pod tytułem

blog Beaty Januszkiewicz o polskiej literaturze współczesnej

Wpis

niedziela, 05 maja 2013

Mam takie super marzenie, żebyśmy zobaczyli premiera z prezydentem w księgarni –rozmowa z Jarosławem Klejnockim

 

 

Jarosław Klejnocki (fot. Muzeum Literatury)

Beata Januszkiewicz: Spotkaliśmy się, aby porozmawiać na temat kanonu lektur szkolnych - w końcu za kilka dni matura oraz na temat poziomu i jakości czytelnictwa w Polsce. Nie ukrywam, że jestem tu w charakterze nie tylko czytelniczki, ale i nauczycielki – w dodatku takiej, która w pewnym sensie trzyma stronę uczniów - podzielam ich opinię, że kanon lektur szkolnych nie przystaje do naszych czasów i w jakiś sposób zniechęca młodzież do czytania książek. Czy nie odnosi Pan takiego wrażenia, jako wykładowca, autor, czytelnik?

 

Jarosław Klejnocki: Dorzucę jeszcze jeden punkt widzenia, mianowicie jako ojciec dwóch córek w szkole podstawowej. Myślę nawet, że to zniechęcenie odbywa się bardziej na tym poziomie, niż na poziomie liceum. Starsza córka jest w trzeciej klasie. Miała kiedyś przeczytać fragmenty „Plastusiowego pamiętnika” . Ja oczywiście nic przeciwko „Plastusiowemu pamiętnikowi” nie mam, ale to jest taka lektura, którą moi rodzice czytali, ja czytałem, a teraz moje dzieci.  Muszę powiedzieć, że moja córka szybciej przeczytała zadane fragmenty, niż ja jej później wytłumaczyłem, co to jest stalówka. Odklejenie zacnej lektury od rzeczywistości akurat Weronikę nie zniechęciło, bo ona ma dryg do czytania, lecz dla innych dzieci był to już jakiś ruch do tyłu. To się oczywiście pogłębia, ponieważ idea nauczania na wyższych etapach jest taka, że młodzież ma spotkać się z klasyką. W szkole nie czyta się żadnych książek rozrywkowych, całe nurty są nieobecne, na przykład kryminał, fantasy…


W szkole podstawowej czyta się Tolkiena. W programie jest „Hobbit”. Uczniowie wręcz pożerają tę książkę.


Sądzę, że dzieje się tak w dużej mierze przez film. Jest to opowieść, która wciąga też dziewczęta. Mój wybitny kolega z wydziału, profesor Grzegorz Leszczyński , zajmujący się literaturą dla dzieci i młodzieży, podkreśla, że między czytelnikiem a literaturą młodzieżową jest dystans, ponieważ te lektury nie mówią o sprawach ważnych dla tych ludzi. One mówią o sprawach ważnych dla ojczyzny, historii, tradycji. Leszczyński używa tu takiego sformułowania jak RYTUAŁ PRZEJŚCIA. Oznacza to, że młody człowiek w wieku pomiędzy 13 a 18 lat doświadcza tego rytuału przejścia od świata w miarę beztroskiego, niezobowiązującego, dziecięcego przez dorastanie ku jakiejś dojrzałości. Niestety, tego zjawiska w żaden sposób nie odzwierciedla propozycja lekturowa. Rodzi się więc pytanie, czy jest taka oferta, a jeśli nie ma, to może sięgnąć po literatury obce, które już dawno się z tym uporały (np. Francuzi, a zwłaszcza Skandynawowie). Wszystkie lektury tupu „Ludzie bezdomni” są ok, ale należy też podejmować inne tematy: charakterystyczne nastroje dekadencko-melancholijne dla okresu dorastania, inicjacja uczuciowa, inicjacja erotyczna, dom jako azyl, ale też jako piekło, kwestie narkotyków, przemocy – to jest coś, w czym oni są zanurzeni, to interesuje młodzież. Jedną z najpopularniejszych książek lat 90-tych była książka „My, dzieci z dworca ZOO”…

Kilka tygodni temu widziałam, jak ktoś ją czytał w metrze…

 

Właśnie to tego piję. Była popularna ponad dwadzieścia lat temu i nadal jest popularna, w przeciwieństwie do „Plastusiowego pamiętnika”. Jej żywotność książki polega na tym, że opisane w niej problemy nie mijają, nadal są intrygujące. Dlaczego więc nie czytać takich rzeczy? Bo za drastyczne? Zbyt często się słyszy, aby szkoła nie podejmowała pewnych tematów…


Niekiedy takie problemy są omawiane na zajęciach z psychologiem, bądź pedagogiem , czasami na godzinie wychowawczej. Ja natomiast wchodząc na swoje lekcje języka polskiego mam świadomość przede wszystkim tego, że muszę uczniów przygotować do egzaminu maturalnego. I gdy mówię do nich: czytamy teraz „Nad Niemnem” , „Ludzi bezdomnych”, po klasie rozlegają się nagle gombrowiczowskie stękania, jęki, i krzyki „nie mogę, nie mogę” ! Nie mam możliwości tak naprawdę zmusić ich do przeczytania którejś z tych lektur, ba, nawet przeczytanie streszczenia tych tytułów  jest w ich przypadku czynem heroicznym, na który oni nie zamierzają się porywać, bo im się nie chce!


No więc całe moje gadanie jest zgodą na pani tezę. Ja mam podobne odczucia. Myślę, że to jest takie zaklęte koło, ponieważ decydenci, którzy kształtują politykę dydaktyczną uważają, że młodzież musi czytać literaturę klasyczną, a nie jakąś tam drugorzędną, bo to przecież z DZIEŁAMI trzeba obcować. A obcowania nie ma, bo nikt tego nie czyta. Mamy więc do czynienia z czystą grą pozorów. Ja miałem akurat to szczęście, że uczyłem większą cześć życia w szkole prywatnej, gdzie młodzież była dość przyzwoita, ale nie liczyłem na więcej niż 30% klasy, które naprawdę przeczytało zadaną lekturę.


Z kolei moja młodzież kilka dni temu zadała mi pytanie, czy gdybym ja 20 lat temu miała dostęp do takich dóbr jak iPady, iPhony, komputery, Internet itp., to czy wtedy również chciałoby mi się czytać? Przyznam się, że nie wiem, jak w takich okolicznościach cywilizacyjnych wyglądałby mój kontakt z książką w wieku 15 lat.

Problem jest złożony. Ja widzę sprawy wielowątkowo. Jest coś takiego jak formacja rodzinna i domowa. Jeśli w domu są książki, jeśli dziecko widzi czytających rodziców, to dla niego akt lektury nie jawi się jako czyn heroiczny. Ale powiedzmy, że w domu nie ma atmosfery czytania, to niech chociaż ta szkoła nie zniechęca . Już na samym początku edukacji powinno się czynić z lektury zabawę, przygodę. Tutaj nie trzeba wymyślać żadnego prochu. Myślę, że w każdej klasie szkoły podstawowej są dzieci będące entuzjastami czytania, tak jak na przykład moja córka.  W jej szkole, nomen omen która jest bardzo przyzwoitą podstawówką podwarszawską, nigdy jeszcze nie było czegoś takiego, żeby nauczycielka poprosiła wybrane dzieci, te które chcą, aby podzieliły się pięciominutową, dziesięciominutową wypowiedzią o książkach, które one czytają. Moja córka jest zafascynowana literaturą dziecięcą o tematyce końskiej, zresztą jeździ również konno i podobno jest w tym niezła, więc myślę, że gdyby przygotowała takie wystąpienie, prezentację na temat swoich ulubionych książek, z pewnością jej entuzjazm udzieliłby się innym.


Jako nauczyciel muszę w tym momencie powiedzieć, że owszem jest to myśl doskonała, ale sądzę, że wielu z nas po prostu ściga się z czasem, bo najważniejsze jest zrealizowanie programu. Nauczanie przybiera niekiedy formę biurokracji – jest to dramat nauczyciela. Klasy nierówno pracują, różne tematy realizuje się w różnym tempie – bywa, że nie znajdzie się czasu na dodatkowe wystąpienia.


Dotykamy tu już problemu organizacji czasu pracy. Dla mnie zawód nauczyciela, może nie do końca, ale jednak, jest zawodem kreatywnym.  Jeżeli robi się z nauczyciela urzędnika, nałoży mu się kaganiec, w zawiązku z tym wiąże się pani ręce i nie ma pani możliwości kreacji i pola manewru.  Gdzie tu elastyczność i indywidualizacja nauczania? Powiedzmy sobie od razu: jak zrobimy ze szkoły kolejny urząd, to w zasadzie nie zachęci pani do czytania, bo nie będzie pani miała czasu, ani narzędzi. Ja bym sobie wyobrażał tutaj jakiś margines wolności dla nauczyciela, aby mógł on dokonać dostosowania programu do potrzeb danej zbiorowości.


To w taki razie czy mamy szansę na jakąś rewolucje w szkole?


To jest pytanie do władzy ustawodawczej, na która możemy wpływać przez wybory, to jest pytanie do władzy wykonawczej, do odpowiednich resortów. Ja jako skromny obywatel, były nauczyciel, ojciec mogę snuć sobie różne pomysły, natomiast nie mam żadnej mocy. Ale jako Muzeum Literatury możemy wspierać działania edukacyjne . To czego szkoła nie zdoła zrobić, bo nie zdąży, bo ma jakieś wytyczne,  można zrobić w muzeum. Organizując zajęcia dla młodzieży, możemy pokazać na przykład Mickiewicza i jego kumpli nie jako nudnych dziadów sprzed dwustu lat, tylko opowiedzieć jakieś barwne anegdoty o nich, okrasić to jakąś literaturą. Nasze lekcje dla gimnazjalistów są na pograniczu show i tradycyjnej lekcji - te dzieciaki świetnie się bawią. Poza tym uczeń na języku polskim powinien móc korzystać z czytników, a niektóre lekcje winny odbywać się w pracowniach komputerowych, aby pokazać młodzieży zasoby humanistyczne Internetu.


Nie każda szkoła może sobie na to pozwolić. Czytnikami dysponują tylko niektórzy uczniowie, których na to stać. Szkoła im tego nie jest w stanie zapewnić.


