pod tytułem

blog Beaty Januszkiewicz o polskiej literaturze współczesnej

Wpisy

  • wtorek, 17 czerwca 2014
  • niedziela, 01 czerwca 2014
    • Dawno, dawno temu, gdzieś na końcu świata w Królowym Stojle – „Sońka” Ignacego Karpowicza

       

       

       

      Ignacy Karpowicz powiedział w jednym z wywiadów, że urodził się po to, by napisać „Sońkę”. „Sońka” jest to rzecz zgoła inna niż jego wcześniejsze powieści, nie tak rozbuchana czy eksperymentalna, jest spokojniejsza, choć dość emocjonalna, prowincjonalna, a nie wielkomiejska jak poprzednie książki, choć nadal zaangażowana. Ale czy jest to powieść tak dobra, że uprawnia pisarza do tak mocnych deklaracji, że urodził się po to, by napisać właśnie tę książkę, a nie inną? Mam wątpliwości. „Sońka” rzeczywiście ściska momentami za gardło, ale myślę, że dziś bardzo łatwo jest pomylić kiczowate wzruszenie ze szlachetnym katharsis.  

       

      Akcja najnowszej powieści Ignacego Karpowicza rozgrywa się w Królowym Stojle, wsi położonej na Podlasiu, w gminie Gródek, w Puszczy Knyszyńskiej, dalej to już tylko Białoruś. Trochę znam ten rejon – jest tam pięknie, chyba najpiękniej, cicho, nawet za cicho, i jakby na końcu świata.

       

      W jednym z domów w Królowym Stojle mieszka Sońka, której życie zmierza do nieuchronnego końca, właściwie spotykamy ją tuż przed śmiercią. W czasie wojny przeżyła ona wszystko, co w jej życiu było najważniejsze i najpiękniejsze. Miłość. Joachim Castorp był Niemcem stacjonującym w okolicy. To z nim Sońka przeżyła romans swojego życia.

       

      Piękna Białorusinka w czasie wojny mieszkała z ojcem i dwoma braćmi. Wychowywała się bez matki, która zmarła przy jej porodzie. Kiedy osiągnęła dojrzałość i stała się kobietą, ojciec zaczął ją regularnie gwałcić. Musiała spełniać w ten sposób rolę „żonki”. Żyjąc  w domu pośród mężczyzn, zimnych i nieczułych, bardzo szybko i łatwo pokochała kogoś, kto wydawał się jej po prostu inny.

       

      Inspiracją do stworzenia tej opowieści było jedno zdanie, jakie usłyszał Ignacy Karpowicz od swojego wujka, malarza, Leona Tarasewicza, który gdzieś tam kiedyś napomknął, że u nich we wsi żyła taka jedna, która miała w czasie wojny romans z Niemcem. Sam autor nigdy swojej bohaterki nie spotkał, to co opisał, jest tylko wyobrażeniem takiego spotkania, wizją tego, jak to kiedyś mogło być, gdy Sońka i jej Niemiec natrafili na siebie pośród wojennej zawieruchy, jak mogłoby być teraz, gdyby Sońka o tym wszystkim komuś opowiedziała. W powieści jest to Igor Grycowski, modny reżyser teatralny z Warszawy, piękny królewicz z bajki, który przypadkiem przejeżdża przez wieś Sońki, gdzie psuje mu się samochód. Początkowa złość zamienia się w zdziwienie, zdziwienie światem, światem, o którym już zdążył zapomnieć, który został wyparty ze świadomości Igora – Ignacego, bo w pewnym momencie dowiadujemy się, że Igor to Ignacy, który pochodzi z Podlasia. Wtedy zaczyna się historia Sońki, która w istocie opowiada pięknie, mówi w języku białoruskim, który w jej ustach brzmi niezwykle intymnie, ale i prosto, nieskomplikowanie. Bo Sońka, mimo  okrucieństwa, jakiego doświadczyła na własnej skórze, drapieżności wojny, życia w ogóle, pozostała osobą pielęgnującą w sobie to, co wydarzyło się w ciągu jednego roku podczas okupacji.

       

      Miłość Sońki do Joachima nie miała szans na szczęśliwy finał i skończyła się tak, jak musiała się skończyć – tragedią. Ale nawet te 70 lat po wojnie nie zdołały zatrzeć w jej pamięci śladu po tamtych wydarzeniach. Rany nie znikają ta po prostu, nie da się o nich zapomnieć, one tylko się zabliźniają a ból trwa w nieskończoność.

       

      Prawdziwe cierpienie, realne życie, autentyczny ból odnalazły swój dom w Królowym Stojle, w biednej chałupie Sońki, która wszystko co najpiękniejsze i najokrutniejsze przeżyła w czasie wojny, miłość Joachima i odejście, bestialstwo ojca, obojętność braci, narodziny i śmierć dziecka, śmierć wszystkich najbliższych, samotność i odrzucenie. Mimo wszystko cały czas tęskniła za wojną, tęskniła za miłością. Jej życie zostało napiętnowane historią, historia uczyniła je pięknym, historia uczyniła je tragicznym.

       

      Drugi bohater „Sońki” – Igor/Ignacy, warszawski reżyser, wysłuchując historii starej Białorusinki, na bieżąco tworzy w swojej głowie spektakl, notuje rozliczne pomysły i uwagi, przerabia opowieść Sońki, wizualizuje sceny. Premiera „Królowego Stojła”, bo taki tytuł nadał swojej trzygodzinnej sztuce reżyser Igor Grycowski, odbyła się w Warszawie w Teatrze Narodowym. Krytyka przyjęła nowy spektakl popularnego reżysera lodowato, by po roku dostosować się jednak do opinii widzów, zdecydowanie bardziej życzliwych temu przedsięwzięciu niż krytycy. Nie mówiono już o kiczu, mówiono o uniwersalności, o tym, że sztuka ta jest i niemiecka, i polska, i białoruska, awangardowa, nowoczesna i klasyczna zarazem!

