pod tytułem

blog Beaty Januszkiewicz o polskiej literaturze współczesnej

Wpisy

  • poniedziałek, 11 lipca 2011
    • NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT, CZYLI NIC

         Jest rok 2011. Do przewidywanego przez Majów końca  świata zostało nam stosunkowo niewiele czasu (21  grudnia 2012) . A co, jeśli koniec świata już nastąpił? I co? Większość z nas przeżyła, niestety. Nawet nie zauważyliśmy, że nasze  Nowe Jeruzalem, nasz nowy wspaniały świat, to przerażające, groźne w skutkach - Nic.

               Dawid  Bieńkowski napisał Nic w 2005 roku. W swej książce pokazał  jak do  Polski, przecierającej jeszcze zaropiałe resztkami socjalizmu oczy, po dość długim i koszmarnym śnie, wkracza z buciorami kapitalizm. Lata 90-te w całej okazałości. Polski kapitalizm  w wyglancowanych butach ze stadionu.

               Książkę tę polecam szczególnie tym, którzy cenią/uprawiają swoistą  refleksję nad życiem, mam na myśli tę smutną refleksję, prowadzącą w konsekwencji do przykrych wniosków dotyczących naszej marnej egzystencji. Niech  nie biorą jej do ręki ci, którzy podczas lektury pragną wyrwać się z przegniłych moralnie struktur korporacyjnego świata, w którym od 8 do 10  godzin dziennie (jeśli nie więcej) zarabiają  na kredyt we frankach.

               Tak  się jakoś złożyło, że nie da  nam się już uciec od brendów, korporacji, sztuczności, lansu,  a wstyd za to, co niekiedy okazuje się być naszym dziełem, to uczucie już naturalne. A  może nie,  nie naturalne. Po prostu nieznane. Jedno z tych uczuć, które wyginęło wraz z nadejściem „Nowego Wspaniałego Świata”. Ktoś powie, że przecież chcieliśmy by przyszło nowe, by zachodni styl życia był również naszym udziałem. Z nienawiścią i obrzydzeniem spoglądaliśmy na nasze szare twarze, a w każdej z nich odbijał się nasz własny wyraz twarzy człowieka zmęczonego.

               Pewnie tak samo myślał Krzysztof, nauczyciel historii w przeciętnej polskiej szkole, człowiek, któremu ów nowy świat pokazał, że pozostając w pokoju nauczycielskim i popijając fusiatą kawę ze szklanki, nigdy w życiu do niczego nie dojdzie, jego życie będzie smutne jak ta wymuszona lekcja prowadzona przez znudzonego belfra, z którego dzieciaki kpią w żywe oczy. I nagle otworzyły się przed nim wrota niebios… a może była to dantejska brama piekielna, tyle że on jeszcze tego nie wiedział. Napis  Positive odczytał  jako nową nadzieję, restauran wydał  mu się Nowym Jeruzalem,  a tam było przecież napisane: ty, który  wchodzisz, żegnaj się z nadzieją.

               Obok niego, wraz z nim, a pewnie i w nim i przez niego rodzi się nowa klasa społeczna, w Polsce dotychczas nieznana – przedstawiciel handlowy, kierownik  regionu, jak zwał, tak zwał, w każdym razie poznajmy Euzebiusza Drutta -  dziecko stadionu dziesięciolecia, polskiego fenomenu, jakim był  kapitalizm szczękowy. Niezwykle  perfidna postać, dla mnie - współczesny portret szatana. Zdaje mi się nawet,  że nie pieniądze są jego głównym celem, lecz zupełnie coś innego –pragnienie bycia u władzy, które jednak ma swe źródło w pewnych frustracjach, kompleksach. Euzebek sam kiedyś był pomiatany, nic nie znaczył dla innych, doświadczał licznych upokorzeń, więc ten czas, w którym przyszło mu pracować dla  Positiva, odczytuje  jako czas swoistej zemsty, być może nawet nieświadomie odreagowuje czasy stadionowej harówy od świtu.  Ten człowiek nie ma żadnych zasad  moralnych i jego przełożony Krzysztof to wie. Bo Krzysztof ma skrupuły. Kapitalizm dopadł go zbyt późno, by przeorać  jego mózg i zrobić z niego hamburgera. On może po prostu się pogubił? Ale Euzebek to co innego. Wychował go stadion dziesięciolecia - a to zobowiązuje.

               Euzebek okazał się być przede wszystkim katem Marka i Bożenki, ludzi prostych, którzy dotychczas żyli z prowadzenia w nadmorskiej miejscowości „małej gastronomii”, a których Positive wybił społecznie, zapewnił stabilizację finansową, umożliwił  remont domu, wymianę okien na plastykowe, żeby ten przeklęty wiatr w czasie sztormu nie gwizdał w szparach… Marek i Bożenka stali się  w swej dziurze  kimś. Ale każda  bajka się niestety kończy.  Ta akurat źle - również dla pracownic nadmorskiego Positiva:  naiwnej, choć może i  najmądrzejszej spośród  bohaterów Bieńkowskiego, Ani, nieco zgorzkniałej, ale przede wszystkim trzeźwo patrzącej na sytuację prowincjonalnej dziewczyny, oraz Klaudii, której szczytowym osiągnieciem okazuje się być kochanką znienawidzonego przez wszystkich  kierownika.

               Kogo my tu jeszcze mamy? Hehe, niespełniony artysta, człowiek niedojrzały, szukający na siłę pomysłów, którego sztuka ogranicza się niekiedy wyłącznie do ulegania swym instynktom. Żeby zarobić jakiekolwiek pieniądze, bo niestety, jako poeta chyba już się skończył, musi pisać artykuły do plastykowego pisma dla panów, co stara się za wszelka cenę ukryć przed undergrandowymi  przyjaciółmi. Hehe i  jego znajomi  to środowisko niespełnionych artystów, pseudo-artystowska warszawka sprzed kilkunastu lat, skupiająca się na projektach, w których na  próżno  szukać jakiegoś sensu. Miotają się oni pomiędzy marzeniami o sztuce ambitnej, a pijackim bełkotem, który bezczelnie nazywają sztuką.

               Nic to powieść  i  śmieszna, i straszna, ale nie alterglobalistyczna. Smutna refleksja jest nieunikniona. Obrzydzenie do fastfoodów również, ale i do korporacji, przedstawicieli  handlowych, kierowników, pseudo-artystów. Mimo  to i tak w niedziele, jeśli nie w tą, to  w przyszłą, wielu z nas zajedzie do „Maca”. Jesteśmy już znieczuleni.

      Dawid Bieńkowski, Nic,  Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2005

              

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 lipca 2011 16:03

Kalendarz

Wrzesień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

AAA


Kontakt: beata.januszkiewicz@gazeta.pl pod.tytulem@gazeta.pl