Jak nie postawimy sobie tego jako planu, to nigdy tego nie zrealizujemy. Skoro uczeń siedzi cały czas w wirtualnym świecie, no należałoby ten wirtualny świat jakoś wykorzystać. Szkoła powinna pójść w tę stronę, aby móc zapewnić uczniom taki sprzęt, który podlegałby na przykład później jakiejś wymianie.


A jak poradzić sobie z czytelniczą niemocą w liceum? Nastolatek drugiego dziesięciolecia XXI wieku ma naprawdę o wiele więcej ciekawszych zajęć, niż ślęczenie nad Żeromskim…  Nie uważam też, że należałoby całkowicie wykluczyć Żeromskiego, Sienkiewicza czy Orzeszkową z kanonu, ale najzwyczajniej w świecie jego zawartość jest  nieludzka: przez dwa lata liceum młodzież (15-17 lat) czytaj Reja, Kochanowskiego, poetów barokowych, Krasickiego, „Dziady”, których kompletnie nie czuje,” Nie – Boską komedię”, której szczerze nienawidzi, potem zostaje dobita Żeromskim i Orzeszkową… tak mijają dwa lata. W klasie trzeciej nikt już nie jest w stanie polubić czytania, choć pojawia się wiele ciekawszych lektur.


Zgadzam się. Najmłodszym poetą w kanonie jest Barańczak. Nie mam nic przeciwko niemu, ale czy nic po Barańczaku w poezji już się nie wydarzyło? Ostatnia proza, którą się czyta, to „Dżuma”. Jest to oczywiście książka, która jak najbardziej do czasów współczesnych pasuje, ale czy znowu nic się nie wydarzyło później? Ja w tej sprawie mam dwa radyklane pomysły. Jeden radykalny pomysł jest taki, aby przedmiot, który nazywamy językiem polski w liceum rozdzielić i zrobić z tego dwa przedmioty, nie zwiększając wcale godzin. Chciałbym, aby treść nauczania odpowiadała nazwie tego przedmiotu, ponieważ zauważam, że nauczanie literackiej polszczyzny zaczyna być trochę nauczaniem języka obcego. Narzecza, którymi wypowiada się współczesna młodzież są już od języka literackiego dość odległe. Wyobrażam sobie, że takie lekcje nie byłyby oparte na nauczaniu rozmaitych gramatyk, tylko były szeroko rozumianą kulturą języka. Omawiany byłby język stosowany i jego rozmaite funkcje w oparciu o przykłady. Takie lekcje byłyby po prostu praktyczną obróbką języka polskiego. Drugim przedmiotem byłaby literatura – to tam byśmy się zajmowali czytaniem . Stamtąd też wyrzuciłbym generalnie wszystko, czym dziś zajmuje się uczniów. Wyobrażam sobie, że takie spotkanie z książką polegałoby na czytaniu i omawianiu w ciągu roku dwóch, trzech książek. Nie istniałby przymus przeczytania jakiejś cegły w ciągu tygodnia, tylko skupiono by się na stopniowym czytaniu książki z rozdziału na rozdział. Za tym szłaby dyskusja dotycząca psychologii postaci, budowy dzieła literackiego, rozmaitych kontekstów. Wtedy można smakować język, rozmawiać o tematach, które porusza dana książka, ujmować je w szerszym kontekście i łączyć te lekcje z procesami wychowawczymi . Funkcje wychowawcze sztuki są niezwykle istotne.  Wtedy dopiero można porzucić  w liceum historię literatury, niezrozumiałe, wręcz archaiczne teksty z literatury staropolskiej i sięgnąć do nich z uczniami zainteresowanymi, a może w ogóle pozostawić to uniwersytetom. Nowy zestaw lektur odwracałby całkowicie proporcje: większość tych tekstów, miejmy nadzieje, byłoby bardziej strawnymi dla młodego odbiorcy, który wówczas stawiałby mniejszy opór przed czytaniem. Drugi pomysł mam taki, aby w ogóle zlikwidować maturę. Ona jest zupełnie niepotrzebna.


Powiem, że ten pomysł mi się bardzo podoba. Ale chodzi Panu o maturę z języka polskiego, czy w ogóle?


To jest dobre pytanie. Myślę przede wszystkim, że nie powinno być matury z języka polskiego.


W zasadzie chyba niewiele kierunków bierze teraz pod uwagę wyniki matury z języka polskiego.


Dzieję się rzeczy jeszcze bardziej weselsze. Rok temu, w czasie matur i przyjęć na studia, przetoczyła się taka informacja, że w Polsce jest kilka wydziałów różnych uczelni, które zrezygnowały w ogóle przy rekrutacji z jakiejkolwiek selekcji  z przedmiotu wiodącego, którego wyników maturalnych nie brano pod uwagę. Zadziało się tak głównie z powodu niewielu kandydatów na owe studia - przyjmowano po prostu każdego.  Czeka nas niż, który będzie się jeszcze pogłębiał (mamy jeszcze dobrych kilka lat do dna niżu). I właśnie ten czas można wykorzystać do przewrócenia do góry nogami tego systemu, który sobie działa, ale to jest zardzewiały mechanizm. Egzamin końcowy na danym etapie nauczania wymusza metody nauczania, czyli mówiąc prostacko, znacząca cześć szkół uczy pod maturę.


Tak, dziś liczą się zdawalność i statystyki.


 Dla mnie jest to kompletny absurd. Dzisiejsza matura to jest promesa na dostanie się na uczelnię. Tylko potem na uczelniach słyszy się narzekania, że klientela jest kompletnie niedokształcona. Jeśli tak, to należy zlikwidować maturę i przerzucić to na uczelnię. Jeśli uczelnia jest zainteresowana klientem, to niech stawia mu wymagania.


Należy wrócić do egzaminów wstępnych na uczelnię?


Tak. Wtedy osoba zainteresowana studiowaniem na danym kierunku byłaby zobowiązana zapoznać się z wymaganiami obowiązującymi przy rekrutacji. Oczywiście program z określonego przedmiotu należałoby dostosować do standardów egzaminacyjnych. Zwłaszcza, że matura z każdego przedmiotu jest testem, który sprawdza wydolność w danej chwili. Test nie uwzględnia szerszej wiedzy, kontekstów i osobowości.


Wróćmy jeszcze do samego czytelnictwa. Czytanie książek Polacy mają w nosie, sądzą, że to strata czasu. Nieco ponad 40% przyznaje się do przeczytania czegokolwiek w ostatnim czasie, w tym 12 % czyta regularnie. Dlaczego Polak tak boi się tekstu pisanego. Czy rzeczywiście jest to przemęczenie pracą, obowiązkami i zarabianiem pieniędzy?


Rzeczywiście obserwujemy takie zjawisko, że w społeczeństwach stabilnych ekonomicznie, na wyższym poziomie rozwoju, czytelnictwo jest bardziej nasycone. Innymi słowy sytuacja społeczno – materialna i bogactwo mają przełożenie na popularność czytelnictwa. Polacy się dopiero bogacą i nie mają czasu na książki. Po książkę sięga się, jak już zaspokoi się podstawowe potrzeby. Jest jeszcze jedna sprawa, poniekąd ekonomiczna: książka jest droga.


Nie wiem, czy jest aż tak droga, by nie móc kupić sobie jednej od czasu do czasu…


Jeśli ktoś zarabia najniższą krajową, jakieś 1200 zł to nie będzie kupował książek.


A biblioteki?


Tu jest inny problem. Jeśli ktoś pracuje do 20, a biblioteka jest czynna do 15, to nie zdąży już pójść coś sobie wypożyczyć. Zróbmy więc biblioteki czynne co jakiś czas do 23. Ale nie wiem, czy to coś pomoże. Taki problem mają też takie instytucje jak Muzeum Literatury. Ludzie się skarżą, że jesteśmy otwarci tylko do 16, a raz w tygodniu do 18, narzekają, że nie mają kiedy nas odwiedzić. Chcąc wyjść naprzeciw takim ludziom, przy kilku wystawach zmieniliśmy godziny otwarcia do późna, nawet do 21. Myśli pani, że to się przełożyło na naród, który nagle stanął u drzwi Muzeum? Nie.

Myślę też, że Polacy w niektórych sprawach stali się bardzo szczerzy, szczególnie w badaniach. W związku z tym ja nie jestem pewien, czy wiarygodność tego typu badań w innych krajach jest wysoka. Inne narody być może ulegają jeszcze pewnej presji kulturowo-społecznej, że nie można się przyznać, że się nie czyta. U nas nie ma czegoś takiego. To jest niestety funkcja chamstwa. Proszę też zwrócić uwagę na to, że tak zwane kontrowersyjne ugrupowania polityczne często w sondażach wypadają gorzej niż w wyborach. Potem się okazuje, że na Leppera głosowało mnóstwo ludzi, a tego w sondażach nie było. Tu akurat był wstyd się przyznać. Wstyd i bezwstyd polski chodzi dziwnymi drogami…


To prawda. Dziś uczniowie bez żadnego zażenowania i skrępowania informują nauczyciela, że nie zamierzają przeczytać danej lektury.


Właśnie. Ale jest jeszcze jedna sprawa, trochę może w tym momencie uogólnię, ale zaryzykuję: otóż w Polsce zawsze silną pozycję miała poezja. To Marek Bieńczyk kiedyś żartował, że na pytanie, czym się różni literatura francuska od literatury polskiej, odpowiedział, że w literaturze polskiej rocznie ukazuje się trzy tysiące tomików poezji i sto powieści, a w literaturze francuskiej trzy tysiące powieści i sto tomików poezji.


Mamy też więcej poetów, niż osób, które w ogóle czytają poezję.


Kolejny fenomen. Jeśli więc przyjąć moją dość ogólną tezę, to należy powiedzieć, że w Polsce nie ma tradycji wytwórstwa, ani specjalnie ugruntowanej tradycji konsumpcji prozy. A skoro czasy nastały takie, że poezji się nie czyta, to w zasadzie nikt już niczego nie czyta. Poza tym rozpadła nam się inteligencja, a w Polsce nie ma tradycji mieszczańskiej. W Europie czytelnictwo jest elementem etosu mieszczańskiego, jeśli można w ogóle o takim mówić. To tłumaczyłoby, dlaczego w Czechach jest wyższy wskaźnik czytelnictwa.


A mamy szansę na utworzenie się nowej inteligencji, mieszczaństwa z zacięciem intelektualnym ?