       

      Karpowicz zdaje się kpić w tym momencie z takich Grycowskich, którzy przeżywają swoje porażające płycizną cierpienia twórcze, tożsamościowe i wszystkie inne, które w ich przekonaniu wznoszą artystę na wyżyny teatralnych kreacji, a w istocie są groteskowe, żałosne i wyolbrzymione, ale i z krytyki, która na swoją modłę dość często wyjaśnia tekst, narzuca jedną interpretację, potrafi wynieść twórcę na wyżyny, tylko po to, by zaraz z nich strącić.

       

      Igor Grycowski dzięki jest postacią z innego niż Sońka świata, choć wywodzi się z tego samego co ona miejsca. Teraz jednak jest warszawskim snobem, artystą awangardowym, który początkowo planuje wycisnąć z historii Sońki ile się da, aby odnieść kolejny sukces, aby znowu było o nim głośno. Właśnie w tym miejscu zaczynają się moje wątpliwości, co do szczerości Ignacego Karpowicza. Z jednej strony daje on nam piękną, wzruszającą i tragiczną postać Sońki, a to się zawsze dobrze sprzedaje; z drugiej zaś kpi z Igora, który co prawda dzięki spotkaniu Białorusinki odkrywa siebie na nowo, w jakiś sposób konfrontuje się z własnym pochodzeniem, ale robi to samo co jego Autor – chce nam po prostu sprzedać rzewną historię.

       

      Niewątpliwie Ignacy Karpowicz jest jednym ze zdolniejszych pisarzy młodego, choć już dojrzałego pokolenia, ale ja z trudem znajduję w jego ostatniej powieści tyle autentyzmu, ile bym chciała. „Sońka” jest misternie skonstruowaną narracją, antybaśnią, ale i melodramatem, jest to z pewnością przemyślana historia, bo powstawała wiele lat, dlatego też myślę, że jest nieco przekombinowana. Karpowicz w „Sońce” łączy różne konwencje, jakby sprawdzał czujność czytelnika, odwracając tym samym uwagę od istoty rzeczy jaką jest opowieść.

       

      Ignacy Karpowicz, Sońka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Dawno, dawno temu, gdzieś na końcu świata w Królowym Stojle – „Sońka” Ignacego Karpowicza ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 czerwca 2014 19:34
  • sobota, 31 maja 2014
    • W Dniu Dziecka nie zapomnij o książce. „Kosmonautka” Piotra Wawrzeniuka

       

       


      Jeśli chcecie, aby wasze dzieci czytały książki, musicie sami czytać. Nic prostszego. Nieważne jakie to będą książki, o czym, ważne, aby były z papieru. Papier to podstawa. Od niego wszystko się zaczyna. Dzień Dziecka to doskonała okazja do tego, aby wpuścić malucha do księgarni i niech robi tam kipisz, niech wybiera, a wy płaćcie – i nie płaczcie, nie liczcie ile za ile. To inwestycja.


      Dziś na Targu Śniadaniowym na warszawskim Żoliborzu nie mogłam z moją córką ominąć stoiska Księgarni Bullerbyn. Po udanych zakupach, po spożyciu rozlicznych delicji, można było udać się na trampolinę ;)


      Wśród nabytych dziś książek znalazła się fantastyczna powiastka Piotra Wawrzeniuka pt. „Kosmonautka”. Jest to rzecz w duchu jakby nie było genderowym, i jakkolwiek nie przepadam za tym słowem, to tutaj muszę przyznać, że jest to rzecz niezwykle ciekawa, zabawna i pouczająca. Dość powiedzie, że konsultacji językowych udzielił przy tworzeniu „Kosmonautki” Autorowi prof. Mirosław Bańko.

       

      Ta krótka książeczka opowiada o różnych mamach, które mają niekiedy nietypowe jak na mamy zawody. Są architektkami, inżynierkami, kosmonautkami, pastorkami, pilotkami, prezydentkami, arcymistrzyniami szachowymi, chemiczkami, generałkami, mistrzyniami Formuły 1, neurochirurżkami, prezeskami banku. Wszystkie mają trudne i odpowiedzialne prace, ale popołudniami są po prostu, tylko i aż, mamami.

       

      „Kosmonautka” Piotra Wawrzeniuka to bardzo prosta i dowcipna historia o tym, jak skomplikowane mogą być rzeczy, którymi zajmują się kobiety, a zajmują się nie tylko dziećmi. Wszystkie mamy to bohaterki, które spełniają swoje marzenia i są wzorami dla swoich pociech. Mądra mama zawsze da radę! Kosmonautka ma wszystko w tubce, nawet podwieczorek, mama generałka nosi mundur, a w domu, gdy odpoczywa, wcale nie lubi generalnych porządków, neurochirurżka nauczyła swoje dziecko przyszywać guziki i naklejać plasterki, a prezeska banku, choć tata nazywa ja „rekinem” biznesu, lubi chodzić z rodziną do delfinarium.

       

      Fragment "Kosmonautki" P. Wawrzeniuka

       

      Większość wymienionych wyżej zawodów do tej pory, nawet jeśli były one wykonywane przez kobiety, nie miały w języku polskim swojej żeńskiej formy, a jeśli ją miały, to raczej nikt jej nie używał. Żyjemy w świecie zdominowanym przez mężczyzn, ale to my w dużej mierze wychowujemy dzieci. Jednak bez względu na wszystko mamo kosmonautko, mamo architektko, mamo neurochirurżko, ale i tato inżynierze, tato generale, kupcie dziecku kolejną książkę. Poczytajcie. Wszyscy będziecie bohaterami:)

       


      Zasłużony odpoczynek z lekturą :)

       

      Biblioteczka dziecka


       Piotr Wawrzeniuk, Kosmonautka, Wydawnictwo Poławiacze Pereł, Warszawa 2014

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „ W Dniu Dziecka nie zapomnij o książce. „Kosmonautka” Piotra Wawrzeniuka”
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      sobota, 31 maja 2014 17:07
  • środa, 28 maja 2014
    • Kwaśne winogrona Michaśki - "Zbrodniarz i dziewczyna" Michała Witkowskiego

