pod tytułem

blog Beaty Januszkiewicz o polskiej literaturze współczesnej

Wpis

środa, 28 maja 2014

Kwaśne winogrona Michaśki - "Zbrodniarz i dziewczyna" Michała Witkowskiego

 

Zbrodniarz i dziewczyna 

 

 

Trzeba nie lada samozaparcia, wytrwałości lub po prostu zadać sobie pokutę, aby po rozpoczęciu czytania „Zbrodniarza i dziewczyny” Michała Witkowskiego (tytuł i treść książki nawiązują do filmu „Zbrodniarz i panna” z 1963 w reżyserii Janusza Nasfetera ze Zbigniewiem Cybulskim w roli głównej) brnąć dalej w lekturę tej książki. Jeśli chodzi o mnie, to owszem, potrafię wykazać się wewnętrzną dyscypliną, ale i pokutować zawsze jest za co, więc dotrwałam do ostatniej strony najnowszej powieści Witkowskiego, z benedyktyńską cierpliwością przerzucając jej kolejne stronice zapełnione licznymi cytatami i nawiązanymi do wcześniejszych dzieł autora, no i mam to co chciałam, czyli poczucie straty czasu, który, jak wiadomo, jest nie do odzyskania. No, ale jak pokuta, to pokuta.

 

Michał Witkowski już dawno temu pokochał media. Stylizuje się więc, przebiera, bryluje na pokazach mody, robi miny i przybiera pozy na ściankach -  show must go on! W efekcie stał się trochę taką Conchitą Wurts polskiej literatury. W obu przypadkach możemy mówić o jakimś talencie - kobieta z brodą ma warunki wokalne, ale śpiewa coś, co zalicza się do sztuki niezbyt wysokich lotów, za to wpada w ucho, masy są zadowolone; Witkowski talent niewątpliwie również posiada, ale zaczyna pisać nieadekwatnie do swoich możliwości, bo liczy się kasa i show, jego kreacja pozaliteracka jest wyrazista, plotki i pudelki aż się proszą, żeby się wypowiadał na tematy wszelakie, broń Boże o książkach, bo to nie ten target przecież. No cóż, jaka kiełbasa, taka Chonchita chciałoby się rzec, bo sława Michaśki co najwyżej dobije do Międzyzdrojów, rozbije się o falochrony i to by było na tyle.

 

Fabuła najnowszej powieści blogerki modowej, niegdyś pisarza Michała Witkowskiego, dotyczy śledztwa wokół tajemniczego Przedwojennego Mordercy, który zabija głównie osoby młode, tak zwanych enenów, czyli no name, non notus, nomen nescio itd., a ich zwłoki, wystylizowane na modę retro z lat dwudziestych, porzuca w miejscach popularnych wśród gejów z przedwojennego Wrocławia. Śledztwo prowadzi policjant, tak zwany Studencina, który okazuje się gejowskim tajnym agentem Tomkiem. Towarzyszy mu prokuratorka Pospieszalska. Policja wpada na pomysł, że ze względu na rozliczne nietypowe zainteresowania Witkowskiego, może to on jest właśnie poszukiwanym mordercą. Szybko się okazuje, że  to jednak nie Michaśka. W ten oto sposób pisarz, który już nie pisze, za to regularnie chodzi na siłownię, dość dobrze zna działanie każdego dostępnego legalnie i nielegalnie antydepresantu, zbiera wycinki z gazet o zaginionych młodych chłopcach (hobby jak każde inne) zostaje włączony do  śledztwa, trochę jako wabik, trochę jako ktoś, kto w pewnych środowiskach ma po prostu rozeznanie, a trochę nie wiadomo po co. Ale żeby do tego dojść, drogi czytelniku, to jakieś sto stron niemożebnej nudy, będącej włóczęga po Wrocławiu i śledzeniem Studencika (wątek romansowy!), irytujących i obfitujących w banały dialogów miedzy Michaśką a jego przyjaciółką, musisz znieść. Nie będzie łatwo, ale nagrody po tej mordędze też nie będzie.

 

Jedynym wyjątkiem, dla którego warto sięgnąć po tę książkę, jest fragment opisujący sekcję zwłok (dobry research), w której Witkowski uczestniczy, już jako pomagier wrocławskich policjantów. W zasadzie na tym fragmencie opiera się cała promocja książki, wywiady na Pudelku znalazły więc właściwe dla siebie miejsce, wszak wszystko to wypomadowane, wybotoksowane i przestylizowane zgnije, obnaży swoje zepsute i śmierdzące treści żołądkowe, i nagle się okaże, że nie ma duszy, są za to trzewia.

 

Akcji tej książki, zwanej od czasu do czasu kryminałem, choć to raczej quasi-kryminał, nie można nazwać wartką,  cała historia jest bez wyrazu, mimo że autor to jedna z najbarwniejszych postaci polskiej literatury. Główny bohater jest niewiarygodny, nawet nie jest groteskowy, co by w jakiś sposób go ratowało, on jest po prostu light, czyli jakby 0% - nie intryguje, nie przykuwa uwagi, krótko mówiąc, mogłoby go tam nie być.

 

Miłość własna i do swoich książek, cytowanie samego siebie, podążanie własnym tylko śladem, mogą jedynie pisarza jedynie zgubić. Michał Witkowski wypiera się jednak, jakoby on był pisarzem; już nie chce nim być, nie chce, aby jego książki nominowano do nagród, pragnie pisać po prostu już tylko dla kasy, żeby mieć na modne stroje i botoks. Ja to właściwie rozumiem, że on tak dla tych pieniędzy chce tylko pisać, że promuje się jako człowiek, któremu z pisania udaje się żyć, ja mu nawet życzę rekordowych zaliczek na poczet każdej kolejne książki, niech ma! Ja wolę takie deklaracje, nieco teatralne i manieryczne, niż zawodzenie sfrustrowanej pisarki, bo nie zarobiła na książce tyle, ile myślała, że zarobi.  Ale i tak to są tylko kwaśnie winogrona, Panie Michale. Po „Lubiewie” „Barbara Radziwiłłówna Jaworzna – Szczakowej”, „Margot” i „Drwal” nie zostały już tak entuzjastyczne przez krytykę przyjęte, więc nie pozostało Panu nic innego, jak wmówić nam, że literatura Pana już nie interesuje.  

 

Michał Witkowski, Zbrodniarz i dziewczyna, Świat książki, Warszawa 2014

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
beata.januszkiewicz
Czas publikacji:
środa, 28 maja 2014 08:33

Polecane wpisy

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

AAA


Kontakt: beata.januszkiewicz@gazeta.pl pod.tytulem@gazeta.pl