pod tytułem

blog Beaty Januszkiewicz o polskiej literaturze współczesnej

Wpis

niedziela, 01 czerwca 2014

Dawno, dawno temu, gdzieś na końcu świata w Królowym Stojle – „Sońka” Ignacego Karpowicza

 

 

 

Ignacy Karpowicz powiedział w jednym z wywiadów, że urodził się po to, by napisać „Sońkę”. „Sońka” jest to rzecz zgoła inna niż jego wcześniejsze powieści, nie tak rozbuchana czy eksperymentalna, jest spokojniejsza, choć dość emocjonalna, prowincjonalna, a nie wielkomiejska jak poprzednie książki, choć nadal zaangażowana. Ale czy jest to powieść tak dobra, że uprawnia pisarza do tak mocnych deklaracji, że urodził się po to, by napisać właśnie tę książkę, a nie inną? Mam wątpliwości. „Sońka” rzeczywiście ściska momentami za gardło, ale myślę, że dziś bardzo łatwo jest pomylić kiczowate wzruszenie ze szlachetnym katharsis.  

 

Akcja najnowszej powieści Ignacego Karpowicza rozgrywa się w Królowym Stojle, wsi położonej na Podlasiu, w gminie Gródek, w Puszczy Knyszyńskiej, dalej to już tylko Białoruś. Trochę znam ten rejon – jest tam pięknie, chyba najpiękniej, cicho, nawet za cicho, i jakby na końcu świata.

 

W jednym z domów w Królowym Stojle mieszka Sońka, której życie zmierza do nieuchronnego końca, właściwie spotykamy ją tuż przed śmiercią. W czasie wojny przeżyła ona wszystko, co w jej życiu było najważniejsze i najpiękniejsze. Miłość. Joachim Castorp był Niemcem stacjonującym w okolicy. To z nim Sońka przeżyła romans swojego życia.

 

Piękna Białorusinka w czasie wojny mieszkała z ojcem i dwoma braćmi. Wychowywała się bez matki, która zmarła przy jej porodzie. Kiedy osiągnęła dojrzałość i stała się kobietą, ojciec zaczął ją regularnie gwałcić. Musiała spełniać w ten sposób rolę „żonki”. Żyjąc  w domu pośród mężczyzn, zimnych i nieczułych, bardzo szybko i łatwo pokochała kogoś, kto wydawał się jej po prostu inny.

 

Inspiracją do stworzenia tej opowieści było jedno zdanie, jakie usłyszał Ignacy Karpowicz od swojego wujka, malarza, Leona Tarasewicza, który gdzieś tam kiedyś napomknął, że u nich we wsi żyła taka jedna, która miała w czasie wojny romans z Niemcem. Sam autor nigdy swojej bohaterki nie spotkał, to co opisał, jest tylko wyobrażeniem takiego spotkania, wizją tego, jak to kiedyś mogło być, gdy Sońka i jej Niemiec natrafili na siebie pośród wojennej zawieruchy, jak mogłoby być teraz, gdyby Sońka o tym wszystkim komuś opowiedziała. W powieści jest to Igor Grycowski, modny reżyser teatralny z Warszawy, piękny królewicz z bajki, który przypadkiem przejeżdża przez wieś Sońki, gdzie psuje mu się samochód. Początkowa złość zamienia się w zdziwienie, zdziwienie światem, światem, o którym już zdążył zapomnieć, który został wyparty ze świadomości Igora – Ignacego, bo w pewnym momencie dowiadujemy się, że Igor to Ignacy, który pochodzi z Podlasia. Wtedy zaczyna się historia Sońki, która w istocie opowiada pięknie, mówi w języku białoruskim, który w jej ustach brzmi niezwykle intymnie, ale i prosto, nieskomplikowanie. Bo Sońka, mimo  okrucieństwa, jakiego doświadczyła na własnej skórze, drapieżności wojny, życia w ogóle, pozostała osobą pielęgnującą w sobie to, co wydarzyło się w ciągu jednego roku podczas okupacji.

 

Miłość Sońki do Joachima nie miała szans na szczęśliwy finał i skończyła się tak, jak musiała się skończyć – tragedią. Ale nawet te 70 lat po wojnie nie zdołały zatrzeć w jej pamięci śladu po tamtych wydarzeniach. Rany nie znikają ta po prostu, nie da się o nich zapomnieć, one tylko się zabliźniają a ból trwa w nieskończoność.