       

      Zbrodniarz i dziewczyna 

       

       

      Trzeba nie lada samozaparcia, wytrwałości lub po prostu zadać sobie pokutę, aby po rozpoczęciu czytania „Zbrodniarza i dziewczyny” Michała Witkowskiego (tytuł i treść książki nawiązują do filmu „Zbrodniarz i panna” z 1963 w reżyserii Janusza Nasfetera ze Zbigniewiem Cybulskim w roli głównej) brnąć dalej w lekturę tej książki. Jeśli chodzi o mnie, to owszem, potrafię wykazać się wewnętrzną dyscypliną, ale i pokutować zawsze jest za co, więc dotrwałam do ostatniej strony najnowszej powieści Witkowskiego, z benedyktyńską cierpliwością przerzucając jej kolejne stronice zapełnione licznymi cytatami i nawiązanymi do wcześniejszych dzieł autora, no i mam to co chciałam, czyli poczucie straty czasu, który, jak wiadomo, jest nie do odzyskania. No, ale jak pokuta, to pokuta.

       

      Michał Witkowski już dawno temu pokochał media. Stylizuje się więc, przebiera, bryluje na pokazach mody, robi miny i przybiera pozy na ściankach -  show must go on! W efekcie stał się trochę taką Conchitą Wurts polskiej literatury. W obu przypadkach możemy mówić o jakimś talencie - kobieta z brodą ma warunki wokalne, ale śpiewa coś, co zalicza się do sztuki niezbyt wysokich lotów, za to wpada w ucho, masy są zadowolone; Witkowski talent niewątpliwie również posiada, ale zaczyna pisać nieadekwatnie do swoich możliwości, bo liczy się kasa i show, jego kreacja pozaliteracka jest wyrazista, plotki i pudelki aż się proszą, żeby się wypowiadał na tematy wszelakie, broń Boże o książkach, bo to nie ten target przecież. No cóż, jaka kiełbasa, taka Chonchita chciałoby się rzec, bo sława Michaśki co najwyżej dobije do Międzyzdrojów, rozbije się o falochrony i to by było na tyle.

       

      Fabuła najnowszej powieści blogerki modowej, niegdyś pisarza Michała Witkowskiego, dotyczy śledztwa wokół tajemniczego Przedwojennego Mordercy, który zabija głównie osoby młode, tak zwanych enenów, czyli no name, non notus, nomen nescio itd., a ich zwłoki, wystylizowane na modę retro z lat dwudziestych, porzuca w miejscach popularnych wśród gejów z przedwojennego Wrocławia. Śledztwo prowadzi policjant, tak zwany Studencina, który okazuje się gejowskim tajnym agentem Tomkiem. Towarzyszy mu prokuratorka Pospieszalska. Policja wpada na pomysł, że ze względu na rozliczne nietypowe zainteresowania Witkowskiego, może to on jest właśnie poszukiwanym mordercą. Szybko się okazuje, że  to jednak nie Michaśka. W ten oto sposób pisarz, który już nie pisze, za to regularnie chodzi na siłownię, dość dobrze zna działanie każdego dostępnego legalnie i nielegalnie antydepresantu, zbiera wycinki z gazet o zaginionych młodych chłopcach (hobby jak każde inne) zostaje włączony do  śledztwa, trochę jako wabik, trochę jako ktoś, kto w pewnych środowiskach ma po prostu rozeznanie, a trochę nie wiadomo po co. Ale żeby do tego dojść, drogi czytelniku, to jakieś sto stron niemożebnej nudy, będącej włóczęga po Wrocławiu i śledzeniem Studencika (wątek romansowy!), irytujących i obfitujących w banały dialogów miedzy Michaśką a jego przyjaciółką, musisz znieść. Nie będzie łatwo, ale nagrody po tej mordędze też nie będzie.

       

      Jedynym wyjątkiem, dla którego warto sięgnąć po tę książkę, jest fragment opisujący sekcję zwłok (dobry research), w której Witkowski uczestniczy, już jako pomagier wrocławskich policjantów. W zasadzie na tym fragmencie opiera się cała promocja książki, wywiady na Pudelku znalazły więc właściwe dla siebie miejsce, wszak wszystko to wypomadowane, wybotoksowane i przestylizowane zgnije, obnaży swoje zepsute i śmierdzące treści żołądkowe, i nagle się okaże, że nie ma duszy, są za to trzewia.

       

      Akcji tej książki, zwanej od czasu do czasu kryminałem, choć to raczej quasi-kryminał, nie można nazwać wartką,  cała historia jest bez wyrazu, mimo że autor to jedna z najbarwniejszych postaci polskiej literatury. Główny bohater jest niewiarygodny, nawet nie jest groteskowy, co by w jakiś sposób go ratowało, on jest po prostu light, czyli jakby 0% - nie intryguje, nie przykuwa uwagi, krótko mówiąc, mogłoby go tam nie być.

       

      Miłość własna i do swoich książek, cytowanie samego siebie, podążanie własnym tylko śladem, mogą jedynie pisarza jedynie zgubić. Michał Witkowski wypiera się jednak, jakoby on był pisarzem; już nie chce nim być, nie chce, aby jego książki nominowano do nagród, pragnie pisać po prostu już tylko dla kasy, żeby mieć na modne stroje i botoks. Ja to właściwie rozumiem, że on tak dla tych pieniędzy chce tylko pisać, że promuje się jako człowiek, któremu z pisania udaje się żyć, ja mu nawet życzę rekordowych zaliczek na poczet każdej kolejne książki, niech ma! Ja wolę takie deklaracje, nieco teatralne i manieryczne, niż zawodzenie sfrustrowanej pisarki, bo nie zarobiła na książce tyle, ile myślała, że zarobi.  Ale i tak to są tylko kwaśnie winogrona, Panie Michale. Po „Lubiewie” „Barbara Radziwiłłówna Jaworzna – Szczakowej”, „Margot” i „Drwal” nie zostały już tak entuzjastyczne przez krytykę przyjęte, więc nie pozostało Panu nic innego, jak wmówić nam, że literatura Pana już nie interesuje.  

