|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Nie samą książką człowiek żyje
Ulubione
Wyższa półka
Kontakt: beata.januszkiewicz@gazeta.pl pod.tytulem@gazeta.pl |
środa, 11 kwietnia 2012
Tańczący ze śmiercią - "Grochów" Andrzeja Stasiuka
Nawet nie wiedziałam, że czekam na tę książkę. „Grochów” Andrzeja Stasiuka to zbiór 4 opowiadań, których punktem wspólnym i kulminacyjnym jest śmierć. Mamy tu do czynienia z prozą niezwykle dojrzałą, bez zbędnych słów, z prozą refleksyjną, filozoficzną, bo przecież podejmującą jeden z najtrudniejszych tematów. Stasiuk dotyka tu pewnego rodzaju codziennej eschatologii, opowiadając o śmierci i pytając o nią. Jak dokładnie brzmi owe pytanie? Nie wiem. Ale znam odpowiedź na nie, odpowiedź będącą komentarzem do wszystkich innych rozważań dotyczących momentu, na który nikt nie czeka, o którym każdy boi się mówić: „Kurwa mać. Tragedia”. To słowa jednego z bohaterów opowiadań. Tak właśnie zdajemy się postrzegać śmierć. W jej obliczu ogarnia nas Arystotelesowskie uczucie litości i trwogi. Paniczny strach. Czytając „Grochów” w kontekście całej twórczości Andrzeja Stasiuka, można stwierdzić, że przychodzi w końcu taki czas w życiu pisarza, że musi się on zmierzyć ze sprawami ostatecznymi i spojrzeć śmierci w oczy. Może to jej oswajanie? W opowiadaniu „Babka i duchy” Stasiuk w piękny sposób przypomina o świecie, którego już nie ma, bo odszedł wraz z ostatnią babką wierzącą w duchy i obcującą z nimi. Ta wiejska metafizyka, będąca jakże blisko śmierci, dowodzi o pewnej nierozerwalności świata żywych i umarłych. To też opowieść o śmierci spokojnej i łagodnej, na którą przyszedł już czas. Opowiadanie „Augustyn” pokazuje śmierć niby wśród ludzi, ale w samotności, dowodząc, że umiera się zawsze samemu. „Suka” to z kolei opowieść o śmierci psa, a raczej o czekaniu na śmierć. Historia ta skłania kolejny raz narratora do smutnej refleksji, że umieramy w samotności, przy obcych, w hospicjach, przy ludziach, którym się płaci, aby byli przy nas, gdy odchodzimy. Tytułowe i ostatnie opowiadanie „Grochów” musiało być da Autora najtrudniejsze. To sentymentalny powrót do chwil spędzonych z przyjacielem na warszawskim Grochowie, skąd wyruszyli w niejedną podróż po Europie. To historia o przemijaniu i trwaniu jednoczesnym, o przeszłości i teraźniejszości. O tym jak trudno jest zmierzyć się z informacją, że przyjaciel umiera, że właśnie odchodzi, że on już wie, że to koniec. Jak z nim rozmawiać, jak się zachować, jak wypełnić ten czas? Jak nie być tchórzem, jak nie zawieść? Śmierci towarzyszy strach, lecz kto boi się bardziej, ten, który umiera, czy ten, który zostaje i na tę śmierć patrzy i nie potrafi o niej rozmawiać? Bo jak? „Grochów’ to też opowieść o tęsknocie za człowiekiem, którego już nie ma, za jego ciałem – fizycznym dowodem na istnienie kiedyś, w przeszłości. „Grochów” Andrzeja Stasiuka to książka ciepła, mądra i niezwykle wzruszająca, książka, o której myśli się jeszcze długo, długo po przeczytaniu. Czekałam na coś takiego. KONKURS Mam w domu za dużo o jeden egzemplarz powieści Andrzeja Stasiuka „Taksim”. Postanowiłam ją przekazać komuś, kto pierwszy odpowie prawidłowo na bardzo proste pytanie: NA PODSTAWIE JAKIEJ KSIĄŻKI STASIUKA POWSTAŁ FILM I JAKI JEST TYTUŁ TEGO FILMU? Kto pierwszy ten lepszy. Odpowiedzi proszę wysyłać na adres: pod.tytulem@gazeta.pl Andrzej Stasiuk, Grochów, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Ucieczka w niewolę - "Podróż" Idy Fink