Myślę, że nie. Wszystko będzie teraz szło w stronę statusu ekonomicznego.


Czytanie stanie się więc domeną elit intelektualnych?


Sądzę, że tak. Chyba, że uznamy, że należy bić na alarm i zrobimy rewolucję w szkołach , a samą szkołę potraktujemy jako miejsce, w którym zdobywa się nie tylko wiedzę, ale przede wszystkim dokonuje się tam jakaś perswazja. Oznaczałoby to na przykład dokonanie wielkich zmian chociażby na języku polskim, na którym należałoby zrezygnować z uczenia i przejść do lansowania.


Czy zgadza się Pan z tezą Szczepana Twardocha, omawianą w Muzeum Literatury na spotkaniu właśnie z autorem „Morfiny”, że czytania nie powinno się reklamować, że to upokarzające, że tam gdzie trzeba, czytanie obroni się samo?


Nie. Ja stoję na przeciwnym biegunie.  Uważam, że wręcz przeciwnie, takich akcji społecznych promujących czytanie jest za mało. Dobrze by było tutaj jakiś piarowców  pogonić i państwo powinno wydać na to trochę pieniędzy. Chciałbym, aby takie akcje były cykliczne. Powinny do tego zostać wciągnięte osoby wiarygodne. Na przykład wyobrażam sobie jakieś reklamy proczytelnicze, w których wystąpią wybrani oczywiście biznesmeni, z listy najbogatszych Polaków i będą zachwalać czytanie. Mogliby też w takich reklamach wystąpić sportowcy, jak na przykład Tomasz Majewski, czy Jakub Rzeźniczak z Legii Warszawa, który przyznał się, że przeczytał „50 twarzy Graya” , mówiąc, że to co prawda takie dziewczyńskie, ale ciekawe. Mam jeszcze takie super marzenie, żebyśmy zobaczyli premiera z prezydentem w księgarni. Dlaczego nie? Ostrzał musi być z różnej amunicji. Nie tylko aktorów należy zatrudniać do takich kampanii, to zresztą muszą być osoby wiarygodne. Jeśli zobaczyłbym panią Dodę z Heideggerem pod pachą, to mimo wszystko bym nie uwierzył. Należałoby  więc spełnić kryterium wiarygodności i zbombardować naród.


Wnioskuję w takim razie, że nie jest Pan przeciwnikiem czytania czegokolwiek dla dobra sprawy?


Nie jestem. Jedni zaczną czytać kryminały i na kryminałach się skończy. Ale też dobrze. Natomiast inni zaczną od Graya, kryminałów, romansów jakiś i być może sięgną po coś więcej. Od czegoś trzeba zacząć. To jest tak, jak z tym dowcipem żydowskim, w którym Icek prosi Pana Boga: Boże, Boże, no daj mi wygrać wreszcie w totka. A zniecierpliwiony Bóg na to: to kup w końcu los!  Daj mi szansę! Myślę, że trzeba dać ludziom szansę na czytanie. Nie można tylko narzekać. Za tymi słowami muszą stanąć wreszcie jakieś czyny.


Serdecznie dziękuję za rozmowę.


Dr Jarosław Klejnocki - dyrektor Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie, pisarz, poeta, eseista i krytyk literacki. Adiunkt w Instytucie Polonistyki Stosowanej UW. Jego wiersze, eseje i artykuły tłumaczono na angielski, niemiecki, szwedzki, słoweński, bułgarski, węgierski, rosyjski. Jest również autorem serii kryminałów: Przylądek pozerów: powieść antykryminalna (2005), Południk 21 (2008), Człowiek ostatniej szansy (2010), Opcje na śmierć (2012).

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
beata.januszkiewicz
Czas publikacji:
niedziela, 05 maja 2013 09:23

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • zielony_sznurek napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/05 23:33:19:

    Uf..., jestem po prostu oszołomiony. Wspaniała rozmowa, w której przewinęło się tyle interesujących mnie tematów, że nie jestem w stanie nawet tego trafnie skomentować. Generalnie bardzo podoba mi się fakt, że prowadzi się jakiekolwiek dyskusje nad obecną formą nauczania, szczególnie języka polskiego, że ktoś zwraca uwagę na przymus czytania lektur szkolnych, które niekoniecznie trafiają do szerszego grona młodzieży. Skupiając się na tym jednym aspekcie sprawy, chciałbym dodać od siebie, że wg mnie rzeczą, która najbardziej negatywnie oddziałuje na podejście do lektur jest przymus, tj. konieczność ich czytania. Książka taka dla wielu staje się zła już z założenia, jest zdyskredytowana na starcie. Pewnie wielu mierzwi również bezkrytyczne, bladaczkowe podejście do Wielkich Pisarzy - uczniom często nie pozwala się na wyrażenie własnego zdania, negatywną opinię, etc. Ważne jest postępowanie wg klucza, działanie schematyczne. Ja osobiście byłbym zachwycony, gdyby każdy z uczniów sam wybierał sobie książki, które chce przeczytać, a później je omawiał, referował.

    Ech, generalnie temat jest szeroki jak rzeka, ale niemal każde działanie związane jest z diametralną zmianą systemu nauczania, bowiem obecny robi z placówek oświatowych fabrykę idiotów, którzy potrafią rozwiązywać testy i pisać zgodnie z kluczem.

  • homo-legens napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/07 13:36:04:

    Bardzo wartościowy wywiad!

    Mnie zawsze zastanawiało, dlaczego np. o patriotyzmie czy problemach egzystencjalnych uczniowie musieli uczyć się z lektur kompletnie nieczytelnych i przestarzałych, które koniecznie muszą być mniej lub bardziej osadzone w polskiej historii (z dodatkowym akcentem na martyrologię, rzecz jasna). Te zagadnienia przewijają się przez całą kulturę i moim zdaniem dałoby się znaleźć multum książek współczesnych i dających się czytać, które w taki sam (jeżeli nie lepszy) sposób pokazałyby takie wartości czy problemy. Jasne, że trzeba pokazać piękną polszczyznę wśród naszych autorów, ale jak dla mnie w szkołach za mało jest po ludzku ciekawej literatury zagranicznej. Jak wskazał też pan Klejnocki - skandalicznie okrojone są niektóre gatunki literackie. A historii niech się uczą na historii - nie muszą brnąć w tym literackim sosie sprzed wieków, który odpycha od czytania.

    A pisanie matury pod klucz woła o pomstę do nieba.

  • beata.januszkiewicz napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/07 18:08:03:

    Wydaje mi się jednak, że na jakiekolwiek zamiany poczekamy jeszcze trochę. Wystarczy zajrzeć do dzisiejszych tematów maturalnych z języka polskiego: Żeromski i Orzeszkowa! Niby banalne, niby żenująco proste, ale jakoś tak nieaktualne...

  • i.l napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/09 11:56:20:

    To chyba nie jest wina książek, że przetrwały tyle lat. Dlaczego temat np. patriotyzm
    musi być omawiany na podstawie dawnego kanonu lektur? Czy problemem jest
    dołączani do tej listy kolejnych z lat ostatnich? Przecież to zależy do programu, a nie
    od Żeromskiego. Zgromadziłem księgozbiór kilkutysięczny i poza mną to nikogo nie
    interesuje, ale jestem przekonany, że ,,rasowy czytelnik'', nawet jeśli jego przygoda
    z książką zaczęla się od Harrego Pottera, jako dorosły sięgnie do kanonu i wtedy ani Dumas, ani Scott nie będą zbyt archaiczni. Odkryje Conrada, Manna i wielu innych.
    Póki co nie rezygnuję, czytam, gromadzę i myślę jak udostępnić by nie przepadły.

  • m.turno napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/09 12:42:44:

    Nie zgodzę się ze wszystkimi tezami wysnutymi w czasie wywiadu, ale ręcami i nogami podpiszę się pod tezą, że kanon lektur należy zmienić diametralnie. Co się dzisiaj czyta? Fantasy, horror, kryminał, powieść sensacyjną, "romansidła", science-fiction. Czy którykolwiek z tych gatunków literackich jest obecny w szkole? Nie. Jak więc szkoła zachęca do czytania, jeśli nie posiada niemal żadnych punktów wspólnych z literaturą rzeczywiście czytaną?

    Kanon lektur - proszę: Sapkowski, Tolkien, Masterton, Crichton, Clancy, Asimov, Dick, Herbert (z tym, że Frank), Lem, King, Christie (nie znam tych od romansideł ;) ) itd. i gwarantuję, że nagle młodzież dostrzeże, że książki nie muszą gryźć.

    Pewnych autorów z dzisiejszego kanonu szkolnego ostawmy w spokoju, ale "Nad Niemnem", "Zbrodnia i Kara" itp. muszą odejść i będę to krzyczał niczym Lepper o Balcerowiczu.

    A kiedy człowiek się nasyci czytaniem, niewykluczone, a nawet prawdopodobne, że sięgnie jeszcze po literaturę, o której w szkole się jedynie wzmiankowało - te nieśmiertelne klasyki. Przeczyta Dumas'a, a w końcu "Zbrodnie i Karę", tyle, że bez przymusu.

  • m.turno napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/09 13:30:02:

    *Dumasa

    :)

  • juliafi napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/09 16:05:08:

    Może podzielę się swoimi myślami po przeczytaniu rozmowy...

    Jeżeli statystyki czytelnictwa są mierzone tylko przez zestawianie statystyk dotyczących kupowanych i wypożyczanych książek, a nie wliczają czytania książek w formacie elektronicznym i zawartości Internetu, to nie obraz dotyczący czytelnictwa Polaków nie odpowiada rzeczywistości...

    Poza tym nie rozumiem, dlaczego ktoś chce wywalać "Nad Niemnem" z kanonu. Książki które są w kanonie lektur w liceum jak dla mnie nie mają funkcji zachęcania ludzi do czytania, bo kogoś, kto nie lubi czytać książek w wieku 18 lat, czytania nie nauczy się przez przymuszenie do przeczytania czegokolwiek; poza tym, gdyby ludzie czytali tylko dla przyjemności, to takie rzeczy, jak polski romantyzm, byłyby zupełnie ignorowane, a żeby rozumieć różne współczesne odniesienia w kulturze, pewne procesy historyczne i społeczne jakie ukształtowały naszą obecną rzeczywistosć, potrzebna jest takżę znajomość klasyki literatury światowej.