       

      Michał Witkowski, Zbrodniarz i dziewczyna, Świat książki, Warszawa 2014

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      środa, 28 maja 2014 08:33
  • niedziela, 25 maja 2014
    • Jak nie pisać książek dla dzieci - "Jak zostałam wiedźmą" Doroty Masłowskiej

       

       

       

      Masłowska

       

       

      Co się stało z Dorotą Masłowską? Gdzie się podziała jej brawura językowa, dzięki której tak trafnie opisywała ona nasze smutne, zepsute i zdegenerowane społeczeństwo? Czyżby najzwyczajniej w świecie Dorota Masłowska wyprztykała się na „Wojnie polsko – ruskiej…”, „Pawiu królowej” i „Między nami dobrze jest”? Czy jej ówczesne furia, rankor, wściekłość, wrzask, które kilkanaście i kilka lat temu demontowały z powodzeniem dominujące wówczas idee i konwencje, poszły sobie spać i tylko z cicha pochrapują, niekiedy coś chrząkną, zacharczą, odkaszlną, ale to by było na tyle?

       

      Autorka najgłośniejszego debiutu literackiego po 1989 roku jest dziś już osobą dojrzałą i ja w zasadzie nie chciałabym wracać nieustannie do czasów „Wojny polsko – ruskiej… „ (choć uparcie to robię), tak więc ten wątek winien być zakończony, choć o „popsutym” języku Masłowskiej , który teraz jakby się zużył, wyczerpał, wypalił, mówić trzeba.

       

      „Jak zostałam wiedźmą. Opowieść autobiograficzna dla dorosłych i dzieci” to najnowsza książka Doroty Masłowskiej. Gwoli  przypomnienia, jej ostatnia powieść, taka tylko dla dorosłych, „Kochanie, zabiłam nasze koty” ukazała się w roku 2012, potem był wywiad – rzeka, który z pisarką przeprowadziła Agnieszka Drotkiewicz „Dusza światowa”. W tym roku autorka „Pawia królowej” zaskoczyła nas swoim nowym, dotąd szerszej publiczności nieznanym obliczem muzycznym, i wydała płytę Mister D. pt. „Społeczeństwo jest niemiłe”, która to płyta w moim przekonaniu jest nie do słuchania, no, może z raz, dwa razy na You Tube jakiś kawałek, ale nie więcej, bo i teledyski są męczące i sama maniera, z którą Masłowska wyśpiewuje kolejne frazy, jest nie do zniesienia na dłuższą metę (szczególnie utwór o panu prezydencie, który powinien być puszczany seryjnym mordercom w izolatkach  - okrutna kara!). Łatwo sobie więc policzyć, że w ciągu ostatnich 2 lat trochę tego było, po kilkuletniej przerwie Masłowska znowu zaatakowała, ale strzela już chyba tylko ślepakami. 

       

      Wracam jednak do „Jak zostałam wiedźmą”. Jest to opowieść o Wiedźmie, która żywi się oczywiście dziećmi, ale tylko tymi niegrzecznymi. Właśnie wraca do swojego domu, który mieści się na skraju świata, idzie i zagląda ludziom do rozświetlonych światłem telewizora okien, a ludzie ci tylko liczą i liczą ile mają i ciągle im wychodzi, że mają za mało. Poza tym liczeniem i myśleniem, żeby mieć więcej, niczego nie dostrzegają. Wiedźma nie ma serca, tylko dziurę w tym miejscu, jest bardzo głodna, a na domiar złego spotyka na swojej drodze dziewczynkę, niestety zbyt dobrą, aby mogła ją zjeść i się nie zatruć. Jedynym wyjściem jest zmieszanie jej z dzieckiem złym i niegrzecznym.

       

      Dorota Masłowska chce w ten sposób opowiedzieć nam o dobru i złu, a tym złem są iPhony, tablety, telewizja itp., które rodzice wykorzystują jako metody wychowawcze, czując się tym samym zwolnieni z tego jakże trudnego i przykrego obowiązku. Nowoczesność według autorki jest przez nas źle wykorzystywana. Staliśmy się społeczeństwem nie tylko już niemiłym, ale otępiałym. Nasze dzieci potrafią klikać, a nie potrafią pisać i czytać.

       

      Masłowska mówi też o tym, że każdy chciałby żyć w świecie idealnym, ale taki nie istnieje, każdy musi dotknąć zła, ale trzeba umieć się go wystrzegać. Nie ma ludzi zaimpregnowanych na zło, wszyscy jesteśmy narażeni, nie uda nam się też przed złą wiedźmą uchronić naszych dzieci. Ja nawet jestem skłonna prędzej uwierzyć w taką wygłodniałą i złą staruchę, co to tylko czyha na nasze pociechy i czai się, czai, aż w końcu dopnie swego, niż w dobrą wróżkę, która ma w dupie cały ten popaprany świat i ze swej pięknej, magicznej krainy po prostu nie wychyla nosa. A tak naprawdę to na co mi dobra wróżka? To nie od dobrych wróżek, elfów i innych disneyowskich tworów zależy świat mojego dziecka – on zależy ode mnie. W wierszowanej historii Doroty Masłowskiej dobra dziewczynka ma dobrą mamę, a Boguś, chłopiec niesforny, z nieodłącznymi iPhonem w jednej ręce i chipsami w drugiej, ma rodziców, którzy również nie rozstają się ze swoimi telefonami, ciągle z kimś rozmawiają, mają firmę Więcej, Wiece, Więcej  & Więcej, Więcej, Więcej. Nie mogą go więc obronić przed Wiedźmą. Po prostu nie maja czasu. Są zajęci.