Wydawnictwo WAB właśnie wznowiło wspomnieniową powieść Idy Fink „Podróż”. W Polsce po raz pierwszy ukazała się ona w 1990 roku. Książka ta, tak jak wszystkie opowiadania Idy Fink, zajmuje szczególne miejsce w literaturze podejmującej temat Holocaustu. Dorobek pisarski tej polskojęzycznej autorki żydowskiego pochodzenia jest stosunkowo niewielki, ponieważ debiutowała ona jako około sześćdziesięcioletnia kobieta. Przez kilkadziesiąt lat po wojnie milczała - i taka też jest jej proza: cicha, spokojna, nieprzegadana, wyważona, co w kontekście opisywanych historii jest najwłaściwszym komentarzem. Ida Fink urodziła się w 1921 roku w Zbarażu, należącym wówczas do II Rzeczpospolitej i zamieszkanym przez Polaków, Ukraińców i Żydów. Tam też w 1941 roku trafiła wraz z rodziną do getta, z którego uciekła, by ukrywać się po aryjskiej stronie. Tam też rozpoczęła się jej Podróż… „Podróż” Idy Fink to powieść, której bohaterkami są dwie żydowskie dziewczyny, które postanowiły ratować się ucieczką z rodzinnego miasta, z getta, próbując dostać się na teren Rzeszy. Zgłaszają się do Arbeitsamtu, chcąc dobrowolnie dostać się na roboty do Niemiec. Dobrze wiedzą, że jest to niezwykle niebezpieczna droga, ponieważ nikt nie może się dowiedzieć, że są Żydówkami. Przebrane za chłopki, razem z innymi kobietami, przymusowo wysłanymi na roboty, walczą o przetrwanie i zachowanie tożsamości. To co jest w tej historii najbardziej niezwykłe, to ogromna siła młodych dziewczyn pochodzących z dobrego, inteligenckiego domu, wychowanych na damy, wykształconych, ale potrafiących jednak wykazać się niezłomnością i charakterem w niejednej sytuacji granicznej. Oprócz głównych bohaterek poznajemy inne kobiety, które aby przeżyć niejednokrotnie musiały zapomnieć o własnej godności, o życiu, które zostawiły za sobą, musiały myśleć wyłącznie jak wygrać walkę o przetrwanie, ale tylko te fizyczne. W takich warunkach najlepiej miały się wrogość, zdrada i szantaż. W kontekście losów dwóch głównych bohaterek uderzająca jest powszechna nienawiść do Żydów wśród polskich więźniarek obozu. W lagrze, w którym przebywały przez jakiś czas dziewczyny, rodziło się coraz więcej podejrzeń, że wśród kobiet ukrywa się kilka Żydówek. Zaczęło się polowanie. Dziewczyny nie mogły pozostać w obozie. Musiały uciekać. Cała ich podróż okupiona została takim nieustającym strachem, podejrzeniami, że ktoś wie, że rozpoznał, że to już koniec. W „Podróży” Idy Fink uporczywy brak emocji trzyma cały czas czytelnika w napięciu. Jedna z ostatnich scen w książce należy do tych momentów w historii literatury, które zapamiętuje się na zawsze. W niepozornej scenie powrotu do domu… (nie opowiem, przeczytajcie). Ida Fink w 1957 roku wyjechała z Polski i zamieszkała w Tel Avivie. Tam też zmarła we wrześniu 2011 roku. Swoją prozą (przede wszystkim niesamowitymi, kameralnymi opowiadaniami opisującymi losy Żydów w czasie Zagłady) zagwarantowała sobie miejsce na liście stu najważniejszych autorów żydowskich (sporządzonej przez Jewish Book Council w Nowym Jorku). *** Czasami zastanawiam się, jak wyglądałyby nasz kraj, nasza kultura, gdyby nie Holocaust i rok 1968… Może więcej byłoby takiej muzyki? Gorąco polecam zespół Klezmafour. Ich muzyka to podróż do świata, którego wydawałoby się, już nie ma… Ida Fink, Podróż, Wydawnictwo WAB, Wydanie III, Warszawa 2012
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
"(...) wojna, jeśli już się zacznie, nie ma końca." - "Włoskie szpilki" Magdaleny Tulli
To co najbardziej od zawsze zachwyca w prozie Magdaleny Tulli, to język. Jest on niezwykle delikatny i melodyjny. Szczególnie w jej ostatniej książce „Włoskie szpilki”, jego spokój w dość dziwny i ciekawy sposób harmonizuje z trudnym tematem, z którym postanawia zmierzyć się Autorka. Tulli, odchodząc po raz pierwszy od fikcji, opisała swoje trudne dzieciństwo, skomplikowane relacje z matką, która po pobycie w Auschwitz nie była w stanie zbudować z córką prawdziwej więzi. Magdalena Tulli wspomina dzieciństwo jako pasmo upokorzeń, ciągłych spóźnień na lekcje, trudności w nauce i w nawiązywaniu kontaktów z rówieśnikami, aż po uporczywe próby znalezienia akceptacji wśród koleżanek. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, iż przyszło jej dorastać w rzeczywistości powojennej, pełnej agresji, nietolerancji, w której dzieci w przedszkolu, za zsikanie się podczas leżakowania, skazywały siebie nawzajem na spalenie. Wyposażona w deficyt miłości, pozornie pogodzona ze swoim losem, pogrążona w marzeniach o byciu doskonałą - z odrobionymi lekcjami i czystym kołnierzykiem, musiała przebrnąć przez życie bez matki. W powieści (lub zbiorze 7 opowiadań, gdyż „Włoskie szpilki” można traktować jako całość lub jako odrębne, niezależne od siebie opowiadania, połączone główną bohaterką – małą dziewczynką oraz jej matką) nie pada ani razu słowo „mama” - zawsze „matka”, która patrzyła oschle, nie było w niej czułości i wciąż krytykowała córkę. „Matka nie należała do żadnego z dwóch światów, w którym żyłam....” - Tulli pisze o matce jako o świecie odrębnym, niedostępnym, jako o znaku zapytania. Ona nigdy nie zauważała swojej córki, mimo że ta stała obok. Była wyniosła, elegancka, we włoskich szpilkach. W domu nigdy nie mówiło się o obozie, był to temat tabu. Niewiele też mamy okazji do spotkań z ojcem – pojawia się on dość rzadko w opowiadaniach, sporadycznie, właściwie to głównie w kontekście Mediolanu i swojej włoskiej rodziny. Magdalena Tulli nie miała w dzieciństwie polskiej rodziny ze strony matki. Wszystkie wakacje spędzała w Mediolanie, co zaowocowało bardzo dobrymi relacjami z rodziną ojca, ale nie zniwelowało traumy po braku matki, mamy. „Włoskie szpilki” to historia o tym, jak trudno jest uporać się z tragiczną przeszłością. Matka przez cale życie zmagała się z piętnem wojny, z przekleństwem Auschwitz. Odbiło się to rykoszetem na życiu córki, która była zmuszona płacić za tą powojenną traumę. Najważniejsze słowa w powieści padają przy okazji analizowania swojego dorosłego życia przez Autorkę: „(...) przeszłości jest za dużo, i to nie takiej, jakbym sobie życzyła, a przyszłości za mało i to nie budzącej nadziei”. Ta smutna refleksja zostanie jednak zweryfikowana, ale nie da się już jej wymazać. Magdalena Tulli odbiegając od fikcji, mimo to nie uciekła od charakterystycznej sennej konwencji, która spowija jej prozę. Zapewniają to liczne wspomnienia i refleksje składające się na świat przedstawiony tych opowiadań. Myślę, że jest to książka nie tylko ważna dla współczesnej literatury polskiej, lecz przede wszystkim ważna, być może najważniejsza dla samej Autorki. Magdalena Tulli, Włoskie szpilki, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2011
poniedziałek, 26 marca 2012
Sto wiorst nie droga, sto rubli nie pieniądz, sto gram nie wódka - "Dzienniki kołymskie" Jacka Hugo-Badera
„Planeta Kołyma” – węgiel, uran, ruda cyny, platyna, złoto i ok. 2 miliona ofiar śmiertelnych (liczba przypuszczalna, nie do zweryfikowania) przedsiębiorstwa górniczego "DALSTROJ" podległego NKWD– to wszystko kryje w sobie ziemia kołymska, przez więźniów zwana planetą, odrębnym kontynentem . Dziś o zlikwidowanych obozach tylko gdzieniegdzie przypominają pozostałe po nich nieliczne ślady. Ale najwięcej zachowało się w ludzkich wspomnieniach. Sołżenicyn i Szałamow w swoich najważniejszych dziełach przedstawili Kołymę jako miejsce przeklęte, nakreślili najczarniejszy portret człowieka, jego upodlenie i śmierć. To miejsca tragiczne, straszne, usłane ludzkim cierpieniem, wyszyte śmiercią i głodem, a jednak do siebie przyciąga… W smutku Kołymy jest specyficzny romantyzm. „Duch bez urody…” – tak określiła to jedna z bohaterek „Dzienników kołymskich” Jacka Hugo-Badera, arystokratka rosyjska, córka więźnia gułagu, obecnie żyjąca we Francji. Mimo, że jej ojciec nie zechciał wrócić do rodziny po zwolnieniu z obozu, wybierając życie na mroźnej i surowej ziemi, musiała tu przyjechać, poczuć jak bije serce Kołymy i zrozumieć decyzję ojca. Ale od początku. „Dzienniki kołymskie” Jacaka Hugo-Badera uważam za jedną z najlepszych książek wydanych w zeszłym roku. Autor, reporter, miłośnik Rosji udał się w magiczną podróż wzdłuż Traktu Kołymskiego liczącego 2032 kilometry. Droga ta jest dziełem więźniów łagrów, usypywana przez nich z kamieni, stała się też ich grobem, gdyż zmarłych chowano dokładnie w tym miejscu, gdzie wydali oni ostatnie tchnienie, przysypując ich kamieniami. Wśród budowniczych drogi byli też Polacy. Jacek Hugo-Bader, podróżując wzdłuż Traktu, w przepiękny sposób opowiada o tej ziemi, o jej