    Czy ktokolwiek przeczytałby te książki z ciekawości? No chyba tylko jacyś studenci lub absolwenci polonistyki mogą myśleć, że ludzie masowo czytają takie rzeczy z pasji. Ludzie masowo czytają współczesne i lżejsze odmiany literatury, i robią to bardzo indywidualnie - każdy czyta to, co lubi i ile lubi. Czy egzaminować więc ludzi ze spedzania wolnego czasu? Czy zmuszać kogos do czytania literatury rozrywkowej ze sfer estetycznych, które są zupełnie nie dla niego, w imię promocji czytelnictwa?

    Moim zdaniem na promowanie czytelnictwa jest czas w szkołach podstawowych i gimnazjach, a w liceach i na studiach ludzie zwykle już rozwijają pasje, które mają, i jeśli nie mają one nic wspólnego z czytelnictwem, nie można oczekiwać, że ktoś zamiast zrobienia czegoś, co lubi, poczyta klasykę literatury żeby się posnobować przynależnością do elity intelektualnej...

    Nie rozumiem tez wszechobecnego zachwycania się własnym czytelnictwem. Ze zwykłego czytania ksiażek ludzie robią kryterium wartościujące innych pod wzgledem intelektualnym. Bez względu na całą resztę świata, jakby rozwój intelektualny ograniczał się do czytania książek (a nie czytania w ogóle). Moim zdaniem najgorsze co zrobiono z czytania książek, to właśnie uczenienie z niego czegoś pretensjonalnego. Dlatego właśnie stereotypowy "Seba spod bloku" siedząc na łąwce i nudząc się, prędzej sięgnie po marihuanę niż po książkę - ponieważ czytając poczułby się dziwnie i nie na miejscu, bo wszak wie, że nie należy do tzw. inteligencji. Jeśli ktoś dużo czyta to fajnie, ale to nie uprawnia go do pozowania na elitę - bo istotne jest też m.in. to, co czyta...

    Zresztą poddałabym w wątpliwość to, że ludzie nie czytają wcale - nie czytają lektur bo nie widzą sensu, żeby to im osobiście cokolwiek wartościowego dawało. W końcu gdy idzie się do pracy w korpo-biurze Mickiewicz nie już ma żadnego znaczenia, a młodzież jest od dziecka uswiadamiana, że uczy się po to, żeby się dobrze ustawić w pracy. :P

    Rezygnacja z matury to też moim zdaniem zły pomysł. Sam egzamin - ustandaryzowana i sprawiedliwa forma określania czyjejś wiedzy i umiejętnosci, jest świetną podstawą do rekrutacji na studia. Niestety wiele kierunków zachowało egzaminy wstępne glównie po to, żeby ograniczyć dostęp do edukacji ludziom spoza oficjalnego kręgu kształcenia (np. ograniczyć dostęp do uczelni muzycznych ludziom spoza szkół muzycznych).

  • juliafi napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/09 16:27:21:

    @m.turno

    Jeżeli literatura, którą ludzie czytają, pojawi się w szkołach jako lektury obowiązkowe, to ludzie przestaną ją czytać dla przyjemności. W ten sposób szkoła zabija zainteresowanie twórczością Lema, Kafki, Bułhakowa itp. Niedługo zabiorą się za Tolkiena (którego dzisiaj, gdy chcą go wprowadzić do lektur, zresztą już prawie nikt nie czyta).

    Np. ja bardzo lubię Kafkę, na szczęście nie przerabiałam "Procesu" w liceum, bo byłam na poziomie podstawowym, dlatego mogłam mieć przyjemność z czytania i polubić całą twórczość tego autora. Gdybym została rzucona w Kafkę siłą, z narzuconą od góry interpretacją zgodną z madrze brzmiącym zdaniem profesjonalnych analizatorów literatury, na pewno nie umiałabym jej przeczytać po swojemu i nie polubiłabym jej. Jak bowiem można mieć osobisty stosunek do książki, po którą sięgasz z obowiązku, wtedy, kiedy musisz zaliczyć, a nie, gdy masz potrzebę?

  • juliafi napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/09 16:31:02:

    PS. Klasyczne ("przestarzałe") s-f (Asimov, Lem, Dick, Vonnegut) nie wciągnie nikogo, kto juz nie siedzi w s-f. Ludzie czytają raczej bardziej aktualne np. Strossa lub Dukaja. Ale z nich nie zrobi się lektur obowiazkowych, bo tak aktualne rzeczy nie są dobrze przerobione przez środowiska akademickie, nie można ich tak łatwo umieścić w szerszym kontekście, a przede wszystkim, co najważniejsze, wymagałyby aby najpierw przeczytał je NAUCZYCIEL POLSKIEGO.

  • juliafi napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/09 16:45:59:

    @zielony_sznurek
    Ech, generalnie temat jest szeroki jak rzeka, ale niemal każde działanie związane jest z diametralną zmianą systemu nauczania, bowiem obecny robi z placówek oświatowych fabrykę idiotów, którzy potrafią rozwiązywać testy i pisać zgodnie z kluczem.

    Z nikogo nie da się zrobić idiotą, ani z idioty nie da się zrogić geniusza, co najwyżej człowieka, który, co prawda niewiele rozumiejąc, opanuje umiejętnosć zręcznego wypowiadania się na pewne tematy, które utorują mu drogę do uchodzenia za osobę inteligentną i wykształconą.

    Dlaczego ludzie urodzeni w latach <1980 czują się lepsi od współćzesnej młodzieży? Z tego co ja widzę z rozmów z obecnymi 15 latkami, porównanie jest bardzo niekorzystne dla tych pierwszych. Moim zdaniem współcześnie dzieci i młodzież są bardziej otwarte na świat, szersze horyzonty myślowe, i mają więcej autentycznych, kreatywnych pasji, niż ich rodzice, ale moim zdaniem to nie jest bynajmniej zasługa państwowego systemu oświaty, tylko raczej upowszechnienia dostępu do Internetu.

  • beata.januszkiewicz napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/09 21:37:53:

    Problem polega przede wszystkim na tym, że dzisiejsi nastolatkowie naprawdę w zdecydowanej mniejszości są zainteresowani literaturą, która kreuje postawy może i aktualne, ale w formie dla nich nieprzystępnej. Dlaczego szkoła na poziomie liceum MUSI proponować przez 2 lata dzieła dziś nieczytelne dla kogoś, kto nie za bardzo rozumie język Reja, Kochanowskiego, Żeromskiego, Orzeszkowej, Konopnickiej? Wymieniam te nazwiska, które ich najbardziej bolą. Postulowałabym okroić poznawanie twórczości tych pisarzy do minimum - 1 rok na zapoznanie się z literaturą staropolską, romantyczną i pozytywistyczną, młodopolską, a przez kolejne lata skupić się na znacznie bardziej ciekawszych rzeczach. Literatura współczesna w szkole praktycznie nie istnieje! Właśnie przez Żeromskiego i Orzeszkową... Moim zdanie to skandal! Tym bardziej, że i tak oni tego nie czytają. Wniosek z tego taki, że całe niemalże liceum w kontekście poznawania literatury to strata czasu.

  • zielony_sznurek napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/10 11:52:40:

    juliafi - tak się składa, że urodziłem się w 1988, więc wydaje mi się, że mam prawo ponarzekać na formę nowej matury, bowiem doświadczyłem jej na własnej skórze. I będę uparcie twierdził, że ta forma jest zła. Na dobrą sprawę nie wymaga ona od ucznia niczego, jedynie umiejętności czytania ze zrozumieniem.

    Na część ustną przygotowałem prezentację, w której nie miałem żadnej książki z kanonu lektur szkolnych, stąd pytania pań polonistek były dość sztampowe i bardzo łatwe - w zasadzie mogłem odpowiedzieć na nie w dowolny sposób - nie potrzebna mi była żadna wiedza na temat jakiejkolwiek epoki, autora, etc.

    Jeśli chodzi o część pisemną, to oprócz czytania ze zrozumieniem miałem do napisania tekst (2 tematy do wyboru) na podstawie fragmentów utworów, z których to fragmentów dało się wyciągnąć wszelkie niezbędne informacje. Czyli znowu nie potrzebowałem żadnego przygotowania merytorycznego. Potrzebne było mi wyłącznie szczęście, by w moich tezach wstrzelić się w magiczny klucz.

  • juliafi napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/10 17:07:18:

    @zielony_sznurek
    Jeśli chodzi o część pisemną, to oprócz czytania ze zrozumieniem miałem do napisania tekst (2 tematy do wyboru) na podstawie fragmentów utworów, z których to fragmentów dało się wyciągnąć wszelkie niezbędne informacje.

    Pewnie dlatego, że intencją przygotowujacego maturę było nir tyle sprawdzenie, czy ktoś wykuł streszczenie na pamieć, tylko, czy umie czytać i wyciągać wnioski z czytanego tesktu...

    A egzamin ustny ma po prsotu sprawdzić, czy umiesz zaprezentować odbiorcy w sposób zrozumiały przedstawiony przez ciebie temat. Ja opowiadałam o impresjonizmie w malarstwie, literaturze i muzyce m.in. na podstawie lektur, ale to nie ma znaczenia. Mierzmy umiejetności, a nie stopień wykucia kilku faktów.

    Zresztą - jeżeli czujesz się idiotą to współczuję, ale proszę, nie przypinaj tej łatki innym. Odebrałam jednak twoją wypowiedź jako dystansowanie się "ja mądry - oni idioci", dlatego pomyślałam, że jesteś starszy.

    Sama też zdawałam nową maturę, ale bynajmniej nie uważam, żeby pamiętanie, jak nazywali się bohaterowie jakiejś książki, było jakąś szczególnie ważną umiejetnością życiową - to można znaleźć w minutę umiejąc korzystać z Google, a w razie braku Internetu ze zwykłej encyklopedii.

    Czy chciałbyś, żeby egzamin tego typu badał przede wszystkim pamięciowe przyswojenie wiedzy? Po co? Wtedy narzekałbyś, że bada się kucie, a nie myślenie.