       

      Pomysł na książkę mi się jako tako podoba, bo sama jestem mamą małej dziewczynki, no raczej nie jest ona krystalicznie dobra, bo ogląda tv, śmiga po różnych aplikacjach na tablecie, ale też czyta książki (to znaczy ja jej czytam), uczy się pilnie pisać literki, liczy wszystko wręcz kompulsywnie, bo właśnie odkryła, że ów świat jest policzalny (co mnie w zasadzie niepokoi) i ja sama dobrze wiem, że uchronić przed złem naszych dzieci się nie da, ale można je nauczyć odróżniać to co dobre od tego gorszego, stworzyć alternatywę dla komputerów i smartfonów. Można, naprawdę.

       

      Literacko jednak „Jak zostałam wiedźmą” to książka słaba, bez polotu, jakby nieco wymuszona. Dzieci tego nie zrozumieją, dorośli się nie nabiorą. To wszystko jest zbyt banalne, a co gorsza – moralizatorskie i nachalne. Potknęła się Masłowska na dosłowności, a to  w książkach dla dzieci jest niedopuszczalne. Język już nie ten, bez dawnej melodii i rytmu, a książka niby wierszowana, nie obyło się jednak bez czknięć i to w zbyt wielu miejscach.  

       

      Dość ciekawe rysunki Marianny Sztymy, która na co dzień tworzy ilustracje prasowe, w bardzo dziś modnej konwencji polegającej na zniekształconym trochę realizmie, do dzieci nie przemówią, raczej do dorosłych i to takich hipsterów, co lubią im brzydziej, tym ładniej. Jest więc nieróżowo,  niedisneyowsko, niestandardowo, bardzo współcześnie.


      Dorota Masłowska,Jak zostałam wiedźmą. Opowieśc autobiograficzna dla dzieci i dorosłych, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 maja 2014 09:48
  • czwartek, 22 maja 2014
    • W naszej krainie czarów nikt nie umie czarować – „W krainie czarów” Sylwii Chutnik

       

      W krainie czarów

       

      

       

       - Czy mógłbyś mi powiedzieć, w jakim kierunku powinnam teraz pójść?

      - To w pewnej mierze zależy od tego, dokąd chcesz się dostać – odparł Kot.

       - Nie ma to dla mnie znaczenia… - odpowiedziała Alicja.

      - Więc nieważne, w którą stronę pójdziesz – odrzekł Kot.

      - … zależy mi na tym, żeby w  o g ó l e  udało mi się g d z i e ś dojść – wyjaśniła.

       - Och, na pewno ci się uda – powiedział Kot – jeśli tylko będziesz szła dostatecznie długo.

      „Alicja w Krainie Czarów”, Lewis Carroll, tłum. Krzysztof Dworak

       

       

      Może to, co teraz powiem trąci banałem, a nawet nim zwyczajnie jest, ale co jakiś czas warto sobie uświadomić, że życie to nie bajka, a prawdziwa, choć właściwie nieprawdziwa kraina czarów może i gdzieś tam jest, ale drogi do niej nie ma żadnej. Z pewnością wiedzą o tym bohaterowie najnowszej książki Sylwii Chutnik, zbioru poruszających opowiadań „W krainie czarów”, których akcja dzieje się tu i teraz, choć wszystko to czasami takie nieoczywiste i niepewne, zbyt trudne, pokrętne i zawiłe. Kurwa, życie!

       

      Sylwia Chutnik jednak z tym życiem się nie cacka i pisze jak jest. Jej bohaterowie to ludzie zwyczajni, prości, tacy jak Anna, która całymi dniami tyra w jakimś zakładzie w Mysłowicach, ma na głowie męża, oczywiście pochłoniętego zapijaniem się i nicnierobieniem. Do tego dochodzi matka, chora, na wózku, z traumą z dzieciństwa. Jest i Bożena z Poznańskiej, stara prostytutka, taka co niejedno widziała i niejedno robiła. Dogorywa właśnie na jednej z warszawskich ulic, znanej oczywiście z takich jak ona, a o swoim życiu może powiedzieć wiele, choć wystarczyłoby tylko to jedno zdanie: „Całe życie pracowałam na to, aby być samotną.” W opowiadaniu „Wszystko zależy od pani” jego pełna kompleksów, niedowartościowana bohaterka – narratorka mówi: „Jedni rodzą się na ładnie, drudzy na kocmołucha.” Pełno w tych opowiadaniach samotności, takiej której chciałoby się pozbyć, ale którą bardzo trudno przecież porzucić.

       

      „Tu dziś, na tym dancingu, wszyscy jesteśmy jednością. Nie ma jutra, jest niekończące się teraz (…).”  W opowiadaniu „Dancing” jego bohater  - Piotr rozpaczliwie poszukuje miłości, a może tylko towarzystwa, akceptacji, kobiecego ciała, chce zapomnieć na chwilę o swoim smutnym życiu. Dla niego akurat los okazuje się nadzwyczaj łaskawy. W odpowiednim momencie potrafi wykorzystać szansę i udaje mu się na dancingu zatańczyć z nią - nieznajomą. Trwało to tyle, ile miało trwać, do powrotu jej partnera, z którym przed chwilą się pokłóciła. Ta nic nieznacząca sprzeczka kochanków pozwoliła mu na chwilę dotknąć życia, dała mu wspomnienie, którym teraz będzie mógł się karmić przez kolejne lata.

       

      Oprowadza nas też Chutnik po warszawskim Muranowie, mieście – cmentarzu, cmentarzu, na którym toczy się dziś życie. Mówi: „Ci ludzie Stamtąd gdzieś się muszą podziewać”. Gdzie są te wszystkie duchy, gdzie są te wszystkie kamienice, bombardowane po sto razy, gdzie są życia, które sobie nie pożyły?