ludziach, często potomkach zesłańców, o poszukiwaczach złota, o zwykłych mieszkańcach tej części Rosji od Magadanu do Jakucka. Podążając śladami Szałamowa oddaje jemu i innym zesłańcom, niezwykły hołd. Im dalej, im głębiej, tym Autor bardziej cofa się w czasie, wkracza do świata zahibernowanego, do rzeczywistości cały czas sowieckiej, do świata urzędników. On rozmawia z ludźmi, wysłuchuje ich (i ma ten dar, że oni chcą mu o sobie opowiadać…). W „Dziennikach…” mamy cały atlas niesamowitych postaci, paputczików reportera, którzy raczą go hektolitrami wódki zakąszanej niezwykłymi opowieściami. Tym sposobem poznajemy między innymi Tamarę Tichonowę, która w wieku 30 lat dowiedziała się, że urodziła się w łagrze, Natalię Nikołajewną, córkę okrutnego Jeżowa, złotego oligarchę Aleksandra Bosanskiego, Jurija Sałatina, zbieracza wszystkiego, niegdyś wojskowego, Ninę, redaktorkę z Chandygi, wynalazcę Niurguna, uzdrowiciela Miszę. Lecz to tylko kilka osób. Nie ukrywam, że dla mnie jedną z najbardziej urzekających historii jest historia psa łajki, którego opiekun zdecydował się strącić w przepaść, gdy ten zakleszczył się w szczelinie między dwiema skalnymi płytami. Psa nie dało się inaczej uratować. Sasza strącił więc psa, by ten nie zdychał z głodu wiele dni. Gdy zszedł na dół, podczas nocy w dolinie, w zbudowanym przez siebie igloo, nagle usłyszał wycie swojego przyjaciela. Pies przeżył i odnalazł pana. Najstraszniejszą historia jest natomiast opowieść o życiu córki Jeżowa, szefa NKWD w latach 1936-1938. Jeżow był wyjątkowo okrutny, zyskał przydomek „Krwawy karzeł” (miał 151 cm wzrostu). Gdy popadł w niełaskę, jego córkę zabrano do domu dziecka. Miała 6 lat, tęskniła za tatą. W domu dziecka była jednocześnie chroniona i nieustannie bita. Nie wiedziała dlaczego. Najbardziej tajemnicze miejsce na Trakcie Kołymskim to Jakucja. Kraj pełen ludzi smutnych, małomównych, zamyślonych, dziwnych, niechętnych obcym, wierzących w duchy, praktykujących szamańskie obrzędy. Czytając opinie o książce Jacka Hugo-Badera, doszukałam się różnych zarzutów, że za dużo w tym reportażu samego Autora, że to nie reportaż, lecz gawęda, że cała ta podróż to niekończące się libacje alkoholowe… Nie rozumiem, jak można nie dostrzec rzeczy w tym wszystkim najistotniejszej: człowieka i wielkiej miłości do niego. Być może ten reportaż zahacza lekko o gawędę, ale moim zdaniem to jego atut. To REPORTAŻ POETYCKI, a poezją jest właśnie ta droga, bolesne wędrowanie po kościach ludzi. Jacek Hugo-Bader zaprzyjaźnił się ze swoimi paputczikami, na tyle ile może zaprzyjaźniać się reporter z miejscem i ludźmi, do których jedzie. Wielkim atutem tej książki jest bark nadęcia Autora, poczucie humoru i historyczna wiedza. Pomimo, że podróżujemy po jednym z najmroczniejszych miejsc w historii świata, po „białym krematorium”, to sposób w jaki Jacek Hugo-Bader opowiada nam o ludziach stamtąd, powoduje, że można poczuć ów romantyzm, o którym mówiła Madame Marianne, córka katorżnika Wierigina. Aby lepiej poczuć Kołymę, zapraszam Was na krótką wycieczkę z Autorem poniższego filmu. Marcin Gienieczko przeszedł pieszo 600 km rzeką Kołymą. Posłuchajcie utworu w tle… tak brzmi Kołyma… Serdecznie dziękuję Panu Marcinowi Gienieczce za możliwość zamieszczenia na moim blogu filmu z Jego wyprawy na Kołymę. Wszystkich zainteresowanych dokonaniami Pana Marcina odsyłam na Jego stronę www.gienieczko.pl Jest o czym poczytać. Jacek Hugo-Bader, Dzienniki kołymskie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011
poniedziałek, 19 marca 2012
Reportaż bardzo osobisty - ''Biała Maria" Hanny Krall