 

Prawdziwe cierpienie, realne życie, autentyczny ból odnalazły swój dom w Królowym Stojle, w biednej chałupie Sońki, która wszystko co najpiękniejsze i najokrutniejsze przeżyła w czasie wojny, miłość Joachima i odejście, bestialstwo ojca, obojętność braci, narodziny i śmierć dziecka, śmierć wszystkich najbliższych, samotność i odrzucenie. Mimo wszystko cały czas tęskniła za wojną, tęskniła za miłością. Jej życie zostało napiętnowane historią, historia uczyniła je pięknym, historia uczyniła je tragicznym.

 

Drugi bohater „Sońki” – Igor/Ignacy, warszawski reżyser, wysłuchując historii starej Białorusinki, na bieżąco tworzy w swojej głowie spektakl, notuje rozliczne pomysły i uwagi, przerabia opowieść Sońki, wizualizuje sceny. Premiera „Królowego Stojła”, bo taki tytuł nadał swojej trzygodzinnej sztuce reżyser Igor Grycowski, odbyła się w Warszawie w Teatrze Narodowym. Krytyka przyjęła nowy spektakl popularnego reżysera lodowato, by po roku dostosować się jednak do opinii widzów, zdecydowanie bardziej życzliwych temu przedsięwzięciu niż krytycy. Nie mówiono już o kiczu, mówiono o uniwersalności, o tym, że sztuka ta jest i niemiecka, i polska, i białoruska, awangardowa, nowoczesna i klasyczna zarazem!

 

Karpowicz zdaje się kpić w tym momencie z takich Grycowskich, którzy przeżywają swoje porażające płycizną cierpienia twórcze, tożsamościowe i wszystkie inne, które w ich przekonaniu wznoszą artystę na wyżyny teatralnych kreacji, a w istocie są groteskowe, żałosne i wyolbrzymione, ale i z krytyki, która na swoją modłę dość często wyjaśnia tekst, narzuca jedną interpretację, potrafi wynieść twórcę na wyżyny, tylko po to, by zaraz z nich strącić.

 

Igor Grycowski dzięki jest postacią z innego niż Sońka świata, choć wywodzi się z tego samego co ona miejsca. Teraz jednak jest warszawskim snobem, artystą awangardowym, który początkowo planuje wycisnąć z historii Sońki ile się da, aby odnieść kolejny sukces, aby znowu było o nim głośno. Właśnie w tym miejscu zaczynają się moje wątpliwości, co do szczerości Ignacego Karpowicza. Z jednej strony daje on nam piękną, wzruszającą i tragiczną postać Sońki, a to się zawsze dobrze sprzedaje; z drugiej zaś kpi z Igora, który co prawda dzięki spotkaniu Białorusinki odkrywa siebie na nowo, w jakiś sposób konfrontuje się z własnym pochodzeniem, ale robi to samo co jego Autor – chce nam po prostu sprzedać rzewną historię.

 

Niewątpliwie Ignacy Karpowicz jest jednym ze zdolniejszych pisarzy młodego, choć już dojrzałego pokolenia, ale ja z trudem znajduję w jego ostatniej powieści tyle autentyzmu, ile bym chciała. „Sońka” jest misternie skonstruowaną narracją, antybaśnią, ale i melodramatem, jest to z pewnością przemyślana historia, bo powstawała wiele lat, dlatego też myślę, że jest nieco przekombinowana. Karpowicz w „Sońce” łączy różne konwencje, jakby sprawdzał czujność czytelnika, odwracając tym samym uwagę od istoty rzeczy jaką jest opowieść.

 

Ignacy Karpowicz, Sońka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
beata.januszkiewicz
Czas publikacji:
niedziela, 01 czerwca 2014 19:34

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • majawitka napisał(a) komentarz datowany na 2014/10/08 12:32:56:

    Świetna powieść Karpowicz jednak nie schodzi dla mnie poniżej pewnego poziomu. Uważam, że pomimo wielu plotek (Krajowy Rejestr Długów i zamieszanie wokół córki) to nadal jest doskonały pisarz.

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

AAA


Kontakt: beata.januszkiewicz@gazeta.pl pod.tytulem@gazeta.pl