       

      Sylwia Chutnik przyzwyczaiła swoich czytelników do tego, że jej proza przechadza się   po najmroczniejszych miejskich gościńcach i zakamarkach, że jej bohaterowie żyją na krawędzi, że są to ludzie wykluczeni przez starość, biedę, nijakość i samotność. Wszyscy są naznaczeni jakimś piętnem, skazą, bez szans na tak zwany życiowy sukces, przegrani już na starcie. W pierwszy opowiadaniu zbioru „W krainie czarów” narratorka – autorka mierzy się ze śmiercią dziadka. To tutaj poznajemy Alicję, czyli Sylwię, która w momencie granicznym nie wie, jaki wybrać flakonik. A skąd ma wiedzieć? Ja też nigdy nie wiem.

       

      Nasza kraina czarów jest tu, ale nikt w niej nie umie czarować. W naszej krainie czarów jest ból, bo bez bólu nie ma życia. A może największą magią jest umieć go czuć, umieć mówić jego językiem, prostym i bez zbędnych łez. Czasami trzeba go potraktować ironicznie, być ponad to, dać w zęby (a niech boli!) i pójść sobie dalej, w dowolną stronę, tak długo, aż się gdzieś dojdzie. 

       

      Sylwia Chutnik, W krainie czarów, Znak, Kraków 2014

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 maja 2014 21:38
    • Nagroda Literacka Nike 2014

       

       

       

       

      Ogłoszono nominacje do Nagrody Literackiej Nike 2014. Osobiście życzyłabym sobie, aby najwyżej ocenioną książką została powieść Jerzego Pilcha „Wiele demonów” lub „Ostatnie rozdanie” Wiesława Myśliwskiego, tudzież  reportaż Małgorzaty Rejmer „Bukareszt. Kurz i krew”. Trzymam też kciuki za tom poetycki Marcina Świetlickiego „Jeden”, ale mam jakieś przeczucie, graniczące niemalże z pewnością, że będzie to Ignacy Karpowicz i jego „Ości”… (No i pytam się grzecznie, choć stanowczo: co tam robi Patrycja Pustkowiak ze swoimi „Nocnymi zwierzętami”?)


      Wszystkie nominowane książki to:


      Powieści:


      Justyna Bargielska „Małe lisy” (Czarne, Wołowiec) 
      Brygida Helbig „Niebko” (W.A.B., Warszawa)
      Ignacy Karpowicz „Ości” (Wydawnictwo Literackie, Kraków) 
      Wiesław Myśliwski „Ostatnie rozdanie” (Znak, Kraków)
      Łukasz Orbitowski „Szczęśliwa ziemia” (Sine Qua Non, Kraków)
      Jerzy Pilch „Wiele demonów” (Wielka Litera, Warszawa)
      Paweł Potoroczyn „Ludzka rzecz” (W.A.B, Warszawa)
      Patrycja Pustkowiak „Nocne zwierzęta” (W.A.B., Warszawa)



      Tomy poetyckie:


      Wojciech Bonowicz „Echa” (Biuro Literackie, Wrocław) 
      Darek Foks „Rozmowy z głuchym psem” (Dom Literatury w Łodzi, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi)
      Szymon Słomczyński „Nadjeżdża” (Biuro Literackie, Wrocław)
      Xawery Stańczyk „Skarb piratów” (Lampa i Iskra Boża, Warszawa)
      Marcin Świetlicki „Jeden” (EMG, Kraków)

      Reportaże:


      Wacław Radziwinowicz „Gogol w czasach Google’a” (Agora, Warszawa)
      Małgorzata Rejmer „Bukareszt. Kurz i krew” (Czarne, Wołowiec)
      Ziemowit Szczerek „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” (Korporacja Ha!art, Kraków)

      Tomy eseistyczne:


      Andrzej Stasiuk „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” (Czarne, Wołowiec)
      Piotr Szarota „Wiedeń 1913” (słowo/obraz terytoria, Gdańsk)

      Autobiografia:


      Karol Modzelewski „Zajedźmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca” (Iskry, Warszawa)



      Dziennik:

       

      Jerzy Pilch „Drugi dziennik” (Wydawnictwo Literackie, Kraków) 


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 maja 2014 15:50
  • niedziela, 18 maja 2014
    • Ocalić kulturę Zachodu - "Sto dni bez słońca" Wita Szostaka

       

       

      Sto dni bez słońca

       

      Kultura Zachodu, jak wiemy, już od dawna chyli się ku upadkowi. W kryzysie pogrążone są wszystkie dziedziny życia, lecz to z nauką i kulturą jest chyba najgorzej. Gospodarka jakoś sobie poradzi, te wszystkie tąpnięcia, zapaście są wszak potrzebne – zaraz potem następuje ożywienie, tym bardziej, że społeczeństwo bez konsumpcji oddychać już nie może. Ale kultura to zupełnie inna bajka. Bez kultury, nauki i humanistyki przeciętny obywatel świata tak zwanego zachodniego jest w stanie się obejść.  To nie są towary chodliwe, nie są to artykuły pierwszej potrzeby, nadal bowiem postrzega się je jako dobra niematerialne. Kto zatem miałby podźwignąć ciężar, jakim jest  próba ocalenia tego świata, kto miałby zmierzyć się z tymi rozlicznymi problemami, kto umiałby postawić diagnozę, kto mógłby być spirytus movens tej nowej, jakże potrzebnej  rewolucji? Lesław Srebroń.



      Lesław Srebroń jest bohaterem najnowszej powieści Wita Szostaka „Sto dni bez słońca”, powieści doskonałej, zabawnej i inteligentnej. To już czwarta książka niefantastyczna tego autora, który nie mógł zrobić nic lepszego, jak odejść od swojego macierzystego gatunku i zacząć tworzyć rzeczy, powiedzmy to, realistyczne, choć niepozbawione sznytu właściwego literaturze fantastycznej. Po latach tworzenia fantastyki (Szostak debiutował w 1999 roku)  nie mogło stać się  inaczej: jego proza to nic innego jak realizm magiczny,  coś, co podług mnie jest w literaturze najpiękniejsze, bo pozwala płynąć i płynąć wraz z opowieścią, zamieszkać w niej, stać się jej częścią.