Kolejna książka Hanny Krall podejmuje temat fałszywego świadectwa. Pisarka znowu raczy nas, charakterystyczną dla siebie, dość oszczędną narracją, reporterskim sposobem opowiadania historii oraz brakiem komentarza. „Biała Maria” jest niewątpliwie czymś, co można określić i jako reportaż, i jako prozę literacką. Jak zresztą inaczej pisać o Holocauście? W powieści uderza niezwykła dbałość o szczegóły, wręcz uporczywe zwracanie uwagi na rzeczy pozornie niemające znaczenia w momencie niekiedy ostatecznym, w chwili, gdy toczy się „gra o nasze życie.”* Cała powieść składa się z trzech nowel opisujących historię żydowskiej dziewczynki (Autorki), której nie można było ochrzcić, ponieważ niedoszli rodzice chrzestni wycofali się, bojąc się o swoje życie, a zakrywając się niemożnością złożenia fałszywego świadectwa przed Bogiem. Krall opowiada również o owym niedoszłym chrzestnym, który po wojnie został oficerem UB (co nie przeszkadzało mu być katolikiem; człowiek oskarżany potem o szpiegostwo i malwersacje, postać dość niejednoznaczna), o ludziach, z którymi potem zetknęło go życie. Jest tu również historia Zofii Sikorskiej, która wraz z ojcem zginęła w katastrofie. Nie można mówić o tej książce bez odwołania się do „Dekalogu 8” Kieślowskiego i Piesiewicza, z którymi zresztą Autorka w swojej książce rozmawia. Otóż Kieślowski usłyszał od Krall o historii niebyłego chrztu, gdy miał realizować film ilustrujący ósme przykazanie (Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu). Fabuła filmu odbiega jednak trochę od faktów i opisuje historię spotkania Żydówki, podczas wojny małej dziewczynki i profesor etyki, która odmówiła jej przechowania i chrztu. W filmie Kieślowskiego, którego akcja rozgrywa się w latach 80-tych, owe spotkanie staje się pewnego rodzaju rozliczeniem z przeszłością i piękną lekcją o zrozumieniu drugiego człowieka postawionego w sytuacji granicznej. „Biała Maria” mówi o tym, o czym nie powiedział Kieślowski. Lecz jej najważniejszy rozdział, to rozdział ostatni, będący monologiem tytułowej Marii, która uratowała Żydówkę i jej córkę, okłamując Niemców, że to jej siostra i siostrzenica, zatajając tę historię również przed swoją rodziną. Owa kobieta została potem Sprawiedliwą wśród Narodów Świata. Dla mnie, poza tą niezwykłą historią, dość ważnym składnikiem tej książki są wspomnienia (a może reporterski zapis) opisujące losy poszczególnych ludzi, Polaków i Żydów, historia ich współistnienia przerwana wojną, wybuchem antysemityzmu, strachem, wyrokami i egzekucjami. Życie i śmierć Polaków, Żydów, Rosjan, Niemców, ubeków, ofiar, katów przeplatają się ze sobą, tworząc potworny obraz wojny i lat powojennych. „Biała Maria” to książka trudna z różnych względów. Ale piękna. Niełatwo czyta się historię posklejaną z traumatycznych wspomnień, uzupełnianą reporterskim opisami, pełną pourywanych wątków, do których Autorka wraca w innym miejscu powieści. Niełatwo też czyta się takie historie ze względów etycznych, gdzie zmusza się nas do refleksji na temat dla Polaków chyba jeszcze dość wstydliwy, trudny, niestety cały czas aktualny. *O historii swojego niedoszłego chrztu Hanna Krall opowiada w tekście "Gra o moje życie" zamieszczonym w książce W. Bartoszewskiego i Z. Lewinówny "Ten jest z ojczyzny mojej". Hanna Krall, Biała Maria, Świat Książki, Warszawa 2011
niedziela, 18 marca 2012
Pod tytulem na Facebooku
Jednak złamałam się... Utworzyłam na facebooku profil mojego blogu. Jeszcze nie opanowałam wszystkich jego technicznych możliwości, ale wszystko w swoim czasie:) Zapraszam :)
wtorek, 13 marca 2012
Kurort w gaciach po sezonie - "Drwal" Michała Witkowskiego
Co nam wyjdzie, jak zmieszamy w jednym kotle Gombrowicza, Witkowskiego, skandynawski kryminał i osadzimy to wszystko w polskim kurorcie po sezonie (bo polskie kurorty są kurortami tylko jakieś 4 miesiące w roku, przy sprzyjającej pogodzie oczywiście)? No co nam wyjdzie? A „Drwal” Witkowskiego nam wyjdzie. Ci którzy lubią prozę Witkowskiego, jego wrażliwość językową, a jednocześnie brak nadęcia i naburmuszenia w postawie autora i w jego powieściach, ci właśnie powinni być zachwyceni „Drwalem”. Otóż główny bohater wyjeżdża z Warszawki (tak, bo to taki upadły celebryta) na daleką północ, do znajomego Roberta, mieszkającego w domu na pustkowiu, w okolicach Międzyzdrojów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że owe wakacje mają miejsce w listopadzie, w porze deszczowej w