kiedy oni przemijają, odradza się w zupełnie nowej, odbudowanej z powojennych gruzów Warszawie, Warszawie, która jakby nie było, stoi w dużej mierze na żydowskim cmentarzu.  Bo odradzanie się kultury żydowskiej dzisiaj, w drugiej dekadzie XXI wieku, jest faktem. Dzieje się tak za sprawą trzeciego pokolenia po Holokauście, które odkrywa swoją żydowską tożsamość i wraca do korzeni, powołując na nowo do życia tradycję swoich przodków.

       

      „Na początku były tory kolejowe”. Tak zaczyna się debiutancka powieść Piotra Pazińskiego „Pensjonat” z roku 2009. Nie sposób nie dostrzec tu wyraźnego nawiązania do pierwszych słów Tory. W języku hebrajskim Księga Rodzaju nazywa się"bereszit", czyli "na początku". Początek zawsze jest ważny, bo obrasta legendą, bywa mitologizowany, wyznacza kierunek. W opisywanym przez Pazińskiego podwarszawskim ośrodku wypoczynkowym wielu Żydów dotarło do stacji końcowej. Świat, w którym żyją pensjonariusze, parafrazując słowa jednego z nich, prawie nie istnieje, choć im się wydaje, że jeszcze, jeszcze. Przez lata starano się go z pamięci kilku pokoleń wyrugować.  Sam pensjonat to miejsce niezwykłe, melancholijne i nostalgiczne. To tutaj główny bohater powieści spędzał wakacje wraz z babcią. Niegdyś ośrodek ten był dość gwarny, zaludniony, tętnił życiem, dziś słychać tylko skrzypiącą podłogę, która rozprasza zalegającą wszędzie ciszę.


      Pensjonat leży w pewnym oddaleniu od miejsca, gdzie niegdyś wydarzyło się wszystko, niejako „na tej bocznej, zapomnianej linii”, by wspomnieć „Sanatorium Pod Klepsydrą” Brunona Schulza. Żydzi zamieszkujący w nim są religijni, prowadzą rozmowy o judaizmie, czytają Torę, próbują w swojej pamięci odbudować ich przedwojenny świat i ocalić dawną kulturę. 


      Młody człowiek, który w pensjonacie gości przez kilka dni, a przyjechał tu po to, aby w pewnym sensie, jak to się działo w nadmienionym już Schulzowskim opowiadaniu, reaktywować czas przeszły. Jest trzecią generacją po Holokauście, Zagłady nie doświadczył. Należy on do pokolenia postpamięci, nosi w sobie ból, traumę i cierpienie tych, którzy koszmar wojny przeżyli, ponieważ w jakiś sposób wychował się w oparach wspomnień o tamtych tragicznych dniach. Nie jest to więc trauma bezpośrednia, ale taka, którą się dziedziczy. Jako dziecko przyjeżdżał do pensjonatu z babcią na wakacje, to ten czas chce przeżyć ponownie. Krążąc po korytarzach i pokojach ośrodka, staje się świadkiem rozmów pensjonariuszy, dotyczących głównie żydowskiego losu, wspomina, obserwuje i zachowuje to, co zostało z   przeszłości, bo tylko on może to teraz uczynić, jako potomek ocaleńców, konfrontując dawne czasy z nową rzeczywistością.


      „Pensjonat” Piotra Pazińskiego oczarowuje wyczuciem języka, subtelnością skłaniającą do głębokiej  refleksji nad opowieścią, którą snuje narrator. A opowiada on nieśpiesznie, skupia się na każdym detalu swej pamięci,  bacznie obserwuje. Lecz „Pensjonat”, mimo swojego niezaprzeczalnego piękna, jest tylko preludium, doskonałą przygrywką do tego, co Paziński zaprezentował w „Ptasich ulicach” (2013).


      W czterech opowiadaniach „Ptasich ulic” bohaterami znowu są ludzie starzy, żegnający się z życiem, ale cały czas mocujący się z tragiczną przeszłością, choć bardziej zmaga się z nią młody człowiek, krążący po ich świecie,  obciążony postpamięcią, narrator na wskroś schulzowski, który bogatą, choć wyrugowaną z należnego jej miejsca tradycję, ma za zadanie ocalić. Jest on mimowolnym kontynuatorem tej kultury, przed którym ukazał się jakiś interwał prowadzący do miejsc z przeszłości. W „Kondukcie” uczestniczy on w orszaku pogrzebowym wiodącym przez cmentarne alejki. Cały cmentarz zresztą zdaje się ożywać i wędrować wraz z żałobnikami, jego terytorium rozszerza się, rozlewa na całe miasto, czyniąc z tego pochodu podróż metafizyczną, podobną do żydowskiej tułaczki bez końca.