    Nowa matura jest dobrym pomysłem, nie idealnym, ale zawsze lepszym, niż stara, która polegała często na ściaganiu (wszyscy w klasie mojej mamy masowo ściagali na obowiazkowej maturze z matematyki a nauczyciele przymykali na to oko) i jej wynik był obarczony większym błędem. Tymczasem egzmiany wstępne na studia nie pozwalały na wyrównywanie szans tym, którzy pod koniec liceum chcieli zmienić kierunek bądź wydział kształcenia i nie mogli z wyprzedzeniem się nauczyć pod konktetną uczelnię.

    Twoje zarzuty są słuszne, ale moim zdaniem nie tyczą się całej nowej matury, bo według danych statystycznych np. na maturze z matematyki była niewielka losowosć wyników, tylko samej istoty wprowadzania obiektywnych i klarownych kryteriów do egzaminowania z humanistyki. Tak samo, jak nie da się w literaturoznastwie zastosować metodologii rodem z fizyki, standardy egzaminowania z tych przedmiotów też powinny się różnić; jeśli ktoś ma propozycję na coś co działa - z checią posłucham, mnie samej nie przychodzi nic do głowy, bo albo mamy spadek dopuszczalnej swobody rozumienia i interpretacji, albo spadek standaryzacji...

  • juliafi napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/10 17:37:32:

    Ja osobiście byłbym zachwycony, gdyby każdy z uczniów sam wybierał sobie książki, które chce przeczytać, a później je omawiał, referował.

    Obawiam się, że uczniowie raczej wybieraliby do referowania to, co jest juz dobrze opracowane i dostępne w sieci... A jeśli wykazaliby się jakąś własną inwencją, to nie dosć, że bez przeczytania tej książki samodzielnie nie byłoby żadnej możliwości sprawdzenia czy uczeń w ogóle cokolwiek z niej zrozumiał. :P

    Zresztą ja nie wyobrażam sobie referowania i oceniania ze sposobu spędzania wolnego czasu - czytam bo lubię, nie dlatego, żeby ktoś określał, czy moja interpretacja jest odpowiednia; więcej - nawet ja zastrzegam sobie prawo do czytania bez analizowania i interpretowania. :P

    Dlatego lekturami powinny być moim zdaniem te książki, których przeczytanie jest przydatne do zrozumienia kulturowego kontekstu, a niekoniecznie mające wartosć rozrywkową dla przeciętnego współczesnego czytelnika. Zostawmy lektury w spokoju, a promocją czytelnictwa zajmijmy się inaczej - i wcześniej niż w liceum.

  • m.turno napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/10 20:55:13:

    *juliafi

    A Tobie płacą od linijki tekstu, czy jak? :)

    Nie zgadzam się z Tobą kompletnie.
    Po pierwsze - przeglądam teksty nowej matury od paru lat i śmiem twierdzić, że jest koszmarna. Jeśli dziś celem matury ma być sprawdzenie, czy 19 latek umie czytać, a wymagany próg, by ją zaliczyć to 30%, to znaczy ni mniej ni więcej, że szczęśliwym posiadaczem dyplomu maturalnego może stać się osoba, która rozumie 31% tego, co czyta. To jest TRAGEDIA. I zapewniam, że wielkie litery nie są w stanie nawet dotknąć sedna, jak wielką jest to porażką systemu edukacji. Lektury licealne są kiepskie, ale jak długo obowiązują, tak długo matura powinna sprawdzać, czy uczeń cokolwiek z nich zrozumiał, zapamiętał i czy potrafi to przytoczyć w odpowiednim kontekście. Tak wyglądała stara matura, nie dało się zapełnić 10 stron papieru kancelaryjnego opisem streszczeń. Więc nie pij proszę, że to było tylko zapamiętywanie streszczeń, bo to absolutnie nie wystarczało - trzeba było rozumieć o czym się pisze, by zdać.

    Co do klasycznego s-f to chyba go nie czytałaś skoro wypisujesz takie herezje. Niektóre książki może i dziś są przestarzałe (np. częste nawiązania do zimnej wojny w wielu książkach), ale akurat wymieniłaś autorów, którzy mają na swoim koncie mnóstwo aktualnych i nieprzestarzałych książek.

    Tolkiena prawie nikt w Polsce nie czytał wcześniej, od czasu ekranizacji dopiero zaczął się na niego boom i z czasem będzie wygasał i wygasa, ale od ekranizacji nie schodzi ze standardowego wyposażenia każdego empiku. Mylisz zupełnie przyczyny i skutki, akurat obecność Hobbita w składzie lektur nadobowiązkowych zupełnie nie zaszkodziło czytelnictwu twórczości Tolkiena.

    Ponadto znam wiele osób, które pokochały niektóre lektury szkolne nawet jeśli poza nimi praktycznie nic, nigdy nie czytali. Do takich lektur zalicza się np. "Mistrz i Małgorzata" "Lalka", a z lat wcześniejszych "Mały Książę" - chociaż absolutnie nie rozumiem, co może się podobać w tym tytule ;) Twój argument, że to co jest niejako wmuszane w szkole nigdy się nie spodoba, jest absolutnie nie do obronienia. Dobra książka broni się sama. Zresztą idąc Twoim tokiem rozumowania, trzeba by zamknąć szkoły, to byśmy mieli lepiej oczytane i wykształcone społeczeństwo, skoro to co w szkole ma budzić naturalny sprzeciw. Zniechęcenie mogą budzić pewne aspekty, w tym sposób nauczania i osoba reprezentująca szkołę - nieudolny nauczyciel - ale książki nie są wymysłem szkoły. Dobra książka nie staje się zła, bo znajduje się w kanonie lektur, tak jak zła nie stanie się dobra. Tak samo jak żaden przedmiot szkolny nie jest nudny, wszystkie są fascynujące (chociaż nie każdy musi te fascynację podzielać), jedynie sposób nauczania może czynić je nudnymi.

  • m.turno napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/10 22:38:55:

    Jeśli chodzi o Twoje pokoleniowe spostrzeżenia, to dziwiłyby mnie gdybyś przy okazji nie zdradziła, do którego pokolenia sama należysz. Zdradzę Ci więc swoje. Dzisiejsza młodzież i studenci to pod względem edukacji - idioci do kwadratu, a nawet sześcianu, pokolenie urodzone po 80 roku to edukacyjni idioci, z których nieprzyzwoita ilość dostała się i ukończyła studia, a osoby jeszcze starsze to... także nierzadko idioci edukacyjni, ale przynajmniej bez dyplomów, czasami nawet bez matur, bo Ci z nich, którzy tytuł magistra zdobyli, mogą być z niego dumni i czuć się elitą. Bycie nieukiem to akurat nie powód do wstydu, po prostu wystarczy mieć inne przydatne cechy, problem zaczyna się wtedy, kiedy system edukacji stara się każdemu dać dyplom magistra, bo wtedy Ci, którzy mogliby stać się prawdziwie zahartowaną w aspektach nauki elitą, nie muszą się wysilać - idą w dół, bo nikt nie stawia przed nimi żadnych wymagań. Trzeba przeciągnąć tych nieuków, dlatego bystrzachy mogą spokojnie przespać naukę i to kolejna tragedia. Może mi nie uwierzysz, ale sam widziałem i doświadczyłem tego jak wymagania na studiach lecą na łeb na szyję. Roczniki przede mną musiały harować, to co dla nas było sufitem, dla nich było podłogą, ale i tak mogłem czuć się 'poszkodowany', bo to czego nauczyć się musieli Ci, którzy przyszli po mnie, było podłogą dla nas.

    Co do internetu to także dziwiłoby mnie Twoje zachwyty nad nim, ale innej rzeczywistości nie bardzo znasz pewnie. Mogę powiedzieć, że jestem uzależniony od internetu, prywatnie, zawodowo, kulturalnie i mało kto, jak ja docenia jego 'wspaniałość'. Pamiętam jednak czasy, przed nastaniem i powolnym upowszechnieniem tego medium i znam dzisiejsze i też czuje się w nich jak ryba w wodzie niczym współczesny nastolatek. Internet otworzył też dostęp do bezbrzeżnej ilości głupoty, to czego niegdyś papier by nie zniósł, spokojne znoszą strony www. Niegdyś, by dowiedzieć się czegoś ciekawego musiałbym kupić np. miesięcznik popularnonaukowy, w którym każdy artykuł był sprawdzany przez autora, dwóch-czterech redaktorów i jeszcze korektora - każda informacja była weryfikowana przez kilka osób z wyższym solidnym wykształceniem. Dziś wystarczy wejść na stronę (ciągle jeszcze renomowanych) redakcji, trafić do odpowiedniego serwisu, w którym informacje weryfikuje jedynie autor (często student), czasami zerknie na nie naczelny i informacje takie są publikowane. Po lekturze niekoniecznie staje się mądrzejszy - nierzadko staje się zwyczajnie głupszy nawet nie wiedząc. Wasza wiara w internet jest niestety, ślepa i nierozważna. Ale to jeszcze wierzchołek góry lodowej, mówiłem o popularnych, renomowanych firmach, które starają się trzymać choćby minimalne standardy. Prawdziwą trwogę budzi we mnie uzależnienie wielu młodych (i nie tylko) od wiedzy czerpanej z tak niepewnych źródeł, jak demotywatory, bądź prywatne blogi. Jak gigantyczną skalę dezinformacji rozprzestrzenia sieć pokazała sprawa ACTA. Nie pamiętam, kiedy tak fatalnie zawiodłem się na ludziach, jak wtedy. Nie zrozum mnie źle, wg. mojej wiedzy porozumienie nie wnosiło nic szkodliwego do naszego systemu prawnego, ale skoro m.in. GIODO uznał, że niesie ze sobą pewne zagrożenia to i tak mogło być - faktycznie często znajdowały się tam zapisy zachęcające, ale nie obligujące sygnatariuszy do zaostrzenia pewnych przepisów, może więc dobrze, że sprawa została umorzona, a może nie. Tragedią natomiast były hasła i wyobrażenia ogłupionego społeczeństwa przez powszechną wówczas sieciową dezinformację. To w co Ci ludzie wierzyli wylęgając na ulice, to co czytali na demotach, joemonsterach, głupoty, jakie wygadywali, było równie mądre jak ustalenia zespołu Macierewicza i teoria sztucznej mgły i helu wypuszczonego do powietrza. Tyle, że w te durnoty wierzy może... 10-25% społeczeństwa, w demoniczną ACTĘ cenzurującą świat i mordującą starszych ludzi likwidując leki generyczne, i wprowadzającą fale głodu przez zakazy upraw i hodowli transgeników uwierzył ogrom młodych. Macie szersze horyzonty myślowe dzięki netowi? Heh... Wątpię.