tym kraju i występującymi co noc przymrozkami. Sam Robert to postać zagadkowa: odludek, milczący, nietowarzyski, ciągle na antydepresantach, z niewielkimi przypływami dobrego nastroju (w zależności od wziętej tabletki). Relacja z pobytu w tym, być może najmroczniejszym, zakątku Polski rozpoczyna się, gdy bohater, Michał Witkowski, wysiada na stacji Szczecin Dąbie, poszukuje pekaesu do Międzyzdrojów , następnie adresu znajomego i w końcu budzi tytułowego drwala kołataniem do drzwi jego domu… Po przekroczeniu progu tego domostwa i rozpoznaniu sytuacji, od razu stawia sobie za cel odkryć coś… jakąś tajemnicę drwala, bo przecież musi on mieć jakąś tajemnicę, schowany przed światem i ludźmi, sam na tym pustkowiu… Ale że to kryminał, ani słowem nie pisnę, że zabił lokaj ;) Sami przeczytajcie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście. W ramach zachęty dodam, że książka aż kipi od potężnej dawki błyskotliwego humoru i autoironii. Pełno tu groteski i absurdu. Ta książka ciekawi i bawi. Witkowski zaprasza nas do świata bardzo dziwnego, na mroczną prowincję, na co dzień nudną, do miejsca, które sam określa, że jest „kurortem w gaciach, po sezonie”. Tam nie dzieje się teraz nic. Przy plaży trudno wypatrywać przystojnych ratowników w czerwonych spodenkach - zamiast nich luje wystają pod Netto i piją browary w puszce za 99 groszy, a przemiłe i zgrabne turystki w skąpych strojach dawno wyjechały. Na posterunku pozostała tylko stara, brzydka, pożółkła na twarzy baba od wynajmu kwater. Ale od czego jest wyobraźnia autora? A od tego, by stworzyć, z tych mdłych na pozór składników, bardzo dobrą książkę. *** Od 3 marca na kanale TVP Kultura w poniedziałkowe wieczory od 21.45 można posłuchać i obejrzeć jak sam Michał Witkowski czyta swoją najnowszą powieść w programie „Nocne czytanie w wannie”. Do tej pory „Drwalowi” poświecono dwa odcinki. Są niestety dość krótkie, ale pewnie produkcja takiego spektaklu jest niewiarygodnie kosztowna… ;)No cóż, dobre i to. Nie wiem, czy w kolejnych odcinkach będzie czytana ta sama książka, ale idea programu jest taka, że różni autorzy mają czytać swoje powieści w wannach, pod prysznicem czy w miejskich łaźniach… Michał Witkowski gościł, ubrany w uroczy szlafrok, w SPA. A tu sam autor o swojej książce:
*** I jeszcze jedno: znalazłam pewną nieścisłość. W pewnym momencie bohater znajduje się ze swoim lujem w dość dziwnej sytuacji o zabarwieniu lekko erotycznym. Luj rozbiera się (po prostu musiał się przebrać), a na jego ciele daje się zauważyć blizny, jakby od noża. Zapytany opowiada, że zrobili mu to źli ludzie na meczu. A że dzieje się to wszystko na Pomorzu, to bohater dość szybko zorientował się, że to pewnie Pogoń tak urządziła jego znajomego, ale ten odparł, że nie: "Legia. Pogoń to ja!" I gdzie tu tkwi błąd? Kibice wiedzą... Michał Witkowski Drwal, Świat Książki 2011
niedziela, 11 marca 2012
Rodzina, ach rodzina - "Książka" Mikołaja Łozińskiego
Tak ładnie śpiewali niegdyś jakże uroczy Starsi Panowie Dwaj. Piosenka ta przypomniała mi się przy okazji „Książki” Mikołaja Łozińskiego, za którą autor otrzymał niedawno Paszport Polityki (gratulacje:). Postanowiłam, ze względów oczywistych (tak przynajmniej mi się wydaję), uczynić z tej nostalgicznej piosenki wstęp do rozważań nad wymienioną wyżej powieścią. Łoziński w „Książce” opowiada historię własnej rodziny, choć sam mówi, że jego najbliżsi są jedynie prototypami bohaterów powieści, a wszystko to, o czym tam czytamy, jest fikcją. Wyczuwam tu oczywiście pewną kokieterię, bo przecież nikt się na to nie nabierze. Jednocześnie zaczęłam się zastanawiać nad tym, ile jest fikcji w fikcji we współczesnej prozie? Jak to pojęcie ma się szczególnie do takich powieści, gdzie twórcy opisują swoje rodzinne historie, gdzie ich bohaterami stają się ich przodkowie? Nie mam na myśli książek – wspomnień, ale tych, które są umownie opowieściami fikcyjnymi, lecz spełniają rolę pewnego rodzaju kroniki rodzinnej spisanej po latach przez wnuka. W „Książce” nie ma