       

      Lesław Srebroń jest polskim naukowcem, polonistą, a jakże, wielbicielem i badaczem literatury fantastycznej, szczególnie Filipa Włócznika, według niego - najwybitniejszego polskiego pisarza w ogóle. Został on wysłany do Newport, miasteczka znajdującego się na fikcyjnych irlandzkich wyspach Finneganach, gdzie mieści się St. Brendan College. Ów nic nieznaczący uniwersytet, miejsce, w które upadli naukowcy z całej Europy zostają zsyłani przez swoich przełożonych, aby tam dokonać akademickiego  żywota, jawi się Srebroniowi jako ostatnie miejsce, gdzie humanistyka cokolwiek jeszcze znaczy. Problemem polskiego naukowca jest to, że w zasadzie nie ma on kontaktu z rzeczywistością, którą postrzega tak, jak chce. Prowadzi zajęcia, na które uczęszcza pięciu studentów (których pieszczotliwie nazywa urwisami i szczeniętami humanistyki!), a on wykłada im prozę Filipa Włócznika, przy czym należy dodać, że nie dysponuje on żadnymi anglojęzycznymi przekładami jego książek, albowiem wielbiony przez Srebronia Filip Włócznik to najzwyczajniej w świecie jakiś podrzędny pisarzyna. Znakomitym jednak zabiegiem w całej powieści Szostaka są liczne cytowania samego Włócznika, streszczenia jego książek, mini wykłady o jego prozie dawane przez Srebronia. Srebroń bowiem sam opowiada swoją historię, prowadząc na bieżąco tak zwany dziennik pokładowy i spisując swoje wspomnienia z tego, jakże niezwykłego i pouczającego pobytu w Newport. 



      Każdy dzień na Finneganach płynie swoim niespiesznym rytmem, toczy się powoli, natomiast życie uniwersyteckie w poklasztornych murach St. Brendan College nie toczy się w ogóle. Współpracownicy Srebronia są wyliniałymi, starymi i znużonymi kocurami nauki, przesiadują w pubie, nie piszą referatów, nie prowadzą badań i nie ogłaszają żadnych prac. Polski humanista wprowadza w ich życie nieco zamętu, nie dostrzegając ich zblazowania. To międzynarodowe towarzystwo ubrane w tweedowe marynarki unika nadgorliwego wielbiciela fantastyki z Polski, wymigując się ze spotkań z nim na różne sposoby. Biedny Srebroń jest wówczas przekonany, że jego przyjaciele (!) idą pisać referaty, a kpinę z ich strony, wymierzoną prosto w niego, odbiera jako zaczyn niejednej intelektualnej dysputy, które według niego miały miejsce w pubie u Toby’ego.

       


      Pewnego dnia, funkcjonując z wolna na marginesie życia akademickiego, lecz będąc przekonanym, że to właśnie St. Brendan College jest miejscem, gdzie toczy się autentyczne życie akademickie, Srebroń wpada na pomysł, że ów intelektualny ferment jego nowej uczelni, to początek czegoś absolutnie nowego. Czuje się on powołany do zainicjowania prac nad nowym grantem badawczym, którego celem będzie zbadanie przyczyn kryzysu kultury zachodnioeuropejskiej. To miało być dzieło jego życia, dzieło stworzone przy współpracy finnegańskich naukowców, najwybitniejszych umysłów tych czasów. I choć od początku opowieść Lesława Srebonia porywa czytelnika, to sama powieść w tym właśnie momencie nabiera tempa. Srebroń przygotowuje plan działania, lecz jego „przyjaciele”, najświatlejsze umysły współczesnej humanistyki, również nie próżnują, cierpliwie mieszając w kotle, w którym zamierzają ugotować swojego zacnego kolegę z Polski.

       

      Język Szostaka jest nadal, tak jak w jego poprzednich powieściach, przesadnie elegancki, lecz broń Boże, nie jest to zarzut. To pewna konsekwencja autora, że jego narrator mówi do nas językiem wytwornym, niezwykle melodyjnym, wręcz nieco staroświeckim. Taki sposób powadzenia narracji wbrew pozorom ożywia naszą literaturę, jest powiewem świeżości. Inteligentnego humoru bowiem nam potrzeba,  potrzeba nam po prostu dobrej satyry. Szostak nie stroni również od licznych aluzji, szczególnie do polskiej literatury fantastycznej, bawi się swoją prozą, bawi się literaturą w ogóle i robi to świetnie.

       

      Wit Szostak, Sto dni bez słońca, Powergraph, Warszawa 2014 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 maja 2014 09:31
  • wtorek, 13 maja 2014
    • Przeżyją tylko książki

       

       

       

      Kiedy ten świat już ostatecznie zmarnieje, kiedy wszystko straci na znaczeniu, a sensu w czymkolwiek na próżno będziemy szukać, jednym ratunkiem okaże się miłość. Tak przynajmniej twierdzi Jim Jarmusch. Jego ostatni film „Tylko kochankowie przeżyją” poraża nie tylko piękną, bo smutną muzyką Josefa Van Wissema i zespołu SQÜRL, ale przypomina, że jednymi z  fundamentów tego świata, być może najważniejszymi, są literatura i muzyka. Naturalnie wszystko to zrodzone z miłości, dla miłości i przez miłość.  