  • m.turno napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/10 23:06:03:

    *juliafi

    mi kiedyś płacili od arkusza ;)

    Po tym ogromnym oftopie, jeszcze wracając do meritum. Nigdzie nie jest powiedziane, że czytelnictwo należy polubić w szkole podstawowej, czy gimnazjum. Ot chociażby moi starsi bracia do książek przekonali się dopiero w liceum. Ja wcześniej bo dawali mi już nie tylko rodzice, ale także oni dobry przykład. Nie ma prawidłowego wieku na zainteresowanie się czytaniem. Poza tym nic, by w tym nie było złego by lektury z podstawówki też zmienić. Lepiej już zacząć od Lewisa, Maya, Szklarskiego itd. niż męczyć się "Łyskiem z pokładu Idy", nie wiem co jest pociągającego w czytaniu tych paskudnych historii. W podstawówce zresztą i tak zresztą z programu przeczytałem może tylko Sienkiewicza, bo czytało się go dobrze. Na polskim człowiek powinien nauczyć się obcować z literaturą, wiedzieć, że istnieją wielkie dzieła literatury, skubnąć kilka, ale nie męczyć się tylko z nimi przez 12 lat, jeśli ktoś się uczy malarstwa to nie musi nauczyć się rysować bez uwzględnienia perspektywy niczym w średniowieczu, musi tylko wiedzieć, że istnieją wspaniałe dzieła malarstwa średniowiecznego, nawet jeśli wyglądają dziwnie, a jak chce malować portrety niczym średniowieczny malarz - nikt mu nie zabroni.

    Nauka kontekstu kulturowego poprzez umęczanie Orzeszkową? Nie dziękuje. To zadanie wspaniałej skądinąd nauki historii... która także powinna przestać koncentrować się na wtłaczaniu dat tylko skupić się na rozumieniu historii, ergo być wstępem do socjologii, psychologii (wraz z polskim), ekonomii, statystyki, kulturoznawstwa, religioznawstwa, strategii (wojskowej czy biznesowej). Nie wiem czemu dzisiaj ma służyć nauka historii, poza kształtowaniem postawy patriotycznej, ale jeśli tylko temu, jest niemal tak pożyteczna jak religia w szkole.

  • juliafi napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/11 12:10:38:

    @m.turno
    Płacą mi od miesiąca, ale nudzi mi się w biurze gdy już wszystko zrobię i nie mam pracowego zajecia. ;_;

    Urodziłam się w 1988 roku.

    Tolkiena prawie nikt w Polsce nie czytał wcześniej, od czasu ekranizacji dopiero zaczął się na niego boom i z czasem będzie wygasał i wygasa, ale od ekranizacji nie schodzi ze standardowego wyposażenia każdego empiku.

    Ale to świadczy bardziej o tym, że do naszego społęczeństwa łatwiej trafiają filmy, i to ekranizacja spowodowała upowszechnienie "Hobbita" w środowiskach normalnie nie czytajacych. Natomiast wśród ludzi którzy normalnie czytają książki popularność Tolkiena była duża już dawno temu; jeszcze przed filmami były popularne wykłady na uczelniach z twórczości Tolkiena. No ale większość ludzi nie czytała. :P

    Może mi nie uwierzysz, ale sam widziałem i doświadczyłem tego jak wymagania na studiach lecą na łeb na szyję. Roczniki przede mną musiały harować, to co dla nas było sufitem, dla nich było podłogą, ale i tak mogłem czuć się 'poszkodowany', bo to czego nauczyć się musieli Ci, którzy przyszli po mnie, było podłogą dla nas.

    U nas na "studiach dla idiotów" 70% osób nie skończyło 2 roku - jak widać ludzie musieli się jednak trochę postarać, by zdać i nikt nikogo na siłę nie wyciągał. Jeżeli uważasz, jak pewna pani która wykładała u nas wytrzymałość materiałów, że trzeba nie przepuścić wszystkich, bo ona takiej matematyki jak my umiemy na studiach, nauczyła się w średniej szkole muzycznej, to zadam pytanie: kto w końcu miałby te studia mimo wszystko jednak skończyć? Zresztą ci ludzie z tytułami mgr inż i tak potem wykonują niezbyt kreatywną pracę dla zagranicznych korporacji, w których prawie żadna matematyka im się nie przydaje.

    to czego niegdyś papier by nie zniósł, spokojne znoszą strony www

    pl.wikipedia.org/wiki/Protoko%C5%82y_M%C4%99drc%C3%B3w_Syjonu

    Taa... Czytanie papieru nie szkodzi... Dawniej bzdury roznosiły się zresztą pocztą pantoflową, a homeopaci i inne tego typu grupy miały swoje wydawnictwa, które często sprzedawały się lepiej i były łatwiej dostępne, niż ciekawe ksiażki na tematy naukowe. Nie widzę więc tego zjawiska, o którym piszesz.

    Niegdyś, by dowiedzieć się czegoś ciekawego musiałbym kupić np. miesięcznik popularnonaukowy, w którym każdy artykuł był sprawdzany przez autora, dwóch-czterech redaktorów i jeszcze korektora

    Przecież nikt nikomu nie broni czytania ich dzisiaj, a zresztą - poziom tego sprawdzania merytorycznego poza tyutłami przy nazwisku nie dawał gwarancji dokładności. Przecież na naszych i zagranicznych uczelniach jest naprawdę sporo ludzi ze starego pokolenia, którzy nie publikowali wcale tak sensownych prac, a mimo to szczycą się tytułami dr hab..

    Zresztą to jest szerszy problem - w latach 50, gdy dokumentację techniczną do projektów robiło się 2 lata przy pomocy ołówka i kalki, był czas na solidne jej przejrzenie. W dzisiejszych czasach odpowiednik tej dokumentacji zrobiliśmy w 3 osoby w 2 miesiące, mając dużo łatwiejszy dostęp do wcześniej nieznanych nam rozwiązań właśnie dzieki podłączeniu do Internetu. Więc można zadać pytanie - która dokumentacja była lepsza? Z punktu widzenia jakości - oczywiście ta dawna. Ale to jest po prostu cecha naszych czasów...

  • juliafi napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/11 12:28:41:

    Jeśli dziś celem matury ma być sprawdzenie, czy 19 latek umie czytać, a wymagany próg, by ją zaliczyć to 30%, to znaczy ni mniej ni więcej, że szczęśliwym posiadaczem dyplomu maturalnego może stać się osoba, która rozumie 31% tego, co czyta. To jest TRAGEDIA.

    Matura musi być dostosowana do tego, jaka jest rzeczywista wiedza uczniów. Nie wiem czy masz świadomość, z jakimi brakami przychodzą uczniowie do liceów.

    Jeżeli wiemy że 20% ludzi w liceach nie umie czytać ze zrozumieniem to te osoby właśnie powinny nie zdać matury, nie ma sensu tworzyć jakichś absurdalnych wymagań, żeby np. tylko 10% mogło zdać maturę. Współczesne społeczeństwo różni się od tego XIX wiecznego i coraz mniej potrzebujemy robotników a coraz więcej specjalistów i ludzi pracujących przynajmniej odrobinę intelektualnie.

    Skończyły się czasy, gdy dyplom mgr lub dr był zarezerwowany dla elity, w obecnym kształcie świata już nie ma miejsca na XIX wieczne elity...

    Prawdziwą trwogę budzi we mnie uzależnienie wielu młodych (i nie tylko) od wiedzy czerpanej z tak niepewnych źródeł, jak demotywatory, bądź prywatne blogi.

    Ludzie, którzy wiedzę czerpią z demotywatorów, to odpowiednik tej warstwy społecznej, która dawniej wiedzę czepała z zaangażowanych politycznie gazet i telewizji. Jedno i drugie medium to czysta propaganda: obrazek i hasło. Nie sądzę, żeby ich jakoś przybyło, taki sposób wpływania na opinię publiczną jest skuteczny od czasów Goebbelsa.

    Choć faktycznie zauważyłam jedno niebezpieczeństwo: rzeczywiście w epoce Internetu propaganda ma pierwszy raz w historii potencjał bycia naprawdę totalną i globalną.

    To w co Ci ludzie wierzyli wylęgając na ulice, to co czytali na demotach, joemonsterach, głupoty, jakie wygadywali, było równie mądre jak ustalenia zespołu Macierewicza i teoria sztucznej mgły i helu wypuszczonego do powietrza.

    W teorie Macierewicza wierzą z tego co mi się zdaje raczej ludzie wychowani na książkach i gazetach. :P

    Nie wiem czemu dzisiaj ma służyć nauka historii, poza kształtowaniem postawy patriotycznej, ale jeśli tylko temu, jest niemal tak pożyteczna jak religia w szkole.

    Przyznaję - z tym masz rację.

    Ale znajomość jakiejkolwiek historycznej literatury też ma sens - żeby ktoś wiedział, że np. XVII wiek nie wyglądał tak jak dzisiejszy świat z tym, że ludzie się inaczej ubierali i mieli gorszą technologię. W niektórych społeczeństwach zachodnich masy naprawdę myślą, że starożytni mieli taką samą mentalność jak współcześni ludzie. Jeżeli ktoś nie czyta literatury historycznej to nie będzie miał porównania że w ogóle można myśleć, wypowiadać się i oceniać świat inaczej niż w jedyny znany mu z codzienności sposób.

  • m.turno napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/11 16:26:25:

    *juliafi

    Piszesz z czysto pragmatycznego punktu widzenia, wychodząc z jednego wg. mnie błędnego założenia: Współczesne społeczeństwo różni się od tego XIX wiecznego i coraz mniej potrzebujemy robotników a coraz więcej specjalistów i ludzi pracujących przynajmniej odrobinę intelektualnie.

    Całkiem niedawno Tusk powiedział jedno mądre zdanie "lepiej być pracującym spawaczem, niż bezrobotnym magistrem". Otóż bardziej w tej chwili potrzeba nam robotników na taśmę, spawaczy, kierowców, monterów itd. niż magistrów.