wywlekania rodzinnych brudów, choć Łoziński mówi tam o rzeczach niełatwych. W dość oszczędnym języku daje się wyczuć niezwykłą delikatność i subtelność z jakimi autor podchodzi do tematu. Wisienką na torcie są tu wtrącenia rozmów autora z poszczególnymi członkami swojej rodziny, którzy co jakiś czas proszą go, aby nie opisywał jakiejś wstydliwej dla nich sytuacji. Łoziński uczynił z tych fragmentów rozmów dziejących się na bieżąco, tu i teraz, bardzo ciekawy portret swojej rodziny, przedstawiając ich w sposób nienachalny i z inteligentnym poczuciem humoru. Mam wrażenie, że zdystansował się w ten sposób wobec presji jaka na nim ciążyła podczas procesu pisania (a trwał on 4 lata, co w tym wypadku świadczy o stopniu trudności zadania). „Książka” stawia też dość trudne, jak na dzisiejsze czasy, pytania. Oczywiście nie są one zadawane bezpośrednio (w tej powieści w ogóle urzeka mnie brak dosłowności). Czym są rodzina i małżeństwo? Czy te pojęcia mają jeszcze jakiś sens, czy znajdują swoje odpowiedniki w rzeczywistości, czy są to już tylko puste nazwy? Banalne, prawda? Ale odpowiedź na te pytania okazuje się dość trudna, szczególnie w obliczu tylu rozstań, rozwodów w rodzinie, choć i powrotów po latach. Łoziński podszedł do tych problemów z dużą atencją, ale przede wszystkim z ciepłem, którym obdarował każdego swojego bohatera. Myślę, że był to dla niego osobiście dość trudny proces, polegający na próbie poznania i zrozumienia swoich dziadków, rodziców, a tym samym i siebie. Oprócz ludzi Łoziński opisuje przedmioty. Są one tak samo ważne, jak ludzie. To zwykłe okulary, ekspres do kawy lub fifka. Dla autora rzeczy te brały czynny udział w rodzinnym życiu. Na trwałe wpisały się w krajobraz wspomnień, charakteryzując poszczególne osoby, zdarzenia, czasy. „Książka” ma pieką kompozycję. Jest jakby haftowana, wielokolorowa, choć utrzymana w nostalgicznej i melancholijnej tonacji. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość jak różnokolorowe nici przeplatając się, tworzą niepowtarzalny wzór, jakim jest rodzina i jej historia. Jeden z moich ulubionych fragmentów zaczyna się, gdy narrator mówi, że „jest dwadzieścia trzy lata wcześniej” i jest jeszcze małym chłopcem, który dopiero nauczył się chodzić. W tym miejscu odtwarza zwyczajną rodzinną sytuację: nowe mieszkanie, dziadek, matka, ojciec, dziecko, ścieranie kurzu z kuchennego stołu i planowanie zakupu większego (jeszcze w tym tygodniu), parzenie herbaty. Ten stół jest właśnie takim przedmiotem, który prowokuje wspomnienie. W tej przeszłości sprzed dwudziestu trzech lat narrator nagle idzie dwa lata do przodu i przez chwilę widzimy jak tata pakuje walizki i wyprowadza się do innej kobiety. Matka zostaje sama. Stół kupi wiele lat później. Lecz teraz, dwadzieścia trzy lata temu, nikt o tym nie wie. W jednym akapicie zawarta jest dwudziestoparoletnia historia: nowe mieszkanie, planowanie przyszłości, rozstanie i samotność. Nie ma tu żadnych zbędnych słów: na pierwszy plan wysuwa się stół, który trzeba kupić i to on opowiada historię rodzinnego dramatu. Niesamowity ładunek emocjonalny w niezwykle oszczędnej, wręcz ascetycznej narracji. „Książka” Łozińskiego składa się właśnie z takich historii. Pod względem kompozycyjnym jest dopieszczona do granic możliwości. To niezwykle ciekawa narracja, która opowiada o rodzinie, tej konkretnej i tej każdej, o trudnej historii Polski, o rozstaniach, a przede wszystkim o wielkiej i arcytrudnej sztuce, jaką jest próba zrozumienia naszych najbliższych. Mikołaj Łoziński, Książka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010
poniedziałek, 05 marca 2012
Pióropusz ze słów - "Pióropusz" Mariana Pilota