       

      Wampir Adam (Tom Hiddleston) i jego ukochana, oślepiająco jasna i piękna wampirzyca Ewa (Tilda Swinton) żyją wśród książek, przez wieki przyjaźnili się z największymi pisarzami tego świata, dziś przyszło im żyć w rzeczywistości zdegenerowanej i obojętnej na to, co autentyczne. Snują się po wyludnionych i obumarłych przedmieściach Detroit, słuchają muzyki, czytają, piją krew…


      To rzecz jasna bardzo skromy zarys, lichy kontur tego, co w filmie możemy zobaczyć, ale nie o film mi wszak chodzi w tej chwili. Otóż niedawno kupiłam ścieżkę dźwiękową do tego zachwycającego obrazu, naturalnie na winylu, i ją właściwie chciałam polecić, bo jest to wydawnictwo wyłącznie dla osób zakochanych w książkach, na przekór wszystkim i wszystkiemu (szczególnie czytnikom:): dwie piękne, krwisto czerwone płyty winylowe, opakowane w papierowe koperty przedstawiające dom Adama w Detroit, dom pełen książek, płyt, sprzętu muzycznego i bibelotów.

      

      Mam poważne wątpliwości, czy tylko kochankowie zdołają przeżyć na tym świecie. Niestety, nie jesteśmy nieśmiertelni, bo na to nie zasługujemy. Ale  książki już tak.  

      

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Przeżyją tylko książki”
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 maja 2014 18:18
  • niedziela, 04 maja 2014
    • Szamoczą się bohaterowie, szamocze się autorka - "Nieszpory" Agnieszki Drotkiewicz

       

       Nieszpory


      W jednym z wywiadów Agnieszka Drotkiewicz powiedziała, cytując Michela Houellebecqa, że  „warunkiem dobrego stylu jest mieć coś do powiedzenia". Taka deklaracja brzmi jednak dość niefortunnie na tle jej ostatniej, całkowicie nieudanej książki, pt. „Nieszpory”. Agnieszka Drotkiewicz bez wątpienia potrafi przeprowadzać rozmowy z pisarzami, ma na koncie też już powieści znacznie lepsze niż ta ostania, choć o arcydzielności w ich przypadku również nie należy mówić, ale umówmy się, dało się je czytać, miejscami były interesujące. Mam tu na myśli szczególnie powieść pt. „Teraz”, której bohaterka, wykształcona i inteligentna, realizująca się w pracy, poza nią jest kompletnie niezaradna życiowo. Drotkiewicz stworzyła w tej powieści nawet ciekawy portret kobiety pozornie silnej, która za wszelką cenę musi pracować, świetnie wyglądać, nie przyznawać się do cierpienia z powodu swojej samotności, ćwiczyć jakąś jogę a referat zawsze mieć napisany na czas.

       

      „Nieszpory” to niestety niemała, choć licząca zaledwie 140 stron, literacka pomyłka. Autorka z  jakimś jednak dorobkiem, za mistrza mająca Houllebecqa (tak, będę się czepiać), mówiąca, że czytelnika należy traktować z szacunkiem (odsyłam do wywiadu z A.D. tutaj), pisze książkę, która jest dokumentnym zaprzeczeniem tych deklaracji. W przypadku tej powieści możemy mówić przede wszystkim o niepokojącym regresie, bo jakoś nie mogę pozbyć się wrażenia, że mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju recydywą literacką. Agnieszka Drotkiewicz, prawdopodobnie nieświadomie (mam taką nadzieję), nawiązuje w kilku miejscach do swojej debiutanckiej powieści „Paris London Dachau”, którą cechował naciągany, sztuczny i po prostu wymuszony język, zanieczyszczony nazwami luksusowych marek, przywoływanych całkowicie bez sensu, co też ma niekiedy miejsce w „Nieszporach”. Język jej debiutanckiej powieści był mocno nieporadny, za dużo naśladował a autorce brakowało pewnej sprawności lingwistycznej. W „Nieszporach” również doświadczamy licznych wtrętów, tym razem obcojęzycznych (w jakim celu?), refleksje bohaterów nie tyle o banał się ocierają, one są banalne.

       

      Zupełnie nieciekawe historie, mdli i nijacy bohaterowie, przemyślenia na poziomie pensjonarki, zanadto egzaltowanej i niemającej nic do powiedzenia – tak można niestety podsumować „Nieszpory”. Powieść ta, o rozmiarach zaledwie broszurki, to  portrety czterech osób: Joanny, jej matki Sylwii mieszkającej w Paryżu, partnera Sylwii - malarza Romana i jej przyjaciółki. Żadna z tych osób nie jest rzecz jasna szczęśliwa, wszyscy poszukują tak zwanego sensu życia, a poszukiwania te toczą się, oczywiście, wokół miłości, religii, sztuki, pracy… Jakież to wszystko przewidywalne. Miało być impresyjnie, wyszło niezwykle naiwnie. Bohaterowie „Nieszporów” nie radzą sobie z życiem i jest to, zdaje się, ulubiony temat pisarki, ale temat dość ograny, i żeby o nim pisać, trzeba czegoś więcej, niż tych mizernych wynurzeń na poziomie nastolatki.

       

      W swojej powieści Drotkiewicz nawiązuje do  „Nieszporów maryjnych” Claudia Monteverdiego. Niestety, w całej książce nie słychać tej pięknej muzyki, trudno jest mi też mówić o religijności „Nieszporów. Niezwykle łatwo jest ulec wizjonerskości Monteverdiego, to wzruszająca, wręcz zniewalająca muzyka, lecz umieszczanie tak monumentalnego i intymnego dzieła w tej właśnie powieści to co najmniej niezręczność.

       

      Nie udało się Drotkiewicz stworzyć wyrazistych portretów psychologicznych, nie mogło się udać, gdyż psychologizm tej powieści jest nadto pretensjonalny. Wszystko tu jest trochę na niby, bohaterowie „Nieszporów” udają, że żyją, a sama Drotkiewicz chyba też blefuje, dając nam „Nieszpory” podpisane jako powieść. 

       

      Agnieszka Drotkiewicz, Nieszpory, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      beata.januszkiewicz
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 maja 2014 09:56

Kalendarz

Lipiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

AAA


Kontakt: beata.januszkiewicz@gazeta.pl pod.tytulem@gazeta.pl