    A jak się ma do tego, jak ostatnio czytałem, deklaracja 93% maturzystów, że chcą pójść na studia? A oboje wiemy, że na jakiekolwiek studia może dostać się każdy, nie ma problemu, by to były nawet dzienne, państwowe - zamiejscowa filia średniej uczelni państwowej przyjmie każdego na studia humanistyczne i spokojnie wystawi magistra. Jak pamiętam mogłem sobie np. studia historyczne zafundować nawet gdybym miał tróję z historii. Nie śledziłem, ale raczej wymagania się nie zmieniły. Potem, niestety trzeba tych ludzi edukować, jak się tnie szlifierką kątową.

    Matura musi być dostosowana do tego, jaka jest rzeczywista wiedza uczniów.

    Ależ nie musi! Ja znajdę robotę dla faceta jedynie po gimnazjum, jeśli tylko by chciał i umiał ciąć, wiercić, a jak jeszcze mu się wyrobi kilka papierów na parę maszyn, to już jest ustawiony.

    Nie trzeba edukować wszystkich, nie potrzeba nam specjalistów z literatury romantycznej na kasach w sklepach. Już do liceum powinni się dostawać tylko Ci najlepsi, na studia powinno iść tylko 15-25% społeczeństwa. Od XIX wieku różnimy się tym, że tam potrzeba było 1-5% magistrów, dziś potrzeba więcej. A dostosowaliśmy się do sytuacji, jakby nam było ich potrzeba 90%.

    Co do 70%, które nie ukończyły II roku to smutne - wiem, że czasami uczelnie robią selekcję właśnie w taki sposób. Bywa, że po pierwszym roku zostaje 20% stanu. Znacznie lepiej by było, żeby już część z tych co u Ciebie odpadli, zwyczajnie nie dostała się do liceum, czy technikum, a reszta mając znacznie cięższą maturę+egzaminy wstępne nie dostała się na kierunek, który skończyłaś. Oni by sobie zaoszczędzili nerwów, czasu, Ty byś miała szansę zdobyć jeszcze lepsze wykształcenie, a Twoja wykładowczyni nie krzyczałaby, żeby wywalić was wszystkich.

    Co do demotywatorów i czerpania z nich wiedzy, masz racje, że to niczym słuchanie jedynie poprawnej rozgłośni i czytanie jedynie poprawnej gazety. Problem w tym, że takich osób przybyło, dlatego też powoływałem się na ACTĘ. Do tego doszła szybkość, z jaką trzeba było zmierzyć się z tematem, która przerosła dziennikarzy, a jest efektem internetowej rewolucji. W efekcie informacje pochodzące z oświadczeń parlamentu europejskiego, GIODO i innych rzetelnych źródeł zostały zagłuszone przez propagandową papkę. Z jednej strony były demotywatory i inne rozrywkowe serwisy, które serwowały totalne idiotyzmy, z drugiej lobbyści wolnego internetu, którzy rozmijali się z prawdą. I nagle większość odbiorców internetu uwierzyła w te brednie. Czy byłoby to możliwe w epoce jedynie gazet i radia? Nie. Nie pamiętam, by kiedykolwiek jedyna słuszna rozgłośnia, jedna czy druga potrafiła zdziałać takie cuda i to w skali całego kraju, a nawet połowy Europy. A ile dziennikarskich fuszerek wtedy można było naliczyć? Ręce opadały, mylili kilka projektów, które zostały odrzucone w USA (przez kongres) i we Francji (przez trybunał konstytucyjny), kilka już istniejących porozumień międzynarodowych, które w dodatku funkcjonują także w Polsce i jakoś tragedii nie ma - wszystko to wrzucili do jednego worka, pomieszali i wygadywali bzdury.

    I tu jest właśnie różnica - w teorie Macierewicza, wierzy jakiś tam procent osób wychowanych na gazetach, a w budzącą trwogę ACTE uwierzyła większość tych, którzy korzystali z internetu.

    Co do historycznej literatury to w pełni się zgadzam, nie powinna nigdy zniknąć ze szkół, ale oponuje tylko, przeciwko robieniu z niej jedynej lektury - nie mam też nic przeciwko lekturom obowiązkowym na historii, zamiast kuciu dat i stanu liczebnego obrońców Helu

  • m.turno napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/11 16:47:49:

    Konkludując - internet czyni nas szybszymi w pracy, w zdobywaniu informacji, ale też, co sama widzisz, mniej dokładnymi. A ja po prostu nie wierzę, że zrobił z nas osoby mądrzejsze i wcale nie wierzę, że młode pokolenie na nim wychowane wyróżnia się jakkolwiek na plus nad starszym, poza oczywiście umiejętnością korzystania z internetu... ale nawet to kuleje.

    Patrzę na młodszych od siebie, myślałem, że dziś będą śmigać - a tu... wyjaśniam współpracownicy (jeszcze studiującej), że środkowy klawisz służy do otwarcia nowej zakładki.
    Moja dziewczyna uczyła w swoim dziale podstaw korzystania z Excela świeżo upieczone absolwentki, w tym, jak się zmienia czcionkę, nazwę arkusza, tło komórki...
    I ja też chciałem wierzyć, że Ci młodzi to takie internetowo-komputerowe geniusze, ale Fejsik i Jutubik to jeszcze nie to ;)

    I jeszcze jedno. Fakt, że dziś niefajnie jest być robolem w Polsce, praca to często harówka, a pieniądze za ciężką pracę żałosne. I rozumiem dlaczego każdy chce być magistrem. Problemem jest niestety to, że umożliwia się każdemu zostanie magistrem nie patrząc na jego predyspozycje. Gdybyśmy ograniczyli dostęp do edukacji wkrótce nawet robolom by się poprawiło - dlaczego? Ano dlatego, że 5-8 lat krótsza nauka to gigantyczne oszczędności, oszczędności, które zostałyby w kasie obywateli i państwowej. Poza tym znacznie lepsze przygotowanie zawodowe dla wielu Polaków, którzy zamiast marnować się w liceum, na studiach i w efekcie bezrobociu, byliby lepszymi pracownikami fizycznymi.

  • juliafi napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/13 15:23:50:

    Mądrości nie dał, ale otworzył na świat. Co prawda jest to pobieżne tylko przyglądanie się, ale nadal to zmiana pozytywna.

    Jestem pewna, że współcześnie wśród nastolatków i młodzieży jest m.in. większa tolerancja dla innych narodów, środowisk LGBT, różnych kultur i światopoglądów, mniejsza przemoc w szkołach niż 10 lat temu, i wysoce watpię, żeby było to wywołane obecnym kształtem edukacji.

    Patrzę na młodszych od siebie, myślałem, że dziś będą śmigać - a tu... wyjaśniam współpracownicy (jeszcze studiującej), że środkowy klawisz służy do otwarcia nowej zakładki.

    No, po prostu ocean niekompetencji: nieznajomość różnych sposobów otwierania kart w przeglądarkach. :P

    vMoja dziewczyna uczyła w swoim dziale podstaw korzystania z Excela świeżo upieczone absolwentki, w tym, jak się zmienia czcionkę, nazwę arkusza, tło komórki...

    Ja też nie jestem specjalistką od Excela, podejrzewam, że wielu podstawowych rzeczy (np. rysowanie wykresów) nie umiałabym tak od razu zrobić; znacznie lepiej znam za to np. Matlaba, czyli specjalistyczne oprogramowanie.

  • m.turno napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/13 19:24:10:

    @juliafi

    Tolerancja była cechą wielu kultur pozbawionych internetu ;). Wzrost tolerancji na zachodzie można spokojnie datować na 'epokę' poprzedzającą upowszechnienie internetu, a Polska dziś wzoruje się na zachodzie w kwestiach obyczajowych. Czyli wpływ internetu jest tu dyskusyjny. Mogę się zgodzić, że tak, jak wszystko na świecie i te tendencje przyspieszają dzięki niemu, ale nie przeceniałbym jednak jego roli.

    Co do przemocy w szkołach to nie widzę by się zmieniła, pojawiła się natomiast nowa forma przemocy - cyberprzemoc, o czym ciągle mogę sobie poczytać w prasie.

    Tu nie chodzi o nieumiejętność otwierania kart, tylko o ogólną umiejętność korzystania z kart, zakładek itd. Nie wyobrażam sobie dzisiaj efektywnej pracy z komputerem, jeśli te podstawy nie są opanowane. Szybkość wyszukiwania i korzystania z informacji przekłada się na efektywność pracy, starczy powiedzieć, że nie korzystanie z kart wydłuża czas pracy około dwukrotnie, im słabsze łącze, tym bardziej.

    Zaś wybór koloru czcionki i tła wygląda niemal identycznie w każdym chyba dziś znanym ludzkości programie wśród edytorów tekstowych, programów graficznych, arkuszy kalkulacyjnych... Sadzając kogoś młodego przed komputerem oczekuję od niego, że poradzi sobie z tak banalnymi sprawami i nie będę mu musiał organizować szkoleń z podstaw obsługi podstawowych programów biurowych, że ta osoba będzie też posiadała podstawowe wiadomości z zakresu obsługi najpowszechniejszego systemu operacyjnego - nie będzie np. twierdziła, że zepsuł jej się komputer, gdyż przestawiła niechcący pasek zadań itd., i oczywiście nie będzie wysyłała maili np. w ofertach handlowych z nieskompresowaną grafiką...
    Czy to naprawdę powinno przerastać osoby, które chcą pracować przed ekranem? NIE.

    Zresztą brak umiejętności zrobienia czegoś tak od razu, to żaden problem, o ile jesteś w stanie, dojść do tego sama - to kolejna rzecz. Pewna podstawowa umiejętność w korzystaniu z komputera czyni nas elastycznymi w korzystaniu z niego. Nie musimy afiszować się ze swoją niewiedzą, kłopotać współpracowników i odciągać ich od ich zajęć, kiedy napotykamy banalne problemy - zwyczajnie je w ciągu pół minuty rozwiązujemy.

    BTW. Excel to też program specjalistyczny, co można w nim osiągnąć, zależy tylko od zaawansowania użytkownika ;)

  • juliafi napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/13 23:30:33:

    Tolerancja była cechą wielu kultur pozbawionych internetu ;)

    Pewnie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. :P

    Ale to że ine społeczeństwa mogły bez Internetu to nie argument, że w Polsce to nie dostęp do Internetu to spowodował.