      W „Staruszku” główny bohater poszukuje dawnego znajomego, lecz jego poszukiwania skupiają się na wertowaniu stron przedwojennej książki telefonicznej zakupionej w antykwariacie. Spis żydowskich nazwisk w starej księdze to nic innego jak rejestr mieszkańców przedwojennej Warszawy. Wszystkie te nazwiska, zaraz po wyniesieniu księgi z antykwariatu, zaczynają powoli znikać.  Żydowskie miasto się kurczy, w końcu przestaje istnieć. Nic co miało miejsce WTEDY, nie ma prawa żyć w mieście będącym zbezczeszczonym nową architekturą cmentarzem.


      W „Manuskrypcie Izaaka Feldwruma” bohater poszukuje zaginionego rękopisu powieści kancelisty Feldwruma. Urzędnik tworzył swe dzieło latami, podporządkował mu całe życie, starał się oddać w nim portret przedwojennego miasta, sięgając do czasów najodleglejszych, marzył wręcz o karierze wielkiego pisarza, niczym Perec lub Żeromski. Chciał stworzyć panoramę epoki, być może kilku epok. Pisanie przedłużało się w nieskończoność, zaczynało Feldwurma frustrować, autor nie był w stanie dobrnąć do ostatniej strony. Ukończony jednak w wojennej pożodze rękopis zaginął. Mimo że sam autor pozostawił dość dokładne wskazówki ukrycia manuskryptu, nikt go nie odnalazł, choć wielu szukało. Na jego poszukiwania wyruszył też młody bohater opowiadania, który jako dziecko wdychał woń Feldwrumowej legendy.  Podążając śladem niegdysiejszych ulic, gdzie „Domy przestały istnieć, zamienione w termitiery gruzów, ale kaniony ulic trwały wyryte w pustce”, trafia do miejsc nieistniejących w rzeczywistości, zamkniętych jednak w jakimś rozstępie czasowym, który mu się ukazał, który go do siebie dopuścił, pozwalając mu zobaczyć miasto sprzed Zagłady, dawne ptasie ulice. Natrętna nieobecność starej żydowskiej Warszawy nakazuje trzeciemu pokoleniu odtwarzać w swojej postpamięci miasto w pewnym sensie alternatywne, należące do przeszłości, będące wersją A tego co mamy dzisiaj.


      Portret bohatera Pazińskiego dopełnia się w  opowiadaniu „Mieszkanie”.  Widzimy go jak włóczy się po domu zmarłej doktor Kamińskiej, wezwany przez jej przyjaciół jako jeden z jej bliskich. Podczas gdy inni czuwają przy zwłokach, on, nie mogąc ani stać przy niej, ani też odejść, krąży po pokojach, odtwarzając w pamięci kolejne wizyty w tym miejscu. Zagląda w zakamarki domu, w których nigdy nie był, mimo licznych spotkań ze zmarłą, przegląda rozmaite bibeloty, zatapiając się w sennej atmosferze wspomnień. Te liczne reminiscencje powodują, że, osaczony przeszłością,  zapomina właściwie o zmarłej i o żałobnikach. W końcu upomniany przez jednego z nich, że szwenda się bez celu po domu pogrążonym w żałobie, mówi do zgromadzonych, lecz mówi w myślach, nie wydając z siebie głosu: „Pamiętam (...) Wasze ulice zasnute mrokiem i schody, na których leżały pospołu wasz smutek i mój strach. Próbowałem się wyswobodzić, ale się nie udało. Dlatego zostanę. (...) Będę z waszymi wspomnieniami prowadzącymi w nicość. (...) Powlokę dalej ciężar waszego losu”.


      Bohater Pazińskiego, zdaje się, że jeden i ten sam w „Pensjonacie” i „Ptasich ulicach”, dźwiga więc ciężar Zagłady, której nie doświadczył, jest dziedzicem tradycji narodu księgi, rozdarty pomiędzy nie swoją przeszłością a teraźniejszością, pomiędzy dwoma miastami, dawnym, nieistniejącym, a obecnym, odczuwa bezwzględny nakaz moralny – pamiętać i mówić o tej pamięci.

       

      Opowieści Piotra Pazińskiego wyrastają z miłości do przeszłości, tradycji i księgi. Ze słów narratora wybija woń starego woluminu, drewnianej półki, pożółkłego papieru i jest to zapach ciepły, bardzo przyjemny, choć nieprzyzwyczajonych do antykwarycznych poszukiwań może przytłoczyć.  Tylko ci, którzy noszą w sobie gen ciekawości i melancholii, w pełni docenią urok tej prozy, gdzie piękno życia miesza się z filozoficznym zagubieniem, gdzie księga stanowi o wszystkim, bo jej mądrość zawsze wybiega poza ostatnią stronę.

       

      Piotr Paziński, Pensjonat, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2009

      Piotr Paziński, Ptasie ulice, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 lutego 2014 20:22

Kalendarz

Lipiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

AAA


Kontakt: beata.januszkiewicz@gazeta.pl pod.tytulem@gazeta.pl