Mija właśnie kolejny tydzień od momentu, kiedy zaczęłam zastanawiać się, co napisać o „Pióropuszu” Mariana Pilota. Może w związku z tym, nie powinnam nic pisać, ale co tam… Przyznaję się, że mam z tą książką nie lada problem. Będzie więc krótko. Powieść Pilota jest laureatką Nagrody Nike za rok 2011. Kiedy zaczęłam ją czytać, byłam zachwycona. Przypomniało mi się, dlaczego tak fascynuje nas język polskiej powojennej wsi. To właściwie główny bohater powieści, który w nostalgiczny sposób opowiada nam o losach rodziny wiejskiego złodziejaszka, człowieka skutecznie opierającego się nauce pisania, przeciwstawiającego się tak zwanej kulturze oficjalnej, z buciorami wkraczającej na spokojną wieś. Spodobała mi się wizja "świata na opak” realizowana w warstwie językowej powieści (polszczyzna podszyta gwarą, naleciałościami z języków niemieckiego i rosyjskiego), pełnej humoru, obecnego zwłaszcza w przekręceniach językowych, idących głównie w kierunku obscenicznym i wulgarnym. Moje skojarzenia siłą rzeczy zmierzają więc ku literaturze sowizdrzalskiej, a nawet łotrowskiej. Gdzie jest wiec problem? Konopielkę czy Kamień na kamieniu pamięta się już na zawsze, a ja nie wiem jak będzie z Pióropuszem. Nie ma tam scen, które wbijają się w pamięć. Gąszcz słów powoduje, że fabuła staje się drugorzędna, co dla przeciętnego czytelnika, jest nie do przejścia. To tak jakby jeść zbyt słodki tort, z bitą śmietana, kremem, dżemem, owocami i jeszcze jakimiś fikuśnymi cukrowymi różyczkami… To nie jest tak, że nie doceniam języka Pióropusza. Wręcz przeciwnie. Wciągnął mnie ów niekontrolowany i prawdziwy język, którego żywioł opiera się wszelkim zasadom, tak jak ojciec nauce pisania, czy syn szkole, która chce spętać go i ograniczyć jego wolność. Język jest tu na pierwszym miejscu, czasami z dala przygląda się fabule, czasami uznaje ją za nieistotną i dalej robi swoje. W literaturze chłopskiej dotychczas fabuła stała obok języka i były to dwa równoprawne elementy składowe prozy. Celem było pokazanie świata poprzez język i zwyczaje. U Pilota widzę przede wszystkim język, co mi (nie ukrywam) troszkę przeszkadza. Chcę czegoś więcej. Nie wszyscy przeciętni czytelnicy są przynajmniej z zamiłowania językoznawcami. Niemniej jednak warto przeczytać Pióropusz Mariana Pilota. Warto przedrzeć się przez ten brawurowy język, kreujący surrealistyczne obrazy rodem z polskiej przedwojennej wsi. Warto poznać ojca, niezwykle odważnego, wręcz zuchwałego złodziejaszka, uznanego w stalinowskiej rzeczywistości za wroga ludu (tylko dlatego, że zniszczył mienie szkolne) i jego syna, który musi teraz pisać podania o uwolnienie ojca. Pisanie to staje się jego głównym zajęciem, jedynym punktem odniesienia, czymś uświęconym, co powoli nabiera zupełnie innego wymiaru i przenosi go w nieznaną mu do tej pory sferę sacrum. Marian Pilot "Pióropusz Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010
czwartek, 02 lutego 2012
Już wystarczy Pani Wisławo?
Będzie jej nam cholernie brakowało. Być może dlatego, że przynosiła spokój i harmonię, nie narzucała się ze swoja poezją. Pisała ją jakby mimochodem. Mówiła prosto o sprawach niełatwych. A przecież jest to najtrudniejsza sztuka. Czytając jej wiersze można wyczuć, że ona nikogo nie pouczała. Mówiła po prostu. Nie tworzyła na siłę, opisywała rzeczywistość bardzo dobrze nam znaną, ale nie każdemu dostępną w takim wymiarze. I jeszcze ta ironia. Ironia charakterystyczna dla osób, które potrafią dziwić się światem i każde zdarzenie przyjmować jako przygodę – przygodę życia. To taki stoicyzm współczesnego człowieka, stoicyzm radosny człowieka wielu epok, doświadczonego przez niejeden dramat, człowieka, który widział jak życie i historia z niego drwią. A Ona jakby nie przejmowała się tą drwiną. Żyła na przekór. Przyjmowała wszystko co przynosił los i przekuwała to w poezję. Wiedziała, że czas mija i mijała wraz z nim, ale bez protestów, spokojnie pisząc swoje wiersze. Jej poezja przynosi pogodną melancholię, w wyważony sposób mówi o sprawach ostatecznych. Zdaje się, że była z nimi pogodzona. Nie epatowała bólem, bo w życiu nie ma na to czasu. Wolała opisywać świat, człowieka, otaczające go przedmioty i nadawać im filozoficzne znaczenie. Tchnęła poezję w codzienność, akceptując jej wszystkie ułomności. Będzie nam Pani cholernie brakowało. Dobrze, że zostawiła Pani swoje wiersze. |