    Polska dziś wzoruje się na zachodzie w kwestiach obyczajowych

    Fajnie. Tyko, że nie. Polska stara się izolować od zmian społecznych właściwych dla Europy Zachodniej i środowiska wpływowe najchętniej odgrodziłyby nas od nich murem, ale się nie da - dzisiaj można bowiem z łatwością czytać anglojęzyczną część sieci i kontaktować się łatwo z ludźmi z połowy cywilizowanego świata.

    Nie wyobrażam sobie dzisiaj efektywnej pracy z komputerem, jeśli te podstawy nie są opanowane.

    Tak, na pewno dzisiejsi 15 latkowie nie umieją używać przeglądarki i nie wiedzą co to karta. Co ty piszesz? Miałeś doświadczenia z jakąś zestresowaną studentką, a z tego wyciagasz jakieś absurdalne wnioski na wszystkich; czegoś takiego o czym mówisz nauczył się nawet mój 70 letni dziadek z Linuxem i Epiphany - czyżby jakimś cudem ludzie w młodym pokoleniu cofnęli się umysłowo do poziomu małp człekokształtnych?

    Nie chcę rozwlekać tej dyskusji, ale odnoszę wrażenie, że twoje stanowisko to po prostu reakcja na nieubłagane zmiany historyczne, cheć przywrócenia wyidealizowanych "dawnych czasów".

    Widać że masz małe doświadczenie z oprogramowaniem bo w rzeczywistości wybór czcionki i tła może wyglądać różnie w różnych programach i często tak właśnie jest. :P

    Sadzając kogoś młodego przed komputerem oczekuję od niego, że poradzi sobie z tak banalnymi sprawami i nie będę mu musiał organizować szkoleń z podstaw obsługi podstawowych programów biurowych, że ta osoba będzie też posiadała podstawowe wiadomości z zakresu obsługi najpowszechniejszego systemu operacyjnego

    Może po prostu stresujesz swoich pracowników tak, że zapomnieliby nawet jak się nazywają. :P Skoro nie pozwalasz nawet na najmniejszy błąd i od razu nazywasz kogoś idiotą... Mnie się też zapomina czasem, np. jak po kilku miesiącach uzywania AViCADa dostałam komputer z AutoCADem i z nie zindywidualizowanym interfejsem, potrzebowałam chwili, żeby się w tym ogarnąć. To nic dziwnego, każdy tak ma bez względu na to, czy zdał starą czy nową maturę.

  • m.turno napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/14 03:51:01:

    Polska stara się izolować od zmian społecznych właściwych dla Europy Zachodniej i środowiska wpływowe najchętniej odgrodziłyby nas od nich murem

    Ależ co to za bzdury?? Kto? Politycy? SLD, które wprowadziło Polskę do Unii? PO?
    Może media? TVN, który całą ramówkę kupił od zachodnich stacji? Polsat, który kopiuje wszystko z tej pierwszej? Może grupa Agora? Może czasopisma, które w połowie wykupione są przez niemiecki kapitał? Może nasi twórcy filmowi, którzy połowę kariery robią za zachodnią granicą? Stacje radiowe oburzające się na ustawy promujące polską muzykę bo zachodnia jest, jak twierdzą lepsza? Piosenkarki wolące śpiewać po angielsku? Któż taki wpływowy odgradza nas od zachodu? Uniwersytety z programem Erasmus? Menadżerowie po studiach na zachodzie? A może zwykli ludzie, których dwa miliony wyjechały na zachód za chlebem i wracają tu niekiedy, opowiadając rodzinom o tym, co widzieli? Przykro mi, ale to co napisałaś powyżej jest absolutnie bez sensu.

    czyżby jakimś cudem ludzie w młodym pokoleniu cofnęli się umysłowo do poziomu małp człekokształtnych?

    Są na dobrej drodze...

    Nie chcę rozwlekać tej dyskusji, ale odnoszę wrażenie, że twoje stanowisko to po prostu reakcja na nieubłagane zmiany historyczne, cheć przywrócenia wyidealizowanych "dawnych czasów".

    Nie jestem reakcjonistą, nie pragnę przywrócenia starych, dobrych czasów. Nie nazwałbym siebie może entuzjastą nowych technologii też, ale spokojnie się do wszystkiego adaptuje. To co mnie wkurza to totalne lenistwo młodych. Jakim cudem w Warszawie nagle 30% dzieci i młodzieży ma dysleksję? Jak to jest, że chwalą się publicznie, że nie przeczytali ani jednej lektury w liceum, bo mają streszczenia. Jak to jest, że jak czegoś nie mogą znaleźć w wikipedii, to nagle nie wiedzą skąd mają indziej czerpać wiedzę? I notorycznie jakiś baran twierdzi, że program jest przeładowany i biedne dzieci nie mają kiedy się tego wszystkiego nauczyć, a kadra uniwersytecka zazwyczaj jedynie pomstuje na podstawowe braki w edukacji maturzystów. Niech Ciebie nawet zacytuję: Nie wiem czy masz świadomość, z jakimi brakami przychodzą uczniowie do liceów. .

    Zwyczajnie poddaję w wątpliwość dobroczynny wpływ internetu na rozwój intelektualny młodzieży, gdyż to, co opisuję powyżej rozwija się także dzięki m.in. właśnie upowszechnieniu tego medium. Nic tak pozytywnie nie wpływa na kupowanie dowolnych prac pisemnych, jak ich dostępność w internecie. Nic tak nie odciąga od czytelnictwa, jak właśnie internet. Z jednej strony to rewelacyjne narzędzie, ale z drugiej...
    A moim skromnym zdaniem, jedna dobra książka jest lepszą pożywką dla mózgu niż setka godzin spędzonych na facebooku, oglądaniu śmiesznych obrazków, czytaniu internetowych truizmów, które idąc w tysiące wietrzeją z głowy w ciągu minuty.

    Na szczęście czasem można wspaniale podyskutować z wartościowymi osobami... ale, czy na pewno tak wiele osób to robi?

  • m.turno napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/14 03:52:30:

    PS.

    >>Tolerancja była cechą wielu kultur pozbawionych internetu ;)

    >Pewnie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. :P

    Myślałem raczej o epoce przedchrześcijańskiej ;)

  • juliafi napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/14 11:37:20:

    Na szczęście czasem można wspaniale podyskutować z wartościowymi osobami... ale, czy na pewno tak wiele osób to robi?

    Dawniej większość ludzi też nie było czytelnikami dobrej literatury. Czytano masowo tandetne ksiażki produkowane masowo przez autorów nie bardziej utalentowanych niż autorzy opowiadań publikowanych w sieci. :P

    Inteligencja mierzalna według badań statystycznych w świecie rozwiniętym wciąż rośnie, w Polsce trend jest jednak faktycznie odwrotny. Moim zdaniem jest to jednak skutek bardziej wynik niedofinansowania naszej edukacji, za małej ilości racjonalnych i zaplanowanych reform w porównaniu do starego systemu, a nie dowód na wyższosć starego systemu nad nowym.

    Za przykład mogę podać Finlandię: ich egzaminy z przedmiotów obowiazkowych są jeszcze prostsze niż w Polsce... Jednak dofinansowanie zajeć pozalekcyjnych jest tak dobre, i są one tak skuteczne, że mają najlepiej wykształcone społeczeństwo na świecie.

    Tak więc zgodzę się o tyle, że zdolność do nauki młodych pokoleń jest słabsza niz starych, ale kulturowo jednak odnoszę wrażenie, że następuje rozwój. Jednak rozwiązania nie widziałabym w powrocie do starych metod.

  • juliafi napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/14 11:39:16:

    Któż taki wpływowy odgradza nas od zachodu?

    Kościół Katolicki, system edukacji, konserwatywni politycy, etc. A wejście Polski do Unii Europejskiej to była decyzja ekonomiczna a nie kulturowa. W UE jest też np. ultrakonserwatywna Litwa.

  • m.turno napisał(a) komentarz datowany na 2013/05/14 14:26:38:

    Jednak rozwiązania nie widziałabym w powrocie do starych metod.

    I nigdy takiego nie postulowałem, nowe metody są jeszcze gorsze od starych, ale jeśli wrócisz do początku naszej rozmowy, zauważysz, że ja akurat pisałem o wprowadzeniu głębokich zmian do nauki przedmiotów humanistycznych i akurat to Ty oponowałaś przeciwko nim ;)
    Zresztą do przyrodniczych także mam głębokie zastrzeżenia - po pierwsze zmusiłbym nauczycieli do przeprowadzania 'doświadczeń', z czego po prostu musieliby się rozliczać. A nauczanie początkowe j.angielskiego wprowadził do przedszkoli.

    Na ultrakonserwatywnej Litwie to polska mniejszość ostatnio postulowała wprowadzenie religii do szkół i całkowity zakaz aborcji, co w sumie zostało nawet skomentowane krytycznie przez ichni episkopat - to pierwsze w szczególności :)

    Konserwatywni politycy odzwierciedlają jedynie społeczeństwo, siła kościoła zresztą też. Co akurat nie zmienia faktu, że rządy nieprzerwanie od odzyskania orlej korony (za wyjątkiem jednego, rozwiązanego przed upływem kadencji, zresztą) nieprzerwanie pchają nas na zachód. Owszem zmiany następują powoli, ale projekty związków partnerskich (nawet jeśli systematycznie uwalane), in vitro, to o ile pamiętam inicjatywy rządowe. Gdyby społeczeństwo było tak chętne do przyjęcia zachodnich wzorców, to akurat politycy nie zrobiliby problemu, tyle, że tak nie jest. W tej chwili rządzi partia, która nie ma żadnego określonego światopoglądu i postępuje tak, jak jej sondaże dyktują. Z tego, co podejrzewam, to nawet premier jest ateistą, a przynajmniej agnostykiem (ślub kościelny dopiero przed wyborami...), do czego oczywiście się nigdy nie przyzna i udaje, że tak nie jest, bo niczym Henryk IV woli być farbowanym lisem tylko po to, by móc sprawować urząd.

    Inna sprawa, że wiele aspektów tego co propaguje zachodnia kulturowa lewica, a co za tym idzie jej polscy naśladowcy, do mnie też specjalnie nie przemawia, a nawet potępiam w czambuł.

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

AAA


Kontakt: beata.januszkiewicz@gazeta.pl pod.tytulem@gazeta.pl